Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 29 marca 2011

Nadzieja w śmietniku


Wiosna dwutysięcznego roku zastała Kamieńsk w objęciach błogiego spokoju. Zamarła na dobre działalność inwestycyjna gminy. Na próżno by wypatrywać warczących maszyn na wykopami pod nowe odcinki kanalizacji, Nie uświadczyłeś robotników układających nowe chodniki w miejsce popękanych i wykoślawionych płyt. Nie czuć było w powietrzu duszących oparów masy asfaltowej, tego charakterystycznego zapachu towarzyszącego zawsze ekipom drogowców układających nowe nawierzchnie ulic.
                Wprawdzie jeszcze przed świętami Wielkanocy pokazał się na wiejskich drogach sprzęt należący do radnego Ireneusza Masiarka. Równiarka zrywała porządnie wyglądające, zadarnione pobocza dróg a urobek załadowany na samochody wywieziono w doły powybijane przez potężne ciężarówki wywożące torf z Danielowa. Nie była to jednak rzeczywista działalność inwestycyjna a raczej akcja, której celem było sporządzenie protokołu, jako podkładki, żeby burmistrz mógł wypłacić radnemu trzydzieści tysięcy złotych w zamian za głos oddany za wnioskiem o udzielenie absolutorium na sesji Rady Miejskiej w dniu 26 kwietnia 2000 roku.
                Czy burmistrz nie chciał prowadzić w gminie robót publicznych? Nie, on musiał robić cokolwiek, żeby utrzymać się na stanowisku a powód tej inwestycyjnej ciszy był bardzo prozaiczny. W gminnej kasie pokazało się dno. Po sześciu latach rządów pana Tadeusza Gaworskiego gminna kasa przypominała swoją zasobnością chłopską stodołę na przednówku. Przestały napływać podatki z Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie, bo górnicy po wykonaniu rekultywacji pozbyli się gruntów na wierzchowinie góry Kamieńsk. Od dawna było wiadomo, że tak się stanie, ale nikt z gminnych prominentów nie martwił się przed czasem Burmistrz wydawał pieniądze na prawo i na lewo dopóki napływały. Nie uczynił nic, żeby przez te lata ściągnąć do gminy inwestorów z prawdziwego zdarzenia, bo zbyt był zajęty przyjazną współpracą z szefami prywatnych firm wykonującego gminne zamówienia publiczne.
                I stało się. To, co gmina zebrała w ramach dochodów własnych z trudem wystarczyło na utrzymanie rozbudowanego ponad rzeczywiste potrzeby aparatu administracyjnego. Wobec braku w miasteczku dynamicznie rozwijających się podmiotów gospodarczych istniała wielka presja na powiększanie zastępu gminnych urzędników, szczególnie mocna ze strony osób podtrzymujących pana Gaworskiego na stanowisku burmistrza. Nie miał, więc pan Tadeusz innego wyjścia jak przyjąć do pracy radnego Stanisława Stasiaka, córkę pana Ryszarda Kurmana sekretarza Urzędu a wcześniej zatrudnił swojego syna, bo przecież on też nie od macochy.
                 Przykro było patrzeć jak marniał Zakład Gospodarki Komunalnej. Wprawdzie liczba stałych pracowników zmniejszyła się tylko o dwie osoby, ale majątek ruchomy zmniejszył się o 100% po wyprzedaży części środków trwałych przy znacznym zużyciu pozostałych składników majątkowych. Zamierzenia nowego szefa zakończyły się kompletnym fiaskiem. Hurtownie napojów i stali przyniosły straty i upadły. Przez dwa kolejne lata nie zakupiono żadnych środków trwałych. Ratując się przed zupełnym blamażem Zarząd Miasta przekazywał nielegalnie Zakładowi pieniądze na wypłatę dla pracowników na podstawie sfałszowanych dokumentów. Działo się to za wiedzą i zgodą radnych popierających burmistrza. Nie ulega wątpliwości, ze nie uda się uratować Zakładu bez wyasygnowania poważnych pieniędzy z budżetu gminy na zakup nowego taboru i wyposażenia.
                W Urzędzie Miejskim panował pozorny spokój. Pozorny, bo tak naprawdę gminne zwierzchnictwo koncentrowała cały swój wysiłek na staraniach o jak najszybsze uruchomienie wielkiego składowiska śmieci. Cała nadzieja Silnej Grupy na utrzymanie się przy władzy była oparta na śmieciach a śmieci na razie z pomocą nie przychodziły.
                Z przecieków wydostających się z Urzędu można się było dowiedzieć, że Zarząd Miasta spisując umowę z francuską firmą Sater Polska wniósł, jako udział gminy do tej spółki aport w postaci wierzytelności z tytułu czynszów za dzierżawę gruntów pod wysypisko. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, ze grunty te do gminy nie należały, trzeba, więc było je wykupić a gmina nie miała na to pieniędzy. Postawieni pod ścianą Francuzi przyszli z finansową pomocą. Część potrzebnych gruntów wykupiono i przekazano spółce Sater Kamieńsk z półrocznym opóźnieniem. Ale to nie wszystko. Każdy, kto rozpoczynał jakąś choćby niewielką budowę na przykład jednorodzinnego domu wie, że otrzymanie zezwolenia uwarunkowane jest uzyskaniem zgody wielu różnych instytucji i nie da się tych uzgodnień błyskawicznie dokonać. Tym razem gminna biurokracja, która często utrudnia ludziom załatwienie prostych spraw sama natknęła się na biurokratyczne bariery i z niemałym trudem musiała je pokonywać.
               Każde składowisko śmieci budzi kontrowersje a jego lokalizacja wywołuje sprzeciw ludzi i instytucji. Ale dopiero robi się problem, kiedy nie zgadza się na nie tak potężny sąsiad jak Kopalnia Bełchatów. Z tej i innych przyczyn opóźniało się rozpoczęcie budowy ku rozpaczy tych, którzy z śmieciowiskiem związali swoją nadzieję na życiowy sukces.
                Dobry gospodarz zanim przystąpi do spisania ostatecznej umowy czyni najpierw dokładne rozeznanie, co do możliwości osiągnięcia zamierzonych celów. Potrafi przewidzieć trudności, jakie może napotkać i próbuje ich uniknąć, albo usunąć, ale pan Gaworski dobrym gospodarzem nigdy nie był i niczego do końca nigdy nie załatwił. Zawsze działał na zasadzie: jakoś to będzie, jak się coś rozpocznie to się też zakończy, Tymczasem natknął się na poważne trudności, które wystawiły gminę na silną presję ze strony kontrahenta i wspólnika, z którym podpisała umowę aż tak tajną, że nawet radnym jej nie pokazano. Zarząd Miasta zbierał się coraz częściej, niemal, co tydzień obradował a sprawa śmietnika nie schodziła z porządku dnia. Obradowali uwikłani w piętrzące się trudności, których nie ubywało. Nie mieli tylko czasu na przeanalizowanie sytuacji w gminie, która z dnia na dzień się pogarszała. Nie podejmowali też naprawczych działań. Cały swój program samorządowcy z Kamieńska sprowadzili do oczekiwania na spełnienie marzeń o powitaniu na francuskim śmieciowisku pierwszej wywrotki załadowanej śmieciami z łódzkiej aglomeracji. Wyglądało na to, że dwunastoosobowa grupa sprawująca władzę w miasteczku całą swoją nadzieję na osobisty sukces oparła na śmieciach a może w śmieciach utopiła.

poniedziałek, 28 marca 2011

Kasa chorych

"Kasa chorych" - zbeletryzowana lecz prawdziwa opowieść o kształtowaniu się nowe klasy politycznej.

Pajęcza sieć


W dniu 6 kwietnia 2000 roku zebrała się na sesji Rada Miejska. Obradowała nad udzieleniem absolutorium Zarządowi Miasta. Tym razem na sali obrad zabrakło emocji. Członkowie Zarządu demonstrowali dobre samopoczucie, byli pewni swego. Ubiegły rok, choć niedobry dla gminy, dla nich był pomyślny. Według chińskiego zwyczaju i terminologii można by go nazwać rokiem śmieci. Właśnie śmieci były tym spoiwem, które scementowało rządzącą w Kamieńsku grupę interesów. Śmieci niby magnes przyciągnęły do niej następnych trzech radnych.
Wygłoszono sprawozdanie z wykonania ubiegłorocznego budżetu. Na papierze wszystko się zgadzało. Wiadomo papier wszystko przyjmie, ale jeśli się pomyśli, że onegdaj udowodniono gminnym prominentom fałszowanie dokumentów to prawdziwość tego sprawozdania musi budzić wątpliwości. Znacznie gorzej szło trzymającym w gminie władzę z odpieraniem zarzutów stawianych przez nielicznych radnych opozycyjnych. Długa to była lista grzechów, ale wystarczył fakt, że zostali przyłapani na fałszerstwie, aby odwołać urzędujący Zarząd Miasta. A przecież Zarząd zanotował w ubiegłym roku całe pasmo niepowodzeń. Wystarczy wymienić: straty w Zakładzie Gospodarki Komunalnej, dopuszczenie do kradzieży samochodu mercedes, przyznanie sobie nagród bez wiedzy Rady Miejskiej czy przyjmowanie prezentów od uczestników konkursu na komercyjne śmieciowisko w postaci zagranicznych wycieczek. Klasyczną porażką Zarządu był wynik gminnego referendum w sprawie budowy śmieciowiska, w którym głosujący w przygniatającej większości wyrazili swój sprzeciw wobec forsowanego przez gminnych prominentów projektu gigantycznego śmietnika.
Brak sukcesów w działalności publicznej powetowali sobie zapobiegliwi samorządowcy osobistymi sukcesami finansowymi. Rada, Zarząd i komisje odbywały coraz większą ilość posiedzeń. Pieniądze za udział posiedzeniach pod postacią diet brali coraz większe. To, co z powodzeniem można było załatwić w jeden dzień rozkładali na cztery. Za każde podpisanie listy obecności już należała się dieta w wysokości od 100 do 140 złotych. Utrzymanie Rady i Zarządu kosztowało rocznie podatnika około 330 tysięcy złotych a koszt utrzymania burmistrza i zastępcy dodatkowo sto siedemdziesiąt tysięcy. Tak dzieje się w biednej gminie, gdzie na wszystko brakuje pieniędzy. Podczas sesji aż dwunastu radnych oceniło pozytywnie pracę Zarządu Miasta z tym, że pięciu z nich to właśnie członkowie Zarządu. Dalszych dwóch to członkowie rady nadzorczej śmieciowej spółki. Dwóch następnych oczekiwało na intratne roboty na śmieciowisku dla swoich prywatnych firm. Jeden z radnych został zatrudniony w gminnym zakładzie a kolejnemu burmistrz zatrudnił w Urzędzie Miejskim córkę. Dwunastkę uzupełnił przewodniczący komisji rewizyjnej Bogdan Pawłowski wynagrodzony przez burmistrza dodatkowymi dietami za udział w posiedzeniach Zarządu Miasta.
Urząd Miejski i Zakład Gospodarki Komunalnej stały się obiektami penetracji prywatnych firm. Niejasne i zagmatwane stały się układy radnych z przedstawicielami prywatnego biznesu. W siedzibie Urzędu Miejskiego założyła swoją siedzibę francuska firma Sater główny inwestor komercyjnego, ogólnopolskiego składowiska śmieci. Członkiem zarządu tej spółki został sekretarz Urzędu Miejskiego Ryszard Kurman. W tych samych godzinach pracy przyszło mu wykonywać dwa płatne zajęcia służąc gminie i Francuzom. Jeden z radnych prowadzący działalność gospodarczą stał się etatowym wykonawcą robót publicznych i komunalnych w gminie.
Grupa interesów opanowała też Zakład Gospodarki Komunalnej. Dyrektor Zakładu za aprobatą burmistrza wszedł w kooperację wszedł w kooperację z własną prywatną firmą, w której produkującą drobne części do samochodów. Retoryczne pytanie brzmi, Czyich interesów może bronić podwójny dyrektor? Gminnych czy raczej własnych?  Mówią, że bliższa koszula ciału niż sukmana. Jak to się stało, że Rada i Zarząd mogły tolerować zawieranie umów, gdzie obie strony reprezentowała ta sama osoba? Jak mógł do tego dopuścić pan Bogdan Pawłowski przewodniczący komisji rewizyjnej?
W taki właśnie sposób gminną tkankę Kamieńska toczył rak prywatnych interesów spowitą w pajęczą sieć wzajemnych powiązań, układów i układzików, których nikt nie był w stanie do końca odgadnąć i rozsupłać. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały jednak, ze nadejdzie dzień, w którym zostanie przecięty.

Powyższy tekst jest końcowym fragmentem książki Włodzimiera Dajcza „Kasa chorych”.