Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 kwietnia 2011

Burmistrz i radny


W 1994 roku mieszkańcy wiosek Gałkowice Nowe i Podjezioro wybrali sobie na radnego Ireneusza Masiarka. Wprawdzie kandydat nie uzyskał nawet dwudziestu głosów, ale inni mieli jeszcze mniejsze poparcie, więc w rezultacie pan Ireneusz zasiadł w Radzie Miejskiej z grupą Solidarności, bo po tym szyldem ubiegał się o mandat. Radny zadowolony był, ze się gdzieś zaczepił, bo niedawno stracił pracę i nie mógł się odnaleźć w nowej, polskiej rzeczywistości. Przez pryzmat swojego zaangażowania w radzie widział dla siebie lepszą przyszłość przy gminnej kasie. Na początku kadencji przeżył jednak niemiłe rozczarowanie. Drużyna Solidarności, z którą wiązał swoje nadzieje na zyskanie materialnych korzyści nie zdołała jak wiemy obsadzić stanowisk w organach samorządowych a przede wszystkim nie udało jej się zdobyć kluczowego stanowiska burmistrza. Pan Ireneusz jednak się nie załamał. Nie przyszedł przecież do Solidarności ze względów ideowych, więc szybko przyłączy się do grupy radnych mających realną władzę. Stało się to ku zadowoleniu burmistrza, który mając w radzie nikłe poparcie przyjął nowego sojusznika z otwartymi ramionami. Taki był właśnie początek późniejszej wielkiej przyjaźni i więcej niż ścisłej współpracy burmistrza z radnych.
                                           Radny Masiarek miał niejakie doświadczenie w wykonywaniu robót ziemnych, jeszcze z czasów, kiedy był brygadzistą w Zakładzie Robót Melioracyjnych z Bełchatowa. Zakład ten wykonywał drobne roboty na rzecz Kopalni Węgla Brunatnego. Droga do statusu cenionego wykonawcy w kopalni wiodła przez przyjaźń z kopalnianymi inspektorami nadzoru a sprytny pan Ireneusz potrafił skutecznie o tę przyjaźń zabiegać. Sielanka skończyła się po przemianach ustrojowych, kiedy w KWB wzrosły ekonomiczne rygory i zaczęto pozbywać się zbędnych podwykonawców. Zakład, w którym nasz radny pracował stracił konkurencyjność i niebawem splajtował. Na czas tej plajty pan Ireneusz był nawet kierownikiem, ale niedługo, bo po przejedzeniu majątku firma odeszła w niebyt. Zdobyte tam doświadczenie przydało się świeżo upieczonemu radnemu w nowej, samorządowej rzeczywistości. Na wolnym rynku inwestycyjnym niełatwo było zdobyć zlecenie na wykonawstwo popłatnych robót. Posiadacz takiego zlecenia zamieniał się natychmiast w istne panisko. Nie musiał nawet posiadać kapitału i środków produkcji. Łatwo mógł dostać tani kredyt, dostać materiały z opóźnionym terminem płatności a maszyny i urządzenia korzystnie wynająć od gwałtownie poszukujących jakiegokolwiek zarobku. Wszystkie te dobra szczęśliwy posiadacz zlecenia na roboty publiczne mógł otrzymać z gracją na tacy od przedsiębiorców, którzy nie mieli dobrych dojść do samorządowych kacyków i watażków.
                                           Takie złote kwity na zwane zamówieniami publicznymi był władny wystawiać burmistrz Tadeusz Gaworski a radny Masiarek, który był jednym z dwunastu podtrzymujących jego fotel nie zamierzał czynić tego za darmo. Zarejestrował, więc firmę na nazwisko swojej żony i został nadwornym wykonawcą robót publicznych w gminie Kamieńsk. Taki był początek wzajemnych usług między burmistrzem i radnym. Radny a jakże, zawsze głosował po myśli burmistrza a ten w ramach rewanżu powierzał mu wykonawstwo robót publicznych w gminie. Czynili to na oczach wszystkich bez wstydu a nawet odrobiny zażenowania przy bierności a nawet cichej aprobacie Rady Miejskiej w Kamieńsku.
                                           Jasne było jak słońce na niebie dla ludzi obserwujących gminną władzę, że obrotny radny otrzyma od burmistrza zlecenia na wszystkie, te roboty, które mogą przynieść wykonawcy największy zysk. Wprawdzie ustawa o zamówieniach publicznych nakładała na władze samorządowe pewne rygory, które nawet burmistrz Gaworski bałby się złamać, lecz czego nie można złamać z powodzeniem można ominąć. Wykonawstwo robót publicznych o znacznej wartości gmina może powierzyć tyko zwycięzcom przetargów. Można jednak było obchodzić obowiązujące w tym zakresie przepisy dzieląc duże inwestycje na kilka etapów i w ten sposób wymigać się od obowiązku przeprowadzenia przetargu. Można było również informować o przetargu w ostatniej chwili na gminnej tablicy ogłoszeń a obok preferowanej tańszej oferty składać fikcyjne, znacznie droższe wystawione przez właścicieli zaprzyjaźnionych firm.
                                           Oferty składane przez zaprzyjaźnionego z burmistrzem radnego nie spełniały wielu wymogów prawnych. Miały jednak poważny atut z powodu dość niskiej ceny. Radny mógł sobie pozwolić na znaczne pomniejszenie kosztów działając na granicy legalności. Równo z końcem roku radny formalnie likwidował swoją firmę a od zarania nowego rejestrował nową. Unikał w ten sposób płacenia podatku dochodowego w pełnej wysokości. Innym sposobem na obniżenie kosztów było stosowanie tańszych, niespełniających wymogów jakościowych materiałów budowlanych,
                                          Zakład Gospodarki Komunalnej ubiegał się o wykonawstwo podbudowy tłuczniowej na drodze w Danielowie. Niestety nie otrzymał tego zadania, bo pan burmistrz oddał tę robotę zaprzyjaźnionemu radnemu. Robota należała do zyskownych, bo choć droga była nierówna to doskonale utwardzona w ubiegłych latach przez nawiezienie kilku warstw żwiru i żużla, Wystarczyło nasypać cienką warstwę tłucznia, ubić wałem i można było kasować pieniądze. Pan Ireneusz postanowił jednak zarobić jeszcze więcej.
                                           Pewnego dnia dyrektor Zakładu Komunalnego jadąc do pracy zwrócił uwagę na wysypane na drogę pryzmy tłucznia z dużą zawartością rozpuszczających się w wodzie drobnych frakcji. W Urzędzie Miejskim spotkał radnego- przedsiębiorcę i zapytał.
                                           - Czy to ty wozisz to błoto do Danielowa?
                                           - To wina przewoźników. Wysypywali nie tam, gdzie im wskazałem – odpowiedział radny.
                                           Dwa dni później nie było już na Danielewskiej drodze tego lichego tłucznia. Istniało jednak prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że został użyty do budowy drogi w innej części gminy, gdzie nikt nie oprotestował badziewia.
                                           Zaprzyjaźnione z radnym gminne służby inwestycyjne przepuszczały mu każde partactwo. Z tego powodu trzeba było szybko kłaść drugą warstwę asfaltu na odcinku drogi z Ochocic do Aleksandrowa. Pierwsza warstwa położona na lichej podbudowie wkrótce się rozsypała. Takie i inne metody stosował radny, aby jego oferty przetargowe były najtańsze.
                                           Szczególnym przypadkiem we współpracy burmistrza z radnym była akcja z 1997 roku mająca na celu rozwiązanie problemu śmieciowego w gminie. Rotacyjne śmieciowisko na Wrzoskach było przepełnione. Burmistrz nie zabezpieczył sobie w budżecie środków finansowych na transfer śmieci do stałego składowiska. Z konieczności, naciskany przez mieszkańców nakazał mimo protestów dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej przewozić śmieci do eksploatowanej przez gminę żwirowni w Kamieńsku. Na kuriozum zakrawało stwierdzenie szefa gminy, że śmieci znajdą zastosowanie przy rekultywacji wyeksploatowanego wyrobiska kruszywa. Znaleźli się jednak ludzie, którzy zawiadomili o tym bezprawiu służby ochrony środowiska. Po kontroli na żwirowni Urząd Miejski otrzymał nakaz natychmiastowego usunięcia śmieci z kopalni a na gminę nałożono karę pieniężną. Rozwiązanie dla tego problemu zaproponował dyrektor Zakładu. Po oszacowaniu zasobów rotacyjnego wysypiska złożył ofertę wywiezienia odpadów komunalnych na stałe miejsce składowania w Jadwinówce. Niestety Tadeusz Gaworski uznał ofertę za zbyt drogą i wybrał tańszego wykonawcę, oczywiście radnego Masiarka.
                                           Burmistrz i radny mając tęgie głowy do działania poza granicami prawa wymyślili, że przewiozą śmieci z lasu na Wrzoskach, gdzie leżały na betonowym podłożu do lasu w Gałkowicach Nowych. Radny szybko przystąpił do działania. W lesie należącym do niego wykopał pojemny dół, przewiózł do niego śmieci i zasypał piaskiem. Wprawdzie nie posiadał wtedy jeszcze żadnego sprzętu, więc, co trzeba wynajął z Zakładu Komunalnego. Zyskał dla siebie stuprocentowy narzut doliczony do poniesionych kosztów transportu. Zainkasował do kieszeni czysty zysk a śmieci nadal leżą w lesie, tyle tylko, że w innym miejscu.
                                           Wiele osób z oburzeniem publicznie komentowało śmieciowy taniec burmistrza z radnym. Sprowadzono nawet kontrolę, ale ta dziwnym trafem nakazała sprawdzić teren w nieco innym niż trzeba było miejscu. Protokół z badania skażonego odpadami terenu podpisali: sekretarz Urzędu Miasta Ryszard Kurman i komendant miejscowego posterunku policji. Nabyte w rozwiązywaniu spraw śmieciowych doświadczenie wykorzystał burmistrz w późniejszych kontaktach z francuską spółką Sater na niekorzyść gminy. Póki, co burmistrz rósł w siłę a radny żył coraz dostatniej.
                                           Tadeusz Gaworski pozyskiwał do swojej grupy kolejnych radnych a Ireneusz Masiarek zaczął rugować z robót publicznych w gminie jej zakład budżetowy, czyli Zakład Gospodarki Komunalnej. Dyrektor Zakładu coraz głośniej narzekał na brak zleceń od burmistrza i był zmuszony, co nie chce mieścić się w głowie szukać roboty poza jej  granicami.
                                           Burmistrz dbał o radnego, więc chcąc zadowolić elektorat w jego wsi, żeby mu umożliwić ponowny wybór do rady zaplanował w Gałkowicach Nowych dużą inwestycję. Radny- przedsiębiorca przystąpił do dzieła i wybudował w swoim okręgu wyborczym kanalizację a potem asfaltową drogę. Zyskał nie tylko duże pieniądze. Osiągnął też świetny efekt propagandowy. Niestety za wszystko zapłaciła gmina, Za niszczejącą przez kolejne lata, nieczynną z powodu braku oczyszczalni kanalizację i za kampanię wyborczą sprytnego radnego. Po wybudowaniu lokalnej oczyszczalni nie udało się władzom gminy jej uruchomić a ścieki z ogólno wiejskiego szamba jeszcze przez wiele lat dowożono do oczyszczalni w Kamieńsku.
                                           Radny Masiarek czując mocne wsparcie ze strony burmistrza poczynał sobie coraz śmielej. Bez zezwolenia, stosownych opłat i nadzoru górniczego pozyskiwał kruszywo ze starego wyrobiska w Koźniewicach. Ta dzika eksploatacja nielegalnej kopalni podkopała mocno finanse Zakładu Gospodarki Komunalnej, który zmuszony był ponosić znaczne koszty utrzymania legalnej, gminnej kopalni kruszywa.
                                          Ośmielony bezkarnością i milczeniem kolegów radnych sprzedawał nawet żwir z nielegalnego pozysku firmie pana Majczyny, budującej kanalizację w Kamieńsku, choć tego wykonawcę obowiązywał zapis z warunków przetargu o konieczności kupowania żwiru z gminnej kopalni. Do burmistrza posypały się skargi od dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej. Interweniowała w tej sprawie wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej Elżbieta Antoszczyk. Tadeusz Gaworski skarg owszem wysłuchał i z rozbrajającym a wrednym uśmiechem odpowiedział, że o niczym nie wiedział i obiecał natychmiast przerwać ten proceder. Jak było do przewidzenia skończyło się na deklaracji a radny nadal robił swoje. Więzi łączące radnego z burmistrzem były tajemnicą poliszynela. Uprzywilejowany status firmy radnego spychał na dalszy plan potrzeby Zakładu, miał negatywny wpływ na wysokość zarobków zatrudnionych w nim ludzi. Budził niezadowolenie pracowników. Nie miało to jednak żadnego wpływu na postępowanie pana Gaworskiego.
                                           W drugiej połowie 1998 roku radny Masiarek miał pełen portfel gminnych zamówień a Zakład ledwie wiązał koniec z końcem. O planowanych przez burmistrza Kamieńska robotach w ramach zamówień publicznych dyrektor dowiadywał się od osób trzecich. Natychmiast telefonował do Tadeusza Gaworskiego,
                                           Dzień dobry panie burmistrzu. Słyszałem, że ma pan dla nas popłatną robotę w Gorzędowie.- podchwytliwie pytał dyrektor. Słyszałem, że dostał pan pieniądze z Funduszu Ochrony Środowiska a wartość robót wynosi pięćdziesiąt tysięcy złotych – kontynuował dyrektor.
                                           - Nie…to jest taka drobna robota, nieprzydatna dla Zakładu. Zbyt dużo jest krzaków
                                            do wycinania – odpowiedział burmistrz.
                                           - Ja wezmę każdą robotę – nie ustępował dyrektor.
                                           - No tak. ale ja dałem to już Irkowi – zakończył rozmowę burmistrz.
Kilka dni później dyrektor dowiedział się poufnie, że radny Masiarek ma otrzymać wykonawstwo podbudowy pod asfalt na jednej z uliczek przy blokach mieszkalnych. Natychmiast poszedł na rozmowę do burmistrza.
                                           -Panie burmistrzu bardzo potrzebujemy robót a słyszałem, że są roboty ziemne nieopodal bloków – zagadnął dyrektor. Czy mogę dostać dokumentację? – zapytał.
                                           - No taaak –zawahał się burmistrz. Niech pan sobie ją odbierze od Andrzeja Krawczyka – odpowiedział po chwili.
Dyrektor bez chwili zwłoki poszedł do Działu Inwestycji a tam czekało na niego kolejne rozczarowanie. Pan Krawczyk oświadczył, ze nie ma jeszcze dokumentacji na te roboty. Następnego dnia roboty obok bloków mieszkalnych jednak ruszyły. Wykonawcą był oczywiście radny Masiarek.
                                           Z braku zajęcia w macierzystej gminie dyrektor Zakładu Gospodarki Komunalnej przyjął zlecenie na roboty drogowe w Babsku, miejscowości położonej w byłym województwie skierniewickim. W ten sposób Zakład powołany do wykonywania zadań na rzecz gminy został z nich wyrugowany przez radnego przedsiębiorcę i burmistrza miasta Kamieńsk. Współpraca tych dwóch osób wchodziła właśnie w apogeum a po kilku latach doprowadziła ich na ławę oskarżonych.

piątek, 22 kwietnia 2011

Miasto kupców


Szybki szwedzki dwukadłubowiec w niespełna dwie godziny pokonuje szarozielone, pomarszczone wiatrem wody cieśniny. Wchodzimy do portu stolicy Danii. Jeszcze kilka chwil i cała grupa maszeruję wzdłuż kanału ku centrum portowego miasta. Przy nieskończenie długiej ulicy ciągną się setki sklepów, knajp i piwiarni. Nad samym kanałem, na bruku stoją stoliki i krzesła pod parasolami opanowane przez niezliczonych turystów. Kanałem płyną wypełnione pasażerami wodne tramwaje. Grupki dziewcząt i chłopców poubieranych w jeansy siedzą wprost na kamiennej nawierzchni ulicy z puszkami piwa w rękach. Grają na gitarach i śpiewają po angielsku rockowe przeboje. Nasza grupa wycieczkowa nie ma czasu na obserwowanie tej, młodzieżowej subkultury. Po plenerze zdjęciowym u stóp słynnej syrenki czeka na długi marsz do muzeum figur woskowych i słynnego parku Tivoli. Po drodze wchodzimy do muzeum Torwaldtsena. Ten tworzący w Rzymie duński rzeźbiarz zadziwia ogromem swoich dzieł, Przypomina o historii Polski pomnikiem księcia Pepi. Taki właśnie jest typowy szlak jednodniowych wycieczek przybywających do miasta na pokładach polskich promów. Po kilku godzinach wędrówki ból w nogach narasta, ale miasto warte jest tej męczarni. Wchodzimy do Tivoli. Nieliczne, uczestniczące w wycieczce dzieci pracowników Zakładu zachwycają się latającym dywanem, który przeraźliwie piszczące małolaty wynosi ponad korony rosłych drzew. W ciemnych zakamarkach muzeum figur woskowych upiory skutecznie straszą zwiedzających turystów. Jedynie Lucynka odważnie otwiera pojemnik na śmieci, z którego wystaje ludzka dłoń. Dziewczynka szaleje po korytarzach łapiąc za ręce przerażające dorosłych upiory. Czy to dziecinna niefrasobliwość? A może nieprzeciętna odwaga.
Potem kolejny marsz na bolących nogach na plac przed królewskim pałacem i oczekiwanie na uroczystą zmianę warty. Żołnierze dźwigający na głowach ogromne, futrzane czapy cierpią wystawieni na działanie mocnego, czerwcowego słońca. Policjanci bezskutecznie usiłują przepędzić natrętnych turystów, którzy chcą sobie zrobić z wartownikami królestwa Danii wspólną, pamiątkową fotografię. Naszym dziewczyną też udaje się przechytrzyć czujnych stróżów prawa. Cieszą się, że będą miały, czym się pochwalić po powrocie do domu.
Zawrotne jest tempo zwiedzania duńskiej stolicy. Czas na powrotny marsz do porty. Na szczęście sympatyczna pilotka Małgosia Sroka wyczarowuje dla nas polski autokar. Grzeczni rodacy zgadzają się podwieźć na nabrzeże naszą pieszą grupę. Bolące nogi zostały uwolnione od dalszej męczarni i co najważniejsze zachowały sprawność do nocnych tańców na pokładzie Pomeranii wracającej do kraju.
Port zaskakuje widokiem wysłużonych polskich Bizonów wracających do kraju po latach pracy na duńskich polach. Wykupili je za jakieś symboliczne pieniądze obrotni rodacy, żeby w Polsce sprzedać zubożałym w rezultacie transformacji ustrojowej rolnikom.
Kopenhaga znaczy dosłownie tyle, co miasto kupców. Opuszczamy to przyjazne przybyszom miast i wychodzimy w morze. Podziwiamy stojące na oddalających się nabrzeżach zabytkowe spichrze poprzerabiane na ekskluzywne, drogie hotele. Kopenhaga żyje z turystów. Przyciąga sławą otwartej na świat metropolii tolerancyjnej wobec pornografii, młodzieżowych subkultur i wszelkich odmieńców. Nikogo tam nie dziwi inny kolor skóry, ekstrawagancki ubiór czy odmienne, niestandardowe obyczaje.
Katamaran pruje wody cieśniny. Skandynawska Zelandia zostaje w miejscu, tam gzie była zawsze u wyjścia z Bałtyku smagana przez chłodne wiatry.
W szwedzkim Malmo straż graniczna wyławia z tłumu turystów tych z polskimi paszportami. Zatrzymują Bożenkę. Młoda, ładna dziewczyna jest mocno zdenerwowana. Dyrektor cofa się i wraca po nią mijając szwedzkich pograniczników. Po krótkiej, nerwowej gestykulacji pokazuje im bilety na prom do Świnoujścia. To wystarcza, żeby kompletna grupa została przepuszczona przez punkt graniczny. Przy terminalu portowym cumuje Pomerania. Czeka na swoich pasażerów z wystawną kolacją. Najmłodszy uczestnik wycieczki sześcioletni Michał trzyma się dzielnie, Świetnie zniósł trudy wędrówki i dopisuje mu apetyt. Przypominająca żywe srebro Lucynka w zawrotnym tempie zwiedza ogromny statek dla tysiąca pasażerów. My też podziwiamy kolejno: basen pływacki, puby, kafejki i pełne towarów sklepy wolnocłowe. W dużej sali konferencyjnej gra orkiestra. Jedni tańczą, inni przyszli tylko posłuchać muzyki. Pomerania wchodzi w szary mrok Bałtyku. Przed nią ponad 200 mil morskich. Po nią czterystumetrowa głębia.                                                                                               Na hotelowym korytarzu ktoś podszedł do dyrektora i powiedział tylko jedno słowo, dziękuję. Wydawało mu się wtedy, że to zwykłe słowo zawiera przeogromną treść. Był wyraźnie wzruszony. Jednak dwa lata później myślał już o tym zdarzeniu inaczej. Po zawirowaniach kadrowych w gminie przekonał się, że to słowo jak wiele podobnych było płaskie i zdawkowe i tak naprawdę nic nie znaczyło, ale to miało się dopiero wydarzyć. Póki, co sunący między wodą a niebem statek pokonywał noc i przestrzeń.

sobota, 16 kwietnia 2011

Siła złego


Był początek lipca 1998 roku. Na budowie oczyszczalni ścieków roboty dobiegały końca. Nowa oczyszczalnia miała zastąpić wysłużone już, wymagające kosztownych remontów urządzenia. Przy wszystkich zaletach owego obiektu gminę czekał jednak poważny wzrost kosztów utrzymania oczyszczalni ze względu konieczność opłacenia znacznie większego zatrudnienia. Zaraz po rozpoczęciu budowy dyrektor poprosił burmistrza o sprecyzowanie liczby pracowników niezbędnych do utrzymania nowej oczyszczalni w ruchu. Burmistrz niefrasobliwie oświadczył, że wystarczy jak dotąd jeden pracownik. Dyrektor poprosił o wgląd do dokumentacji i okazało się, że projekt zakłada minimalną osadę na 4 i pół etatu. Kto miał, zatem pokryć koszty zatrudnienia dodatkowych pracowników? Rysowała się tylko jedna alternatywa. Znaczne podwyższenie opłat za zrzut ścieków albo dotacja do oczyszczania ścieków z budżetu miasta. Zarząd Miasta umył ręce i nie zajął w tej sprawie żadnego stanowiska i tym samym skazał Zakład Komunalny na poważne straty. Dyrektor miał tylko rację. Natomiast burmistrz miał władzę i pragnął spreparować w podły sposób jakąś podkładkę, żeby pozbyć się dyrektora. Dążył do osiągnięcia swojego celu bez oglądania się na skutki, Nie zawahał się, więc przed doprowadzenien do zachwiania finansów Zakładu, żeby móc postawić dyrektorowi zarzut złego zarządzania. Tadeusz Gaworski od dawna z premedytacją przygotowywał finansową pułapkę. Już podczas uzgadniania z Zarządem Miasta planu finansowego na 1998 rok dyrektor precyzyjnie wyliczył, że przy stosowanej przez burmistrza polityce powierzania większości robót w gminie prywatnym wykonawcom Zakład nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego poziomu zatrudnienia. A dyrektor ludzi zwalniać z pracy nie chciał. Burmistrz działając metodycznie na szkodę Zakładu zlecał mu takie roboty, za które nie zamierzał płacić. Na przestrzeni ostatnich lat z powodu rażących zaniedbań władz samorządowych Kamieńska uległ dewastacji ośrodek wypoczynkowy w lesie na Wrzoskach. Po dwóch pożarach i wyczynach miejscowych wandali nędzne pozostałości zdemontował na polecenie szefa gminy dział transportowy Zakładu Gospodarki Komunalnej. Po trzech tygodniach pracy burmistrz odmówił zapłaty za pracę oferując w zamian szmelc z oczyszczonego sporym nakładem kosztów lasu.
Inną, perfidna metodą nękania dyrektora były żądania wykonywania nikomu nie potrzebnych sprawozdań i analiz. Nikt ich chyba nie czytał a na pewno nikt nie wciągał z nich  żadnych wniosków.
Swoistym kuriozum była kontrola przeprowadzona na polecenie burmistrza przez Stanisława Lisiaka, gminnego inspektora Higieny i Bezpieczeństwa Pracy. W protokole pokontrolnym stało jak byk, że plac Zakładu przypomina dzikie wysypisko śmieci. Tak było w istocie z tym, że gospodarzem placu nie był dyrektor tylko burmistrz a zaprzyjaźniona z nim firma należąca do radnego Ireneusza Masiarka gromadziła na nim różnego rodzaju materiały, odpady a nawet śmieci. Dyrektor oburzony na bezczelną manipulację ostro za zaprotestował przeciw obarczaniu go grzechami burmistrza więc ów sławetny protokół po cichu zniszczono. Wtajemniczone osoby po cichu podśmiewały się z burmistrza, że zlecił spreparowanie trefnego protokołu-donosu do komisji rewizyjnej przeciw sobie.
Takimi i innymi wrednymi sposobami Tadeusz Gaworski z miesiąca na miesiąc zaciskał zręcznie pętlę na szyi Zakładu pozbawiając dyrektora możliwości pomyślnego zakończenia piątego, kolejnego roku budżetowego. Szkodził nie tylko człowiekowi, który stał na czele Zakładu, ale przede wszystkim wyrządził niepowetowane szkody Zakładowi Gospodarki Komunalnej o dobro, którego powinien dbać z racji zajmowania stanowiska burmistrza.
Siła złego na jednego. W Zakładzie, który z winy burmistrza nie posiadał prawie żadnych środków finansowych w obrocie szczególnie niewdzięczną była praca zespołu finansowo-księgowego. O roku kierowała tą grupą pracowników Janina Bezulska Wolna. W połowie 1997 roku dyrektor poszukiwał właściwej osoby na stanowisko głównej księgowej. Zgłosiła się wtedy do niego dziewczyna delikatna i niewysoka. powinna mieć tremę, bo przecież nikogo w tej firmie nie znała a ona zagadała dyrektora prawie na śmierć. Pod kamuflażem dziecinnej nieco paplaniny można było jednak wyczuć wiedzę, predyspozycje i odpowiedzialność kandydatki. Może nie spodziewała się tak szybkiej decyzji, ale decyzja natychmiast zapadła.
-Jak pani ma na imię- zapytał dyrektor.
- Dla znajomych jestem Żaneta – odpowiedziała księgowa.
- No to witaj w naszym Zakładzie Żaneta – zakończył rozmowę dyrektor.
I pozostała. Bywało jej pełno wszędzie lecz potrafiła też zamilknąć z małą buzią nad wielką księgą.

sobota, 9 kwietnia 2011

Mała Strana


Małą stranę można sobie swojsko przetłumaczyć, jako mniejszą ojczyznę słowiańską w stosunku do Polski. Złośliwi Polacy twierdzą, że język czeski to też polski tyle, że w Polsce używany wyłącznie na poziomie przedszkola a w Czechach przez całą populację. Tak jakby u naszych sąsiadów dorastające małolaty zachowywały dziecinne słownictwo i takiż sposób mówienia, który u dorosłych braci Czechów tak bardzo nas śmieszy. Nas przybyszów z większej słowiańskiej ojczyzny położonej po drugiej stronie czeskich kopców. Dziecinny według nas język Czechów, który tak bardzo nas śmieszy wcale nie świadczy o naszej nad nimi wyższości. Wręcz przeciwnie. Na przestrzeni wieków naszym zasudeckim braciom wiodło się na ogół lepiej niż nam. Zachowywali się racjonalnie wobec dziejowych wyzwań i na ogół nie robili takich głupstw jak nasi bohaterscy przodkowie. Mają, więc dziś piękną, pełną zabytkowych budowli Pragę podziwianą przez turystów z całej Europy.
              Zwabieni ciekawością świata przyjechaliśmy z Kamieńska podziwiać ich piękną stolicę i napić się słynnego, czeskiego piwa, które w dodatku okazało się tańsze niż nasze. A już całkiem tanie były mocniejsze trunki. Pewnie, dlatego do Czech nie trafiły cysterny słynnego Royalu, który za sprawą sprytnych a skorumpowanych polityków zalał swego czasu całą Polskę nabijając kieszenie spekulantów i rujnując niemal doszczętnie polski przemysł spirytusowy. Czesi takiego bezeceństwa się nie dopuścili, dlatego wszechobecni turyści z Polski mogli nakupić sobie alkoholu ile chcieli i zabierając ze sobą przysparzali dochodów miejscowemu przemysłowi i fiskusowi. Słynne piwo czeskie nie jest wcale lepsze od polskiego no może z wyjątkiem Pilsnera, który naprawdę jest doskonały a czeskie wódki czyste podobne do naszych są w smaku. Umiejętność gospodarowania w sektorze używek musi budzić podziw dla słowiańskich braci, który przechodzi w respekt, kiedy się porówna osiągnięcia sportowe obu nacji. Czesi byli dwukrotnie wicemistrzami świata w piłce nożnej oraz mistrzami i wicemistrzami Europy, są też mistrzami olimpijskimi i mistrzami świata w hokeju. O narciarstwie lepiej nie wspominać. Wprawdzie po obu stronach granicy żyją tacy sami górale, ale widocznie czescy częściej trenują niż piją a nasi odwrotnie, bo we wszystkich dyscyplinach zimowych biją nas na głowę. Z Czechami nam lepiej o sporcie nie dyskutować, bo przypomną jak było w Atlancie, gdzie jeden ich wioślarz o nazwisku Doktor zdobył tyle olimpijskich medali, co połowa naszej 100 osobowej reprezentacji.
              Po tych rozważaniach przy lichej kolacji w małym hoteliku na dalekich przedmieściach pojechaliśmy autobusem do centrum przepięknej czeskiej stolicy. Tuż po zmroku bardziej wrażliwi na światło i dźwięk turyści mogli podziwiać kunszt artysty, który z wodotrysków i kolorowych świateł stworzył ilustrację do uwertury Bedricha Smetany z czeskiej opery narodowej „Sprzedana narzeczona”. Wszechwiedzący przewodnik twierdził, że to fascynujące widowisko zaprogramował Polak. Jeśli to prawda byłby to jedyny, polski akcent kulturalny w czeskiej metropolii tego lata.
              Zwiedzanie kontynuowaliśmy drugiego dnia. Jowialny i miły przewodnik z Jeleniej Góry prowadził nas utartym, turystycznym szlakiem skręcając, co jakiś czas z męską częścią wycieczki do urokliwych piwiarni w Polsce zwanych pubami, gdzie właściciele z wdzięczności za doprowadzenie klientów stawiali mu darmowe drinki po spełnieniu, których stawał się jeszcze milszy i bardziej wesoły. W ten sposób doprowadził grupę na Złotą Uliczkę, gdzie kiedyś rzekomo złotnicy wytwarzali swoje dzieła. Pan przewodnik jednak wątpił w prawdziwość tej opowieści. Uznawał jednak, że mimo lichej zabudowy tego miejsca jego nazwa jest jak najbardziej na czasie ze względu na złoty interes, jaki robią sprytni Czesi sprzedając tu tandetne bibeloty po horendalnie wysokich cenach całym rzeszom ciekawskich turystów. Na Hradzie nie było akurat prezydenta. Waclaw Hawel nie przyjął, więc kamieńszczańskich turystów a innego Wacława, premiera Klausa widzieliśmy tylko na plakacie, bo nasi południowi sąsiedzi mieli właśnie wybory parlamentarne. Zwiedziliśmy natomiast Plac Wacława, gdzie dotarliśmy pokonując Wełtawę mostem Karola. Przepiękny jest ten zabytkowy most i jakże pożyteczny, gdyby go nie było nie mieliby się gdzie zbierać miejscowi i zagraniczni narkomani. Szukaliśmy Szwejka, ale bezskutecznie. Podziwialiśmy jego wielu rodaków, którzy nigdzie się nie spiesząc popijali piwo w stylowych wnętrzach i na tarasach praskich piwiarni. Odnieśliśmy wrażenie, że życie płynie naszym sąsiadom jakby wolniej, łagodniej i milej.
              W żydowskiej dzielnicy za szybami ekskluzywnej kawiarni siedzieli przy winie starozakonni z charakterystycznymi pejsami i w jarmułkach. Towarzyszyły im strojne żydowskie piękności. Zdarzyła nam się niepowtarzalna okazja do oglądania prawdziwych Żydów. Wprawdzie w naszym kraju podobno aż roi się od potomków Mojżesza, ale chyba tylko w antysemickich pisemkach i kazaniach pewnego księdza prałata z Gdańska.
              Wycieczkę do Pragi prowadził właściciel małego piotrkowskiego biura podróży o szumnej nazwie Katania, ubrany w gustowną kamizelę pan Zdziś. Miało to tę dobrą stronę, że można było skutecznie interweniować w sprawie, jakości wyżywienia. Po tej, pierwszej, mizernej kolacyjce następne posiłki były już bez zarzutu. Gorzej było z pogodzeniem oczekiwań wycieczkowiczów z interesami małej grupki kupczyń towarzyszących panu Zdzisiowi. Te na pierwszy rzut oka miłe panie chciały wyłącznie biegać po sklepach za tanimi butami, które kupowały w ilości po kilkadziesiąt par. Do sprzeczności nie musiało dojść skoro dyrektor nie godził się na zabieranie dodatkowych osób spoza Zakładu. Jednak obrotny pan Zdziś zdołał uzyskał na to w jakimś sposobem zgodę osoby, która w imieniu szefa załatwiała formalności w biurze podróży. W drodze powrotnej towarzyszące właścicielowi Katanii kobiety zażądały, żeby z Bełchatowa zawieźć je bezpośrednio do Piotrkowa a potem właściwą wycieczkę okrężną drogą do Kamieńska. Tak się nie stało, ale było trochę niepotrzebnego szarpania nerwów na zakończenie udanej w sumie imprezy.. Potwierdziło się jednak stare porzekadło o łyżce dziegciu, którą można zepsuć całą beczkę miodu.  

czwartek, 7 kwietnia 2011

Silna grupa

Z końcem sierpnia konsolidowała się wokół Gaworskiego tajna grupa interesów. Jej celem było nie tylko utrzymanie posiadanej władzy, ale także wyeliminowanie ze stanowisk samorządowych tych osób, które do tej grupy nie należały. Twardym rdzeniem tej grupy był tandem niskiego wzrostu Gaworski- Masiarek. Ten ostatni, radny przedsiębiorca i wykonawca robót publicznych w gminie był tez szarym eminencją w Urzędzie Miejskim. On właśnie wytypował kandydatów do rady z terenów położonych na zachód od Trasy Gierkowskiej. Wsie Gorzędów i Barczkowice miały pozostać domeną burmistrza, któremu pomagał instruktor nauki zawodu Andrzej Pawelec. O wybór właściwego człowieka z Pytowic miał zadbać Ryszard Kurman dotychczasowy radny z tej wsi i jednocześnie sekretarz w Urzędzie Miejskim. Nowelizacja ustawy samorządowej zmusiła go do dokonania wyboru między mandatem radnego a prestiżowym i wysokopłatnym stanowiskiem. Tym razem Kurman postanowił spróbować swoich sił w wyborach do Rady Powiatu i gdyby zdobył mandat stałby się nieusuwalny. Ryszard Kurman jak kameleon często zmieniał kolor politycznej skóry. W latach siedemdziesiątych starał się o stanowisko kierownika gospodarstwa rolnego w Pytowicach. Szukał wtedy oparcia w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym, którego był członkiem. Po zwycięstwie Solidarności przystąpił do tego ugrupowania i zdobył z ich listy mandat do Rady Gminy. Jak Solidarność osłabła przyłączył się od grupy Gaworskiego, gdzie znalazł właściwy dla siebie azyl i gminną posadę. Czuł się doskonale w tej grupie interesów i wierzył, ze wygrają najbliższe wybory a on zapewni sobie lekką pracę i dostatnie życie na następne cztery lata.
              W Koźniewicach interesy grupy zabezpieczał ulubieniec tamtejszych strażaków Marek Ludwiczak. Ten związał się z Gaworskim na dobre i na złe i jak się po latach okazało zasiadł nawet obok niego na ławie oskarżonych. W Kamieńsku liczył się Jan Kuliberda. Zadufana w sobie „Silna Grupa” policzyła szable licząc na dwanaście mandatów w Radzie. W takim układzie nikt im do pełni szczęścia nie był już potrzebny. Mogli też usunąć sojuszników z gminnych stanowisk i pozbyć się w ten sposób niewygodnych obserwatorów. Póki, co, jednak spotykali się z nimi dla kamuflażu i wysondowania ich zamiarów.
              Późnym popołudniem w biurze Zakładu Gospodarki Komunalnej doszło do przedwyborczych wzajemnych sondaży. W atmosferze wzajemnej nieufności i wyczekiwania na błąd przeciwnika przemówił dyrektor Zakładu.
              - Panie burmistrzu – zwrócił się do Tadeusza Gaworskiego.- Podobno dokonaliście już podziału stanowisk na przyszłą kadencję? Czy mamy zrozumieć, że nie chcecie z nami współpracować?
              -To nie jest tak – odpowiedział burmistrz. – Wprawdzie wytypowaliśmy naszych kandydatów w poszczególnych okręgach, ale chcemy to z wami skonsultować, dowiedzieć się, kogo wy wystawiacie a potem wspólnie wybrać tych, którzy mają największe szanse wygrać wybory – kłamał jak z nut.
            Do rozmowy włączył się Andrzej Kułak przedstawiają listę kandydatów do rady popieranych przez PSL. Nie było już powodu trzymać jej w tajemnicy, bo zbliżał się termin rejestracji list wyborczych. Zaproponował, żeby Masiarek wycofał swoich kandydatów z rejonu Gałkowic, gdyż będą walczyć o te same głosy, co ludowcy a to poważnie zmniejszy szanse jednych i drugich. Na to burmistrz zapewnił, że wpłynie na Masiarka, żeby wycofał swoich kandydatów z tego rejonu gminy.
              Po tej krótkiej wymianie zdań rozmowa nabrała luźnego charakteru. Porozmawiano o wszystkim i niczym i po ustaleniu terminu kolejnego spotkania za trzy dnia i na tym narada się zakończyła. Drętwa rozmowa była wyraźnym sygnałem, że Silna Grupa nie potrzebuje już sojusznika. Burmistrz zapraszany w uzgodnionym terminie na kontynuację uzgodnień zerwał rozmowy oświadczając, że nikt z jego grupy nie przyszedł a on sam rzekomo nie może robić żadnych uzgodnień. Silna Grupa odrzuciła pozory i przystąpiła do zdecydowanej konfrontacji z dawnymi sojusznikami. Taki był początek oswajania i przystosowania gminnego budżetu do zaspakajania potrzeb cementującej się kliki a jednocześnie pierwsze kroki; które doprowadziły burmistrza i jego pretorian na ławę oskarżonych.
              Pan Tadeusz opierał się zawsze na zasobach ludzkich gorzędowskiej straży pożarnej. Także tym razem ogniowi strażacy stanowili jego bazę wyborczą. Kampania wyborcza w Gorzędowie zaczęła się, więc tradycyjnie od świniobicia. Po przetworzeniu wieprza na kiełbasy i salcesony strażacy wesoło ucztowali w remizie do białego rana. Pan Tadeusz osobiście zadbał, żeby druhowie byli z uczty zadowoleni, Jedzenia była obfitość i trunków także nie brakowało. Z list wyborczych straży pożarnych startowali również inni członkowie Silnej Grupy. Marek Ludwiczak oparł swoją bazę wyborczą na barkach strażaków z Koźniewic. Nawet przejęty z solidarnościowych zasobów Grzegorza Turlejskiego Sławomir Dworzyński z Gałkowic kandydował ze strażackiej listy pana Tadeusza. Pobudzone do działania na zaimprowizowanych ucztach strażacy dzielnie wspierali swych druhów- kandydatów w wyborcze walce, lecz mimo ich starań sukces nie był pełny. Pan Tadeusz był wyraźnie zawiedziony, bo zamiast dwunastu wprowadził do rady tylko ośmiu swoich ludzi. Dziewiątym niespodziewanie okazał się Bogdan Pawłowski, jeden z liderów Akcji Wyborczej Solidarność, który poróżnił się z szefem AWS-u i do wyborów poprowadził własną ekipę. On sam wygrał wprawdzie wybory w Barczkowicach, ale jego ludzie przepadli, co do jednego. Tuż przed wyborami Zarząd Miasta przyłączył Barczkowice do okręgu w Gorzędowie. Wprawdzie mieszkańcy Barczkowic złożyli protest do komisarza wyborczego, lecz przed samym głosowanie wszystko ucichło. Wyglądało na to, że pan Bogdan z panem Tadeuszem dogadali się potajemnie. Gaworski udzielił Pawłowskiemu poparcia w Gorzędowie, które na tyle okazało się skuteczne, że ten bez problemu zmieścił się w czwórce radnych wybranych z tego okręgu z korzyścią dla tajnych planów burmistrza. Przekonał się o tym Turlejski podczas rozmów o formowaniu składu osobowego nowych władz gminy, kiedy pan Bogdan odmówił poparcia składu Zarządu Miasta bez udziału w nim pana Tadeusza. Po wyborach powstały dwa obozy. Strażacko-ogniowa grupa Gaworskiego i grupa jego przeciwników. Obie liczyły po dziewięć osób. Przed panem Tadeuszem powstało pole do nowych manipulacji ludźmi. 

środa, 6 kwietnia 2011

Czas manipulacji


W mrokach powyborczej nocy jaśniały dwa okna w budynku przy ulicy Głowackiego. W lokalu, gdzie zazwyczaj odbywały się zebrania PSL-u obradował wyborczy sztab ludowców. Obecny był także sprzymierzony z nimi radny Kazimierz Pietras. Składano sobie gratulacje po wyborczym sukcesie. Ludowcy wprowadzili do Rady Miejskiej pięciu radnych i zastanawiali się nad utworzeniem większościowej koalicji w radzie. Padały różne propozycje wyłonienia nowego składu Zarządu Miasta. Wszyscy byli zgodni, że należy zrezygnować z sojuszu z grupą Gaworskiego. Dyrektor Zakładu stawiał na Chłapińskiego, jako nowego burmistrza, lecz decydować obsadzie stanowisk mogła tylko koalicja złożona z 10 radnych. Należało, więc pozyskać jeszcze czterech radnych i zawiązać z nimi koalicję. Padło na układ z AWS-em a oni mieli 3 miejsca w radzie. Nie dawało to jeszcze większości. Zapadła szybka decyzja, żeby natychmiast złożyć wizytę radnemu Krężlikowi. W środku nocy Chłapiński i Pietras zapukali do drzwi pana Mirosława a pół godziny później przynieśli niedobrą wiadomość o kategorycznej odmowie radnego. Bardzo aktywny tej nocy Chłapiński przyprowadził chwilę później radnego Mariana Kopcika z Akcji Wyborczej Solidarność. Za jego pośrednictwem przekazano Grzegorzowi Turlejskiemu propozycję zawiązania koalicji PSL – AWS. Była to zasadnicza zmiana w gminnym układzie politycznym, bo do tej pory obie partie nastawione były do siebie raczej wrogo, choć nie wynikało to ze zbyt wielkich rozbieżności programowych a raczej z wzajemnej niechęci liderów. Oba ugrupowania wzajemnie sobie szkodziły a korzyści z tego odnosił ten trzeci, czyli Tadeusz Gaworski, który przez nikogo nienękany budował spokojnie swoją grupę interesów.
              Ta sytuacja miała ulec zasadniczej zmianie. Rankiem następnego dnia złożył wizytę ludowcom Grzegorz Turlejski. Wyciągnął rękę do zgody. Obecni w salce przywitali go uściskami dłoni a dyrektor ZGK zaproponował utworzenie koalicji z burmistrzem, Chłapińskim i przewodniczącym Rady Miejskiej Turlejskim na czele. Pan Grzegorz zgodził się i mówił coś o zakopaniu wojennych toporów. Do pełnego szczęścia brakowało jeszcze jednego radnego. W tej sprawie odbyło się nazajutrz spotkanie w budynku Zespołu Szkół Ponadpodstawowych z udziałem jednego z dawnych liderów AWS-u a obecnie radnego niezależnego – Bogdana Pawłowskiego.
              Jeszcze tego samego dnia zdzwonił do dyrektora ZGK burmistrz Gaworski i poprosił o spotkanie. W godzinę później ścisłe kierownictwo PSL- u oczekiwało na burmistrza w pokoju dyrektora. Przyszedł wkrótce po telefonicznym powiadomieniu wyglądał na zdenerwowanego, kiedy przemówił głos mu się łamał, ręce drżały.
- Nie muszę być burmistrzem – mówił. – Jeśli uważacie, że powinienem odejść to odejdę. Już kilka razy odchodziłem.- Jeśli nie chcecie mnie na burmistrza mogę być zastępcą. Spróbujmy się dogadać. Mówił coś jeszcze a jak już skończył swój monolog skurczył się tak jakoś, że wydał się być jeszcze mniejszym niż był w rzeczywistości. Wtedy odezwał się dyrektor.
              - Panie burmistrzu niech Pan posłucha- powiedział. – Źle pan postępował. Od chwili, kiedy zapewniliśmy panu fotek szefa gminy, czynił pan wszystko i to dość skutecznie, żeby odsunąć nas od wpływu na jakiekolwiek decyzje w gminie. Starał się pan nam przeszkadzać a po pewnym czasie zaczął pan nas zwalczać. Zlecał pan gminne roboty radnemu Masiarkowi i robił wszystko, co możliwe, żeby pomniejszyć znaczenie ZGK. Najsmaczniejsze kąski z gminnej oferty inwestycyjnej były przeznaczane dla kolegi Irka. W tej gminie nie ma miejsca na dwa zakłady gospodarki komunalnej, samorządowy i prywatny. Musi być podjęta 0stateczna decyzja. Musimy coś wybrać, albo będzie się rozwijał gminny zakład komunalny albo jego miejsce zajmie prywatna firma należąca do radnego.
              Pan Tadeusz jakby trochę ochłonął i wtrącił się do rozmowy. – Co tam Irek, on jest tylko radnym. Nie on będzie decydował. To my wspólnie określimy gminną politykę w inwestycjach. Przerwał mu Chłapiński, który od początku spotkania kręcił się niecierpliwie w fotelu. Zaczął mówić szybko i dobitnie, tak jakby przygotował sobie sinolog tylko dla jednego słuchacza. Adresem jego monologu był Tadeusz Gaworski.
            - Panie burmistrzu – zaczął Edward. – Ja zrezygnowałem z posady zastępcy burmistrza na rzecz Kuliberdy tylko po to, żeby mogła powstać koalicja zdolna odsunąć od władzy Turlejskiego i dzięki temu pan został burmistrzem. Liczyłem na to, że pan mi się zrewanżuje. Chciałem tylko pół etatu w Urzędzie, jako koordynator sportu. A pan co? Pan zwlekał i zwodził mnie przez cztery lata. Miał pan wolne etaty, przyjmował pan ludzi, zatrudnił pan w Urzędzie swojego syna. Jak ja mam teraz się zachować? Czy ja mogę znów na pana stawiać? Ja już panu nie wierzę.
              Chłapiński przemawiał na pograniczu patosu tytułując cały czas Gaworskiego burmistrzem. Odpowiedź pana Tadeusza zabrzmiała ja dysonans.
              -Edziu – powiedział. – Chciałem ci dać te pół etatu, ale wiele osób było przeciwnych powoływaniu takiego stanowiska w gminie. Mimo tego to moja wina, bo decyzja należała do mnie a ja jej nie podjąłem.
            W tym momencie włączył się do rozmowy Andrzej Kułak.
              - chciałbym usłyszeć, dlaczego zwalczał pan moją kandydaturę w Gorzędowie. Wystawił pan na listę wyborczą Straży Pożarnej w Gorzędowie kandydata Kopcika i nakazał pan swoim zwolennikom, żeby na niego głosowali? – pytał.
                 - To nieprawda! – zripostował Gaworski. – Nie działałem przeciw tobie. Kopcika wystawiła straż a ja nie mogłem zabronić mu kandydowania.
              W taki sposób pan Tadeusz mały i pokorny sprytnie odpierał stawiane mu przez rozmówców zarzuty. Zastosował swoją starą jakże często skuteczną taktykę przyjmując na siebie winę tylko po to, żeby przeczekać najgorsze chwile i zachować szanse na przedłużenie rozmów potrzebował trochę czasu na wyłamanie choćby jednego tylko radnego z wyłaniającej się koalicji. Rozmowy odroczono do następnego dnia miał, więc Gaworski całą dobę na zakulisowe działania. Nazajutrz okazało się, że dobrze ten czas wykorzystał do umocnienia swojej pozycji w walce o wygodny fotel burmistrza Kamieńska.
              Wystarczyła jedna noc a wiele się zmieniło. Andrzej Kułak po konsultacjach z żoną całkowicie zmienił front i zapragnął kontynuacji sojuszu z Gaworskim. Doszło jednak do ponownego spotkania z grupą Turlejskiego w budynku szkół średnich. Obecny był również Bogdan Pawłowski. I tu wyszło szydło z worka. Okazało się, że ten radny, jeden liderów Solidarności, który podczas minionej kadencji zwalczał Tadeusza Gaworskiego został jego gorącym stronnikiem. Wprawdzie na spotkaniu mówił coś bez przekonania o udziale AWS-u w sprawowaniu władzy, ale była tylko gra pozorów. Niespodziewany akces Pawłowskiego do Silnej Grupy doprowadził do równowagi sił w nowej radzie. Nie było, więc szans na wybór nowego burmistrza a stary zachowywał nadal pełnię władzy.
              W godzinę po zakończonym bez żadnych uzgodnień spotkaniu w szkole w pokoju dyrektora Zakładu Komunalnego pojawił się pan Tadeusz. Odmieniony, pogodny i uśmiechnięty zaczął dyktować swoje warunki.
              - Chcą mnie na burmistrza – powiedział sugerując istnienie jakiejś mocno wpływowej grupy poparcia lub większościowej grupy radnych.
              - Jak pan widzi obsadę pozostałych stanowisk? – zapytał dyrektor.
              - Bez zmian – odpowiedział. Zastępcą burmistrza pozostanie Kuliberda a przewodniczącym rady będzie nadal Pawelec.
              Czyli dla was wszystko, dla nas nic – uciął krótko dyrektor.
Na tym spotkanie zakończyło się a uczestnicy wprawdzie poszli do domów, lecz nie wszyscy odpoczywali. Pan Gaworski jeszcze tego dnia podjął próbę rozbicia grupy ludowców i przeciągnięcie na swoją stronę dwóch radnych, dotąd mu przeciwnych
              Następnego dnia do domu Lisów w Podjeziorze wszedł radny Masiarek. Radnego Kazimierza Lisa nie było w domu a nieoczekiwanego gościa przyjęła jego żona Ewa.
              -, Z czym przychodzisz Irek – zapytała bez zbędnych ceregieli.
              - Szukam jedności – odpowiedział radny.
              - Jak to jedności? – zapytała zdziwiona pani Ewa. Przecież wstawiłeś
                przeciw Lisowi dwóch przeciwników w do mandatu radnego.
              - Tak było – przyznał Irek. ale jeszcze możemy się dogadać.
Wieczorem tego samego dnia w mieszkaniu dyrektora zadzwonił telefon.
              -Mówi Lis – odezwał się głos w słuchawce. Dzisiaj o dwudziestej będę miał gości.
              Zapowiedział się Gaworski ze swoją ekipą.
              - Będą cię dręczyć i obiecywać, żebyś się do nich przyłączył. – Natychmiast zawiadomię Chłapińskiego, żeby był u ciebie pół godziny wcześniej.
Tak właśnie się stało. Wchodzący do domu Lisów: Gaworski, Kuliberda i Masiarek zobaczyli ku swemu zaskoczeniu siedzącego za stołem radnego Edwarda. Manewr bezpośrednich rozmów z radnym Lisem został spalony. „Silna grupa” wróciła z niczym.
              Równolegle do podchodów pod Lisa czynił pan Tadeusz starania o pozyskanie Kazimierza Pietrasa a pomagali mu Pawelec z Kuliberdą. Zaczęło się od telefonicznych Romów a potem były wizyty w domu Pietrasów. Okazało się jednak, że radny Pietras w oczekując na rozwój sytuacji nie chciał zbyt wcześnie się określić, żeby za swój głos w radzie wytargować jak największe korzyści. Podejrzenie to potwierdziło się niebawem, kiedy przedstawiciel francuskiej firmy Sater złożył radnemu propozycję z tych nie do odrzucenia. Gaworski na razie nic nie ugrał i musiał rozmawiać znowu z całą grupą ludowców.
              Ostateczne ustalenia zapadły w przeddzień pierwszej sesji Rady Miejskiej w pokoju dyrektora Zakładu. Gaworski zaproponował Pietrasowi stanowisko przewodniczącego rady. Chciał w ten sposób pozbyć się Chłapińskiego a stanowisko zastępcy burmistrza uratować dla Kuliberdy. Pietras jednak odmówił uważając, że korzystniej dla niego będzie ulokować się w Zarządzie Miasta, choć później przeszkodził mu w tym inspirowany przez burmistrza sprzeciw gminnych prawników. Wtedy Chłapiński Gaworskiego o indywidualną rozmowę. Po, której były towarzysz Tadeusz zgadzał się powołać na swego zastępcę byłego towarzysza Edwarda. Wydaje się być pewnym, że właśnie wtedy Edward obiecał Tadeuszowi przy najbliższej okazji zdradzić swoich sojuszników w zamian za etat wiceburmistrza. Wtedy jeszcze Edwarda nikt o paskudną zdradę nie podejrzewał. Ostatecznie ustalono, że Kuliberda będzie przewodniczącym rady a Kułak jego zastępcą. W Zarządzie Miasta mieli zasiąść radni: Pawelec, Ludwiczak i Kowalski.
              Dyrektor wiedział już, że walka z Silną Grupą została przegrana, ale miał nadzieję, że Chłapiński wspomagany przez Kowalskiego będzie skutecznie pilnował poczynań burmistrza. Jakże się pomylił, bo kilka tygodni później przy aprobacie tych wypromowanych przez siebie ludzi został odwołany ze stanowiska. Następnego dnia na pierwszej sesji rady wybrano przewodniczącym Jana Kuliberdę. Problemy zaczęły się przy wyborze jego zastępcy, gdy nieoczekiwanie, łamiąc wcześniejsze ustalenia Silna Grupa wystawiła kandydaturę Andrzeja Pawelca przeciw Andrzejowi Kułakowi. Wtedy Kuliberda ogłosił przerwę w obradach i wznowiono poufne rozmowy u dyrektora Zakładu. Pawelec za nic nie chciał wycofać się z kandydowania mimo oświadczenia Gaworskiego, że odda swój głos na Kułaka. Musiał Pawelec wiedzieć coś więcej o prawdziwych zamiarach kolegi Tadeusza. W międzyczasie sytuacja bardziej się skomplikowała, bo zgłosił kandydaturę Mariana Kopcika. Ludowcy nie wierząc burmistrzowi postanowili poprzeć Kopcika. Głosował na niego także Kułak. W ten sposób obnażyli prawdziwe oblicze Tadeusza Gaworskiego, który dziesięć minut wcześniej przysięgał na Boga, że odda głos Kułakowi a po ogłoszeni wyników okazało się, że na Kułaka nikt nie głosował. Ponieważ ani Kopcik ani Pawelec nie otrzymali wymaganej liczby głosów wycofali się z dalszych wyborczych zmagań. Zastępcą przewodniczącego Rady Miejskiej został Kazimierz Pietras.
              Ten suchy opis bezwzględnej walki o stanowiska nie jest w stanie oddać atmosfery napięcia i stresu, jakie towarzyszyły bardziej wrażliwym osobom uwikłanym w manipulacje towarzyszące wyłanianiu wierchuszki samorządowych władz, Ileż tam było obietnic bez pokrycia, fałszywych deklaracji, niedotrzymanych uzgodnień, prób wymanewrowania sojuszników nie mówiąc już o absolutnym braku szacunku dla przeciwników, bo z tymi się nikt nie liczył. Po tym żenującym spektaklu na zawsze już pozostał niesmak do krętaczy, którzy następnego dnia zasiedli w fotelach, jako gminni dostojnicy. Słowo dostojnik jest tutaj jednak nie na miejscu, bo nie wolno w ten sposób hołubić ludzi, którzy łamiąc wszelkie zasady walczyli zaciekle o władzę i pieniądze na najbliższe cztery lata.
              W całej, tej burzliwej kampanii nie było ani słowa o programie dla gminy, o przyszłości Kamieńska, chyba, że założeniem programowym Silnej Grupy było usunięcie ze stanowisk ludzi wyznających jakiś system wartości i z uwagą patrzących na ręce sięgające do gminnej kasy.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Kasa chorych

Władza jest jak czarna dziura, pochłania wszystkich, którzy znajdą się w jej orbicie. Wystarczy zostać wybranym do zasiadania w wehikule demokracji, by dotrzeć do czarnej dziury władzy. Stamtąd nikt dobrowolnie nie powraca, Będzie tam tkwił dopóty, dopóki jakiś wielki wybuch nie odrzuci go daleko w polityczny niebyt.
              Władza wyrasta na budżecie i budżetem się karmi. Budżet to kasa chorych. Chorych na władzę, na przerost ambicji, na próżność. Władza żerując na budżecie wytwarza truciznę. Ta trucizna niewoli umysły ludzi władzy. Zabija odruchy serca. Ludzie władzy cenią tylko jedną wartość, wartość władzy. Wszystkie inne wartości są dla ludzi władzy drugorzędne, przydatne tylko na tyle, na ile mogą być przydatne do utrzymania się w orbicie władzy.
              Trucizna władzy niszczy sumienia ludzi, zniekształca im psychikę. Z uczciwych czyni aferzystów, z prawdomównych kłamców, z wrażliwych twardzieli a z honorowych szmatławców. Trucizna władzy oślepia ludzi władzy. Ludzie oślepieni władzą widzą świat prze pryzmat swojej, wyimaginowanej nieomylności. Ludzie władzy wszystko wiedzą najlepiej i są przekonani, że mają na władzę wyłączność.
              Władza daje ludziom władzy dostęp do budżetu i prawo do jego podziału. Pierwsze przykazanie dla ludzi władzy brzmi: Dopóki jesteś przy władzy wyciągnij dla siebie z budżetu ile się tylko da. Drugie: Nie żałuj kasy tym, którzy podtrzymują cię przy władzy. Trzecie: Głoś wszem i wobec, ze to, co robisz, czynisz wyłącznie dla dobra ludzi, gminy, miasta, kraju. Czwarte: Staraj się jak możesz, żeby pozyskać ludzi mediów, bo media kreują celebrytów, wynoszą na piedestał, ale mogą też wtrącić w przepaść zapomnienia. Piąte: Wyniszcz bezwzględnie wszystkich, potencjalnych przeciwników, szczególnie tych, których nie możesz przekupić i pozyskać na swoje usługi.
              Tadeusz Gaworski dobrze znał te przykazania, stosował się przecież do nich od lat. Po dogadaniu się z Chłapińskim uznał, że nadszedł dogodny czas, żeby pozbyć się byłych sojuszników z Zakładu Komunalnego. W ten sposób mógł zlikwidować ostatni w gminie bastion wolny od krętactw i szemranych interesów. Gaworszczyzna była bliska pełnego triumfu. Chłapiński napluł już na swoich przyjaciół, którzy z takim trudem wynieśli go na burmistrzowskie stanowisko, ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Poważne podejrzenia o jego zdradę i zaprzaństwo przyszły na myśl dyrektorowi Zakładu dopiero po dwóch, kolejnych posiedzeniach Zarządu Miasta, na których stronnicy burmistrza bezpardonowo atakowali go za rzekomo złe zarządzanie firmą samorządową mimo niezbitych dowodów, że jej trudności finansowe były spowodowane destrukcyjnym działaniem burmistrza. Chłapiński milczał wtedy jak zaklęty, więc dyrektor zrozumiał, że jest już człowiek stracony, wciągnięty w orbitę „kasy chorych”, że sprzedał przyjaciół i honor w zamian za władze i pieniądze. Gaworski mógł już bez przeszkód pozbyć się niewygodnych dla siebie ludzi. I stało się.
              Dnia 16 grudnia 1998 roku nadeszła, do Danielowa prze telefon zła nowina. W słuchawce telefonu zabrzmiał znajomy głos.
              - Dyrektorze mam złą nowinę.
              - Tak? Wiem, że ty jesteś od złych nowin – próbował żartować dyrektor.
               - Odwołali cię dzisiaj ze stanowiska – głos był pełen smutku i rezygnacji.
              - Wiesz przecież, że spodziewałem się tego od pewnego czasu, ale teraz muszę się
                oswoić z dokonanym już faktem. Dziękuję ci za szybką informację – zakończył
                rozmowę dyrektor.
Właśnie w tym dniu wykorzystując nieobecność chorego dyrektora Zarząd Miasta podjął stosowną uchwałę. Dyrektor wiedział, ze ani burmistrz, ani żaden z członków Zarządu nie poprosi go na rozmowę, bo skala niegodziwości, jakiej się dopuścili nie pozwoli im spojrzeć mu prosto w oczy. W trzy miesiące później – 12 marca 1999 roku przewodniczący Rady Miejskiej Jan Kuliberda zwołał nadzwyczajną sesję. Obradowano nad sytuacja w Zakładzie Komunalnym z udziałem dyrektora, który został wprawdzie przywrócony na stanowisko, ale wyczerpany długotrwałą walka o utrzymanie Zakładu do pracy już nie powrócił. Powrót do pracy oznaczał dalszy ciąg konfliktu z kliką Gaworskiego z szarpiącym nerwy procesem sądowym włącznie.
              Podczas sesji dyrektor przedstawił burmistrzowi szereg poważnych zarzutów działania nie tylko na szkodę Zakładu, ale i całej gminy. „ Silna grupa” zbyła te oskarżenia milczeniem a burmistrz udzielając odpowiedzi nonszalancko pominął te najcięższe, które padły pod jego adresem. Uchwałą rady sprawę zepchnięto na boczny tor kierując do komisji rewizyjnej, gdzie utknęła na dłuższy czas a potem została rozmyta i wyciszona przez przewodniczącego Bogdana Pawłowskiego, ochraniającego łamiącego prawo burmistrza Tadeusza Gaworskiego.
              Kilka tygodni później Rada Miejska udzieliła burmistrzowi absolutorium, akceptując w ten sposób styl i metody działania tego człowieka. W tajnym głosowaniu zaaprobowano złą pracę Zarządu Miasta. Można było być pewnym, że burmistrz i jego zastępca udzieli sobie skwitowania a poparli ich radni: Bogdan pawłowski, Wiktor Kowalski, Jan Kuliberda, Marek Ludwiczak, Ireneusz Masiarek, Andrzej Pawelec, Stanisław Stasiak i Jerzy Fryś.  W ten sposób „kasa chorych zamiast zostać zlikwidowana zyskała fundament dla dalszego rozwoju a wkrótce nastał jej czas rozkwitu, po pozyskaniu przez burmistrza następnych radnych zarażonych gorączką satermanii. 

Kasa chorych

Władza jest jak czarna dziura, pochłania wszystkich, którzy znajdą się w jej orbicie. Wystarczy zostać wybranym do zasiadania w wehikule demokracji, by dotrzeć do czarnej dziury władzy. Stamtąd nikt dobrowolnie nie powraca, Będzie tam tkwił dopóty, dopóki jakiś wielki wybuch nie odrzuci go daleko w polityczny niebyt.
              Władza wyrasta na budżecie i budżetem się karmi. Budżet to kasa chorych. Chorych na władzę, na przerost ambicji, na próżność. Władza żerując na budżecie wytwarza truciznę. Ta trucizna niewoli umysły ludzi władzy. Zabija odruchy serca. Ludzie władzy cenią tylko jedną wartość, wartość władzy. Wszystkie inne wartości są dla ludzi władzy drugorzędne, przydatne tylko na tyle, na ile mogą być przydatne do utrzymania się w orbicie władzy.
              Trucizna władzy niszczy sumienia ludzi, zniekształca im psychikę. Z uczciwych czyni aferzystów, z prawdomównych kłamców, z wrażliwych twardzieli a z honorowych szmatławców. Trucizna władzy oślepia ludzi władzy. Ludzie oślepieni władzą widzą świat prze pryzmat swojej, wyimaginowanej nieomylności. Ludzie władzy wszystko wiedzą najlepiej i są przekonani, że mają na władzę wyłączność.
              Władza daje ludziom władzy dostęp do budżetu i prawo do jego podziału. Pierwsze przykazanie dla ludzi władzy brzmi: Dopóki jesteś przy władzy wyciągnij dla siebie z budżetu ile się tylko da. Drugie: Nie żałuj kasy tym, którzy podtrzymują cię przy władzy. Trzecie: Głoś wszem i wobec, ze to, co robisz, czynisz wyłącznie dla dobra ludzi, gminy, miasta, kraju. Czwarte: Staraj się jak możesz, żeby pozyskać ludzi mediów, bo media kreują celebrytów, wynoszą na piedestał, ale mogą też wtrącić w przepaść zapomnienia. Piąte: Wyniszcz bezwzględnie wszystkich, potencjalnych przeciwników, szczególnie tych, których nie możesz przekupić i pozyskać na swoje usługi.
              Tadeusz Gaworski dobrze znał te przykazania, stosował się przecież do nich od lat. Po dogadaniu się z Chłapińskim uznał, że nadszedł dogodny czas, żeby pozbyć się byłych sojuszników z Zakładu Komunalnego. W ten sposób mógł zlikwidować ostatni w gminie bastion wolny od krętactw i szemranych interesów. Gaworszczyzna była bliska pełnego triumfu. Chłapiński napluł już na swoich przyjaciół, którzy z takim trudem wynieśli go na burmistrzowskie stanowisko, ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Poważne podejrzenia o jego zdradę i zaprzaństwo przyszły na myśl dyrektorowi Zakładu dopiero po dwóch, kolejnych posiedzeniach Zarządu Miasta, na których stronnicy burmistrza bezpardonowo atakowali go za rzekomo złe zarządzanie firmą samorządową mimo niezbitych dowodów, że jej trudności finansowe były spowodowane destrukcyjnym działaniem burmistrza. Chłapiński milczał wtedy jak zaklęty, więc dyrektor zrozumiał, że jest już człowiek stracony, wciągnięty w orbitę „kasy chorych”, że sprzedał przyjaciół i honor w zamian za władze i pieniądze. Gaworski mógł już bez przeszkód pozbyć się niewygodnych dla siebie ludzi. I stało się.
              Dnia 16 grudnia 1998 roku nadeszła, do Danielowa prze telefon zła nowina. W słuchawce telefonu zabrzmiał znajomy głos.
              - Dyrektorze mam złą nowinę.
              - Tak? Wiem, że ty jesteś od złych nowin – próbował żartować dyrektor.
               - Odwołali cię dzisiaj ze stanowiska – głos był pełen smutku i rezygnacji.
              - Wiesz przecież, że spodziewałem się tego od pewnego czasu, ale teraz muszę się
                oswoić z dokonanym już faktem. Dziękuję ci za szybką informację – zakończył
                rozmowę dyrektor.
Właśnie w tym dniu wykorzystując nieobecność chorego dyrektora Zarząd Miasta podjął stosowną uchwałę. Dyrektor wiedział, ze ani burmistrz, ani żaden z członków Zarządu nie poprosi go na rozmowę, bo skala niegodziwości, jakiej się dopuścili nie pozwoli im spojrzeć mu prosto w oczy. W trzy miesiące później – 12 marca 1999 roku przewodniczący Rady Miejskiej Jan Kuliberda zwołał nadzwyczajną sesję. Obradowano nad sytuacja w Zakładzie Komunalnym z udziałem dyrektora, który został wprawdzie przywrócony na stanowisko, ale wyczerpany długotrwałą walka o utrzymanie Zakładu do pracy już nie powrócił. Powrót do pracy oznaczał dalszy ciąg konfliktu z kliką Gaworskiego z szarpiącym nerwy procesem sądowym włącznie.
              Podczas sesji dyrektor przedstawił burmistrzowi szereg poważnych zarzutów działania nie tylko na szkodę Zakładu, ale i całej gminy. „ Silna grupa” zbyła te oskarżenia milczeniem a burmistrz udzielając odpowiedzi nonszalancko pominął te najcięższe, które padły pod jego adresem. Uchwałą rady sprawę zepchnięto na boczny tor kierując do komisji rewizyjnej, gdzie utknęła na dłuższy czas a potem została rozmyta i wyciszona przez przewodniczącego Bogdana Pawłowskiego, ochraniającego łamiącego prawo burmistrza Tadeusza Gaworskiego.
              Kilka tygodni później Rada Miejska udzieliła burmistrzowi absolutorium, akceptując w ten sposób styl i metody działania tego człowieka. W tajnym głosowaniu zaaprobowano złą pracę Zarządu Miasta. Można było być pewnym, że burmistrz i jego zastępca udzieli sobie skwitowania a poparli ich radni: Bogdan pawłowski, Wiktor Kowalski, Jan Kuliberda, Marek Ludwiczak, Ireneusz Masiarek, Andrzej Pawelec, Stanisław Stasiak i Jerzy Fryś.  W ten sposób „kasa chorych zamiast zostać zlikwidowana zyskała fundament dla dalszego rozwoju a wkrótce nastał jej czas rozkwitu, po pozyskaniu przez burmistrza następnych radnych zarażonych gorączką satermanii. 

Przemiana


Od zarania dziejów Opatrzność zsyłała przeróżne plagi na lud rolniczy. Oprócz klęsk żywiołowych w ostatnim półwieczu chłopi doświadczyli rozkułaczania, obowiązkowych dostaw i przymusowej kolektywizacji. Chłop to jednak twarda sztuka, więc przetrwał hitleryzm, stalinizm i gomułkowszczyznę. Dopiero, kiedy Pan Bóg zesłał Balcerowicza to jego reform chłopstwo niebyło już w stanie wytrzymać. Pan profesor ekonomi doskonale wiedział, że nie uzdrowi gospodarki kraju bez potu i łez, więc do dźwigania ciężaru przemian wyznaczył chłopów i zanim się spostrzegli ograbił ich doszczętnie z oszczędności i wpędził w zabójcze zadłużenie. Opłacalność produkcji rolnej spadła na łeb na szyję do tego stopnia, że na słabych gruntach koszty produkcji przerosły dochody. Wieś zaludniła się bezrobotnymi bez żadnych perspektyw na przyszłość. Nie inaczej było w gminie Kamieńsk. Miejscowy PSL próbował znaleźć jakieś miejsca pracy dla młodych ludzi z upadających gospodarstw rolnych ratując ich przed wegetacją na zasiłkach z opieki społecznej. Z chwilą powstania Zakładu Gospodarki Komunalnej dyrektor nadał mu wysoką dynamikę rozwoju z myślą o utworzeniu choćby kilkunastu dodatkowych miejsc pracy dla bezrobotnej młodzieży wiejskiej. Wśród szczęśliwych adeptów znalazł się nasz radny. Przepracował cztery lata i materialnie się umocnił i zdobył zaufanie ludowców. Wystawili go, więc na listę kandydatów do Rady Miejskiej i pomogli wybrać wybory. Został radnym członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego.
                 Gdy zdradził Edward Chłapiński a wraz z nim Wiktor Kowalski, którego nazwisko jak się później okazało widniało na liście donosicieli Wildsteina nasz radny trzymał się jeszcze, był jeszcze lojalny. Podczas głosowania nad absolutorium w kwietniu 1999 roku był jeszcze w opozycji wobec burmistrza i jego Silnej Grupy, lecz zaczynał się plątać w sidła pokusy. Burmistrz kusił poszukując w radzie szerszego poparcia dla przeforsowania projektu wielkiego wysypiska śmieci. Nasz radny otrzymał od szefa gminu propozycję udziału w bezpłatnych, zagranicznych wycieczkach. Zwiedził Paryż i Wiedeń, oglądał szczyty niebotycznych Alp. Zaimponowała mu nowa rola. Z dnia na dzień stał się ważną osobą a gminni notable okazywali mu wielką życzliwość. Wtedy jeszcze trochę pamiętał skąd przyszedł, komu co zawdzięcza i gdzie powinien szukać naturalnego oparcia.
                 Przełom nastąpił po rozmowie z radnym Kazimierzem Pietrasem, który choć formalnie niezależny był sprzymierzony z ludowcami aż do czasu, kiedy odwołano dyrektora Zakładu Komunalnego. Wtedy to radnemu niezależnemu zaimponował udział w sprawowaniu władzy. Nie chciał być w opozycji. Przyłączył się, więc z radością do kliki burmistrza, bo poczuł szanse na życiowy interes i jako nawiedzony neofita zaczął Kazimierz Pietras energicznie montować grupę radnych, która poparłaby zawiązanie spółki z zagranicznym inwestorem szukającym terenów pod budowę składowiska śmieci. Niezależny potrzebował naszego radnego Nasz radny bronił się jeszcze, ale słabo.
                 -Jestem z PSL-u. My jesteśmy przeciw burmistrzowi. Ja nadal popieram
                  dyrektora Zakładu – próbował opierać się.
                  - Ja też jestem przeciw burmistrzowi – kłamał niezależny Pietras. Trzeba jednak
                    budować wysypisko śmieci, bo to przyniesie gminie pieniądze – ripostował Pietras · mając na myśli pieniądze, ale dla siebie. Dyrektor już do Zakładu nie wróci. Nie
               trzeba się z nim liczyć – dodał.
Nasz radny łamał się pod naporem chwytliwych argumentów i korzystnych dla niego obietnic. Do swoich promotorów- ludowców zaglądał coraz rzadziej. Mówił coś, ze trzeba słuchać mądrych ludzi, którzy chcą wzbogacić gminę i przygotować dla bezrobotnych wiele miejsc pracy. Na forum rady popierał burmistrza i został członkiem jego Silnej Grupy. Wynagrodzono go za to płatnym miejscem w radzie nadzorczej spółki śmieciowej.
                 Po kilku miesiącach zwalczał już nawet swoich dawnych przyjaciół, którzy stworzyli dla niego etat i wynieśli do kręgu gminnej władzy. Czy zmieniając skórę pomyślał, że jeszcze niedawno, kiedy sam niewiele znaczył, nie miał perspektyw na przyszłość, jego los i wielu jemu podobnych był burmistrzowi zupełnie obojętny? No może miał jakieś wątpliwości i opory, ale zbyt słabe, żeby zapanować nad mroczną stroną swojej duszy i skutecznie się oprzeć przemożnie kuszącym wpływom gminnej „kasy chorych”.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Walka o śmieci


Na początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia, po zmianach ustrojowych Polska stała się terenem głębokiej penetracji zachodniego kapitału, który kierując się zasadą maksymalizacji zysków wyszukiwał te dziedziny gospodarki narodowej, gdzie mógł uzyskać najszybszy zwrot zainwestowanych pieniędzy. Przy wycenie i sprzedaży państwowego mienia powstawało pole, na którym bujnie wyrastały na ogół nieczyste interesy decydentów. Dosłownie mówiąc otwierała się potężna strefa korupcji. Dociekania w tych sprawach redaktorów śledczych największych mediów koncentrowały się na prywatyzacji gigantów przemysłowych lub całych branż ważnych strategicznie dla naszego państwa. Tymczasem w głębokim cieniu tych wydarzeń trwała bezpardonowa walka zachodnich koncernów o opanowanie intratnego rynku śmieci komunalnych. Potencjalna wielkość tego rynku w Polsce była oceniana na miliardy dolarów. Wyspecjalizowane, zachodnie firmy śmieciowe zakładały pospiesznie swoje filie w Polsce. Te z kolei tworzyły spółki- córki wykazujące ogromną operatywność w poszukiwaniu dostawców śmieci komunalnych. Było to o tyle łatwe o ile udawało im się zdobyć zgodę samorządów na zakładanie składowisk śmieci. To drugie zadanie było znacznie trudniejsze, bowiem społeczności lokalne stawiały duży opór przeciw składowiskom śmieciowym na miejscach ich zamieszkania. Nie było tajemnicą dla zagranicznych inwestorów, że podstawowym warunkiem osiągnięcia w Polsce dużych zysków jest zdobycie przychylności szefów gmin i większościowych grup radnych. Dlatego nie szczędzili pieniędzy na oswojenie i pozyskanie gminnych prominentów. „Śmieciowi szperacze” wyszukiwali biedne gminy, gdzie urzędnicy samorządowi nie potrafili przyciągnąć innych inwestorów zdolnych zasilić gminne kasy wpływami a podatków i opłat oraz przysporzyć miejsc pracy dla rosnącej rzeszy bezrobotnych. Takich gmin w kraju nie brakowało, ale zainteresowanie śmieciowych potentatów budziły przeważnie te z dobrym dojazdem położone w pobliżu dużych aglomeracji miejskich.  Wiadomo, że nikt z Łodzi nie będzie woził śmieci nad ukraińską granicę, bo to się po prostu nie opłaca, ale do Kamieńska to już całkiem dobry biznes.
                                        Wysłannicy śmieciowych potentatów starali się osobiście poznać radnych, zaprzyjaźnić się z nimi, poznać ich ambicje i słabostki a potem starali się wyjść naprzeciw ich potrzebom leżących dotąd sferze marzeń. Fundowali radnym zagraniczne wycieczki, zapraszali na ekskluzywne przyjęcia, kusili wysoko opłacanymi funkcjami w zarządach i radach śmieciowych spółek. Spieszyli się, żeby uruchomić nowe składowiska zanim sejm dostosował polskie prawo do unijnych wymogów. Widzieli, ze lada chwila nie będzie już można zakładać prymitywnych składowisk, gdzie nieposortowane i nieprzetworzone śmieci przesypuje się warstwami piasku. Na składowiskach nowego typu trzeba będzie odpady sortować i w znacznej części przeznaczać do przetworzenia. A wtedy zysk znacznie się pomniejszy. Przysłowie mówi, kto pierwszy ten lepszy. Kto pierwszy pokryje Polskę siecią składowisk, ten opanuje rynek i podyktuje wysokość opłat za składowanie odpadów komunalnych na terenie całego kraju, Toczyła się wielka gra o wielkie pieniądze.

sobota, 2 kwietnia 2011

Satermania


Z początkiem 1999 wśród gminnych prominentów zaczęła się szerzyć dziwna choroba. Infekcja zaczęła się od burmistrza. Do zainfekowania doszło prawdopodobnie na spotkaniu Tadeusza Gaworskiego z urzędnikiem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa Mirosławem Gajdą, byłym dyrektorem Wydziału Rolnictwa Urzędu Wojewódzkiego w Piotrkowie Trybunalskim, który opowiedział mu o planach inwestycyjnych francuskiej firmy Sater poszukującej pilnie terenów pod składowisko śmieci. Dyrektor Gajda miał już ugruntowaną pozycję wśród wybrańców należących do nowej klasy politycznej, niestety porażonej egoizmem i chciwością. Od tej pory burmistrz Gaworski stał się nosicielem choroby, którą później nazwano w Kamińsku satermanią i zarażał nią po kolei posłusznych mu członków gminnych władz samorządowych. W Urzędzie Miejskim coraz częściej widać było przedstawicieli francuskiej spółki. Po kilku miesiącach ożywionych kontaktów przyszedł czas na rewizytę we Francji. Trzeciego grudnia 11998 roku Gaworski i jego zastępca Chłapiński pojechali gminnym mercedesem na lotnisko Okęcie skąd odlecieli na kilkudniową, luksusową wycieczkę do Paryża. Oczywiście koszty pobytu w jednej ze stolic świata opłacili gospodarze, bowiem Francuzi znani są z bezinteresownej gościnności, szczególnie wobec polskich samorządowców. Najprawdopodobniej wtedy „ojcowie miasta” zrozumieli, że w ich żywotnym interesie leży pomagać wszystkimi, dostępnymi im środkami Francuzom w realizacji projektu o wartości 300 milionów dolarów i postanowili przekazać im dogodnie położone tereny w gminie Kamieńsk pod budowę składowiska śmieci,
              W międzyczasie zwabione doskonałą lokalizacją złożyły swoje oferty niemieckie firmy śmieciowe Lobbe i Rethmann, oferty znacznie korzystniejsze dla gminy. Można się tylko domyślać, dlaczego oferta francuska uzyskała takie uznanie gminnych decydentów, że już w lutym 1999 roku wypowiedzieli się na łamach lokalnego wydania „Wiadomości”, ze wszystko jest na dobrej drodze, żeby spółka Sater wybudowała w gminie śmietnik, który jak na ironię nazwali Ekologicznym Centrum Utylizacji Odpadów Komunalnych. Słowo śmieci, kluczowe dla projektu, ze względów propagandowych nie znalazło miejsca w jego nazwie. Burmistrz był pełen optymizmu, choć do podpisania umowy z Francuzami było jeszcze daleko i trzeba było uzyskać dla niej większość w radzie. Niespodziewanie dla siebie pan Gaworski znalazł się w opałach, bo na sesji 12 marca postawiono mu szereg zarzutów o działanie na niekorzyść gminy w tym o wywiezienie śmieci z tymczasowego składowiska do lasu. Wprawdzie burmistrz wyszedł z tych opresji obronną ręką dzięki bezkrytycznemu poparciu swoich stronników w radzie, ale w głosowaniu nad absolutorium dla Zarządu Miasta zdołał uzyskać tylko 10 głosów na osiemnastu radnych, więc jego pozycja była słaba. W dodatku jeden z popierającej go dziesiątki był zwolennikiem firmy Lobbe. No tak, ale burmistrzowie mają swoje sposoby oddziaływania na radnych. Pan Gaworski pomyślał, że podróże może i kształcą, ale przede wszystkim integrują ludzkie zespoły, więc, gdy nastał maj i świat wypiękniał pan burmistrz wysłał grupę radnych do Austrii, sięgając również po tych z opozycji. Ani on ani jego zastępca nie wybrali się do Wiednia, bowiem wycieczkę opłacała firma, Lobbe a pan Gaworski nie zamierzał zaciągać wobec niej długu wdzięczności. Grupa radnych zwiedziła stolicę walca i podziwiała alpejskie widoki. Powrócili w dobrych nastrojach, bo sam dyrektor Dąbrowski troszczył się o ich potrzeby w naddunajskim kraju. Jednak urok Wiednia zbladł wobec uroku Paryża, gdzie miesiąc później byli gośćmi francuskiej firmy Sater. Po tej wizycie znacznie wzrosły szeregi kamieńszczańskich satermanów. Pan burmistrz promieniał, bo udało mu się przeciągnąć na swoją stronę trzech opozycyjnych radnych. I nic go to nie kosztowało, bo zapłacili za wszystko właściciele śmieciowych firm. Jest rzeczą oczywistą, że Francuzi goszcząc u siebie grupę radnych przekonywali ich do swej oferty i byli pewni swego, bo nie czekając na wynik przetargu powołali do życia spółkę Sater Kamieńsk. W umowie tej spółki zapisano, że będzie składać na terenie gminy Kamieńsk śmieci z aglomeracji łódzkiej. Trzynastego lipca dobrana przez burmistrza grupa radnych zebrała się w salce samorządowej Urzędu Miejskiego. Odbył się konkurs a raczej jego parodia na wybór firmy, która wybuduje w gminie składowisko śmieci. Za stołem zasiadło dwanaście osób w tym 8 zdobywców Paryżą z burmistrzem i jego zastępcą na czele. Ponadto w tej ceremonii uczestniczyli: przewodniczący rady Jan Kuliberda, przewodniczący komisji rewizyjnej Bogdan Pawłowski, sekretarz Urzędu Miejskiego Ryszard Kurman i radca prawny Wiktor Sobieraj. Po krótkiej, formalnej wymianie zdań jedenaście osób wybrało spółkę Sater Polska. Tylko Jan Kuliberda był zwolennikiem firmy Lobbe. Przy okazji złamano kilka przepisów ustawy o zamówieniach publicznych. Nie powołano wcześniej komisji konkursowej a otwarte wcześniej oferty przyniósł pod pachą burmistrz Gaworski. Decyzja jednak zapadła. Podjęli ją samorządowcy, którzy wcześniej przyjęli od uczestników konkursu korzyści materialnie w postaci luksusowych, zagranicznych wycieczek. Wycieczkowicze tłumaczyli się mętnie potrzebą poznania i oceny składowisk prowadzonych przez konkurujące firmy w celu wybrania najlepszej oferty. Mogli przecież w tym celu wybrać się do niedalekiego Otwocka, gdzie spółka Sater eksploatowała już składowisko śmieci o identycznej technologii jak to, które miało powstać w Kamieńsku. No cóż, gdzie tam Otwockowi do stolicy Francji. Ani boeingiem nie polatasz, ani nie zachwycisz oka widokiem francuskich elegantek.
              Tydzień później satermania sięgnęła zenitu. Najpierw Rada Miejska upoważniła Zarząd Miasta do spisania umowy z Francuzami a po obradach zaproszono mieszkańców Kamieńska na spotkanie z przedstawicielami firmy, Sater, którzy zachwalali walory swego śmietnika w towarzystwie swoich przyjaciół radnych przy piwie i zakąskach. Podobne imprezy propagandowe odbyły się też we wsiach: Kąsie, Ochocice, Kożmiewice, Barczkowice i Gorzędów.Na tych imprezach brylowali radni- turyści a rachunki płaciła francuska firma Sater. W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego Francuzi i zaprzyjaźnieni z nimi radni prowadzili kosztowną kampanię promującą składowisko śmieci? Dlaczego, skoro klamka już zapadła? Skoro podpisano już umowę dzierżawna a gmina przystąpiła do spółki Sater Kamieńsk zyskując 20 % udziałów za rezygnację z czynszu dzierżawnego? Skoro powstała w Radzie Miejskiej stabilna większość prosaterowska a przejętych z opozycji radnych Wojciecha Wszelakiego i Mariana Kopcika obdarowano fotelami w radzie nadzorczej spółki? Czy taka akcja była jeszcze potrzebna? Tak, była niezbędna, bo zbliżał się termin gminnego referendum, którym miała odpowiedzieć na pytanie, czy jest za budową ponad gminnego składowiska śmieci. Satermani obawiali się, że wynik referendum może obrócić wniwecz ich związki z francuską spółką. Do rozpisania referendum doszło mimo przeszkód, jakie czynili klienci francuskich biznesmenów. Opanowana przez nich Rada Miejska odrzuciła złożony przez Grzegorza Turlejskiego wniosek w tej sprawie. Ten jednak dopiął swego. Zebrał wymaganą liczbę podpisów wśród mieszkańców, więc rada chcąc nie chcąc wyznaczyła termin głosowania na dzień siódmego listopada. Satermani trafnie przewidzieli, że miejscowa społeczność nie poprze idei budowy wielkiego śmietnika. Liczyli tylko na niską frekwencję, taką poniżej, 30 % przy której wynik głosowania nie byłby dla rady wiążący. Burmistrz i jego zwolennicy mogli z łatwością policzyć głosy, jakie na nich oddano w niedawnych wyborach samorządowych. Z tego rachunku wynikało, że skuteczny bojkot referendum przez sprzyjający im elektorat może spowodować fiasko głosowania i o taki bojkot się postarali. Nie wystawia to dobrego świadectwa radnym, którzy podejmują działania mające uniemożliwić wykonanie woli wyrażonej przez społeczeństwo. Takie działanie miało tylko brzydki wymiar etyczny. Natomiast pod kodeks karny podlegałby szantaż ze strony gminnej władzy wobec pracowników Urzędu Miejskiego i Zakładu Gospodarki Komunalnej wyrażający się groźbami utraty pracy, jeśli oni lub członkowie ich rodzin pójdą do urn wyborczych. Takie wieści rozchodziły się wtedy po terenie gminy i coś w tym musiało być z prawdy, bo trudno by znaleźć na listach wyborczych podpisy przy nazwiskach tych osób. Nie głosowali gremialnie członkowie komisji referendalnych, choć siedzieli przez cały czas o jeden krok od urny. Nic w tym dziwnego skoro skład komisji był starannie dobrany. Zasiedli tam głównie radni, zwolennicy spółki Sater i członkowie ich rodzin. Trudno nie zauważyć, że był to przykład mafijnego działania. Udana próba skutecznego wpływania na wynik głosowania przy gróźb i szantażu. Trudno się dziwić dziesiątkom osób zatrudnionych na gminnych etatach, że zbojkotowały referendum. Tak czy inaczej taka postawa była po myśli ich szefom.
              W gminie, gdzie niezwykle trudno o pracę a Urząd Miejski jest największym pracodawcom, taką postawę można po części usprawiedliwić, bo była wynikiem samo zniewolenia dla przypodobania się pracodawcą. – Dla chleba panie, dla chleba – odpowiedziałby góral na pytanie o motywację. Co by nie powiedzieć była to ponura lekcja manipulowania demokracją i ciekawe czy w zniewolonych umysłach powstały jakieś etyczne wątpliwości, co do słuszności dokonanego wyboru.
             Taka mogła być przyczyna nieważności referendum. Zabrakło przy urnach 350 0sób. Satermani triumfowali. Droga dla śmieci została otwarta. Czy zastanowili się, że przyjdzie im realizować swój śmietnik przy sprzeciwie zdecydowanej większości aktywnego elektoratu? Przecież tyko dwieście trzydzieści osób opowiedziało się za śmietnikiem a siedemset trzydzieści było przeciwnych.
              Dlaczego idea budowy gigantycznego śmietnika wzbudziła w społeczeństwie tak zdecydowany sprzeciw? Każde śmietnisko, choćby nawet porządnie urządzone ma dla najbliższego sąsiedztwa negatywne strony. Zanim setki ton śmieci zostaną zasypane piaskiem minie pewien czas, którym będące w stanie rozkładu odpadki wydzielają odrażający fetor a wiejące wiatry zrywają z wysypiska lżejsze frakcje fruwające niczym szarańcza nad okolicą. Uciążliwy dla mieszkańców jest ruch potężnych śmieciarek zjeżdżających się do śmietniska ze wszystkich stron zapach ciągnący się za nimi wzdłuż gminnych dróg.
              Fatalnie wybrano lokalizację składowiska, tuż obok zbocza zalesionej góry Kamieńsk, która mogłaby zostać zagospodarowana, jako atrakcyjny teren rekreacyjny. Zaplanowany na trzydzieści lat eksploatacji gigantyczny śmietnik skutecznie tę szansę zniweczył.
              W okolicy śmietniska spadła wartość terenów budowlanych i wątpliwe czy ktokolwiek zechce tam budować. Kamieńsk kojarzony jest z wielkim składowiskiem śmieci, co miastu na pewno chluby nie przynosi i odstrasza inwestorów nie tylko z branży turystycznej i rekreacyjnej. Nie pomogą pieniądze wydane na promocję i na kolejne pomniki.
Czy te poważne dla mieszkańców dolegliwości zostaną kiedykolwiek zrównoważone przez dochody czerpane przez gminę z tytułu uczestniczenia w spółce śmieciowej? Czy ludzie sprawujący przez te wszystkie lata władzę w gminie są tak nieudaczni, że nie potrafili ściągnąć inwestorów z prawdziwego zdarzenia do lokowania tu bardziej atrakcyjnych i mniej uciążliwych dla środowiska inwestycji? Na te pytania muszą sobie odpowiedzieć sami mieszkańcy.
              Kilka miesięcy później zdarzyło się coś, co rzuciło pełniejsze światło na motywy entuzjazmu radnych dla projektu śmieciowego spółki Sater. A było to tak. Pan Henryk Fornalski właściciel siedemdziesięciu hektarów odłogującej ziemi we wsi Barczkowice zwrócił się do Urzędu Miejskiego z wnioskiem o wyłączenie tych gruntów spod produkcji rolnej i przekwalifikowanie na tereny, gdzie można prowadzić działalność gospodarczą. Śmieci ciągną do śmieci, więc trudno się dziwić wnioskodawcy, że chciał na tych gruntach urządzić składowisko śmieci z sortownią. Część gromadzonych tam odpadów kierowana byłaby do przetworzenia, część wywożona do spalenia w cementowni Działoszyn a reszta byłaby poddana kompostowaniu, Propozycja była dla gminy korzystniejsza od francuskiej, bo generowała więcej miejsc pracy i większe pieniądze do budżetu. I co na to radni. Otóż dwunastka radnych uczestników satermani odrzuciło wniosek. Dlaczego tak zgłosowali? Przecież kilka miesięcy wcześnie używali tych samych argumentów, aby zachęcić ludzi do zaakceptowania francuskiego śmietnika. Mówili o miejscach na wiejskich zebraniach, dużych pieniądzach dla gminy o rzekomo małej uciążliwości gromadzonych odpadów. Skoro tak to, dlaczego nie miałyby istnieć dwa konkurencyjne śmieciowiska. Pieniędzy i pracy byłoby więcej. No tak, ale interesy gminy nie były dla tych ludzi warte zachodu, Dla nich liczyły się tylko własne interesy.