W 1994 roku mieszkańcy wiosek Gałkowice Nowe i Podjezioro wybrali sobie na radnego Ireneusza Masiarka. Wprawdzie kandydat nie uzyskał nawet dwudziestu głosów, ale inni mieli jeszcze mniejsze poparcie, więc w rezultacie pan Ireneusz zasiadł w Radzie Miejskiej z grupą Solidarności, bo po tym szyldem ubiegał się o mandat. Radny zadowolony był, ze się gdzieś zaczepił, bo niedawno stracił pracę i nie mógł się odnaleźć w nowej, polskiej rzeczywistości. Przez pryzmat swojego zaangażowania w radzie widział dla siebie lepszą przyszłość przy gminnej kasie. Na początku kadencji przeżył jednak niemiłe rozczarowanie. Drużyna Solidarności, z którą wiązał swoje nadzieje na zyskanie materialnych korzyści nie zdołała jak wiemy obsadzić stanowisk w organach samorządowych a przede wszystkim nie udało jej się zdobyć kluczowego stanowiska burmistrza. Pan Ireneusz jednak się nie załamał. Nie przyszedł przecież do Solidarności ze względów ideowych, więc szybko przyłączy się do grupy radnych mających realną władzę. Stało się to ku zadowoleniu burmistrza, który mając w radzie nikłe poparcie przyjął nowego sojusznika z otwartymi ramionami. Taki był właśnie początek późniejszej wielkiej przyjaźni i więcej niż ścisłej współpracy burmistrza z radnych.
Radny Masiarek miał niejakie doświadczenie w wykonywaniu robót ziemnych, jeszcze z czasów, kiedy był brygadzistą w Zakładzie Robót Melioracyjnych z Bełchatowa. Zakład ten wykonywał drobne roboty na rzecz Kopalni Węgla Brunatnego. Droga do statusu cenionego wykonawcy w kopalni wiodła przez przyjaźń z kopalnianymi inspektorami nadzoru a sprytny pan Ireneusz potrafił skutecznie o tę przyjaźń zabiegać. Sielanka skończyła się po przemianach ustrojowych, kiedy w KWB wzrosły ekonomiczne rygory i zaczęto pozbywać się zbędnych podwykonawców. Zakład, w którym nasz radny pracował stracił konkurencyjność i niebawem splajtował. Na czas tej plajty pan Ireneusz był nawet kierownikiem, ale niedługo, bo po przejedzeniu majątku firma odeszła w niebyt. Zdobyte tam doświadczenie przydało się świeżo upieczonemu radnemu w nowej, samorządowej rzeczywistości. Na wolnym rynku inwestycyjnym niełatwo było zdobyć zlecenie na wykonawstwo popłatnych robót. Posiadacz takiego zlecenia zamieniał się natychmiast w istne panisko. Nie musiał nawet posiadać kapitału i środków produkcji. Łatwo mógł dostać tani kredyt, dostać materiały z opóźnionym terminem płatności a maszyny i urządzenia korzystnie wynająć od gwałtownie poszukujących jakiegokolwiek zarobku. Wszystkie te dobra szczęśliwy posiadacz zlecenia na roboty publiczne mógł otrzymać z gracją na tacy od przedsiębiorców, którzy nie mieli dobrych dojść do samorządowych kacyków i watażków.
Takie złote kwity na zwane zamówieniami publicznymi był władny wystawiać burmistrz Tadeusz Gaworski a radny Masiarek, który był jednym z dwunastu podtrzymujących jego fotel nie zamierzał czynić tego za darmo. Zarejestrował, więc firmę na nazwisko swojej żony i został nadwornym wykonawcą robót publicznych w gminie Kamieńsk. Taki był początek wzajemnych usług między burmistrzem i radnym. Radny a jakże, zawsze głosował po myśli burmistrza a ten w ramach rewanżu powierzał mu wykonawstwo robót publicznych w gminie. Czynili to na oczach wszystkich bez wstydu a nawet odrobiny zażenowania przy bierności a nawet cichej aprobacie Rady Miejskiej w Kamieńsku.
Jasne było jak słońce na niebie dla ludzi obserwujących gminną władzę, że obrotny radny otrzyma od burmistrza zlecenia na wszystkie, te roboty, które mogą przynieść wykonawcy największy zysk. Wprawdzie ustawa o zamówieniach publicznych nakładała na władze samorządowe pewne rygory, które nawet burmistrz Gaworski bałby się złamać, lecz czego nie można złamać z powodzeniem można ominąć. Wykonawstwo robót publicznych o znacznej wartości gmina może powierzyć tyko zwycięzcom przetargów. Można jednak było obchodzić obowiązujące w tym zakresie przepisy dzieląc duże inwestycje na kilka etapów i w ten sposób wymigać się od obowiązku przeprowadzenia przetargu. Można było również informować o przetargu w ostatniej chwili na gminnej tablicy ogłoszeń a obok preferowanej tańszej oferty składać fikcyjne, znacznie droższe wystawione przez właścicieli zaprzyjaźnionych firm.
Oferty składane przez zaprzyjaźnionego z burmistrzem radnego nie spełniały wielu wymogów prawnych. Miały jednak poważny atut z powodu dość niskiej ceny. Radny mógł sobie pozwolić na znaczne pomniejszenie kosztów działając na granicy legalności. Równo z końcem roku radny formalnie likwidował swoją firmę a od zarania nowego rejestrował nową. Unikał w ten sposób płacenia podatku dochodowego w pełnej wysokości. Innym sposobem na obniżenie kosztów było stosowanie tańszych, niespełniających wymogów jakościowych materiałów budowlanych,
Zakład Gospodarki Komunalnej ubiegał się o wykonawstwo podbudowy tłuczniowej na drodze w Danielowie. Niestety nie otrzymał tego zadania, bo pan burmistrz oddał tę robotę zaprzyjaźnionemu radnemu. Robota należała do zyskownych, bo choć droga była nierówna to doskonale utwardzona w ubiegłych latach przez nawiezienie kilku warstw żwiru i żużla, Wystarczyło nasypać cienką warstwę tłucznia, ubić wałem i można było kasować pieniądze. Pan Ireneusz postanowił jednak zarobić jeszcze więcej.
Pewnego dnia dyrektor Zakładu Komunalnego jadąc do pracy zwrócił uwagę na wysypane na drogę pryzmy tłucznia z dużą zawartością rozpuszczających się w wodzie drobnych frakcji. W Urzędzie Miejskim spotkał radnego- przedsiębiorcę i zapytał.
- Czy to ty wozisz to błoto do Danielowa?
- To wina przewoźników. Wysypywali nie tam, gdzie im wskazałem – odpowiedział radny.
Dwa dni później nie było już na Danielewskiej drodze tego lichego tłucznia. Istniało jednak prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że został użyty do budowy drogi w innej części gminy, gdzie nikt nie oprotestował badziewia.
Zaprzyjaźnione z radnym gminne służby inwestycyjne przepuszczały mu każde partactwo. Z tego powodu trzeba było szybko kłaść drugą warstwę asfaltu na odcinku drogi z Ochocic do Aleksandrowa. Pierwsza warstwa położona na lichej podbudowie wkrótce się rozsypała. Takie i inne metody stosował radny, aby jego oferty przetargowe były najtańsze.
Szczególnym przypadkiem we współpracy burmistrza z radnym była akcja z 1997 roku mająca na celu rozwiązanie problemu śmieciowego w gminie. Rotacyjne śmieciowisko na Wrzoskach było przepełnione. Burmistrz nie zabezpieczył sobie w budżecie środków finansowych na transfer śmieci do stałego składowiska. Z konieczności, naciskany przez mieszkańców nakazał mimo protestów dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej przewozić śmieci do eksploatowanej przez gminę żwirowni w Kamieńsku. Na kuriozum zakrawało stwierdzenie szefa gminy, że śmieci znajdą zastosowanie przy rekultywacji wyeksploatowanego wyrobiska kruszywa. Znaleźli się jednak ludzie, którzy zawiadomili o tym bezprawiu służby ochrony środowiska. Po kontroli na żwirowni Urząd Miejski otrzymał nakaz natychmiastowego usunięcia śmieci z kopalni a na gminę nałożono karę pieniężną. Rozwiązanie dla tego problemu zaproponował dyrektor Zakładu. Po oszacowaniu zasobów rotacyjnego wysypiska złożył ofertę wywiezienia odpadów komunalnych na stałe miejsce składowania w Jadwinówce. Niestety Tadeusz Gaworski uznał ofertę za zbyt drogą i wybrał tańszego wykonawcę, oczywiście radnego Masiarka.
Burmistrz i radny mając tęgie głowy do działania poza granicami prawa wymyślili, że przewiozą śmieci z lasu na Wrzoskach, gdzie leżały na betonowym podłożu do lasu w Gałkowicach Nowych. Radny szybko przystąpił do działania. W lesie należącym do niego wykopał pojemny dół, przewiózł do niego śmieci i zasypał piaskiem. Wprawdzie nie posiadał wtedy jeszcze żadnego sprzętu, więc, co trzeba wynajął z Zakładu Komunalnego. Zyskał dla siebie stuprocentowy narzut doliczony do poniesionych kosztów transportu. Zainkasował do kieszeni czysty zysk a śmieci nadal leżą w lesie, tyle tylko, że w innym miejscu.
Wiele osób z oburzeniem publicznie komentowało śmieciowy taniec burmistrza z radnym. Sprowadzono nawet kontrolę, ale ta dziwnym trafem nakazała sprawdzić teren w nieco innym niż trzeba było miejscu. Protokół z badania skażonego odpadami terenu podpisali: sekretarz Urzędu Miasta Ryszard Kurman i komendant miejscowego posterunku policji. Nabyte w rozwiązywaniu spraw śmieciowych doświadczenie wykorzystał burmistrz w późniejszych kontaktach z francuską spółką Sater na niekorzyść gminy. Póki, co burmistrz rósł w siłę a radny żył coraz dostatniej.
Tadeusz Gaworski pozyskiwał do swojej grupy kolejnych radnych a Ireneusz Masiarek zaczął rugować z robót publicznych w gminie jej zakład budżetowy, czyli Zakład Gospodarki Komunalnej. Dyrektor Zakładu coraz głośniej narzekał na brak zleceń od burmistrza i był zmuszony, co nie chce mieścić się w głowie szukać roboty poza jej granicami.
Burmistrz dbał o radnego, więc chcąc zadowolić elektorat w jego wsi, żeby mu umożliwić ponowny wybór do rady zaplanował w Gałkowicach Nowych dużą inwestycję. Radny- przedsiębiorca przystąpił do dzieła i wybudował w swoim okręgu wyborczym kanalizację a potem asfaltową drogę. Zyskał nie tylko duże pieniądze. Osiągnął też świetny efekt propagandowy. Niestety za wszystko zapłaciła gmina, Za niszczejącą przez kolejne lata, nieczynną z powodu braku oczyszczalni kanalizację i za kampanię wyborczą sprytnego radnego. Po wybudowaniu lokalnej oczyszczalni nie udało się władzom gminy jej uruchomić a ścieki z ogólno wiejskiego szamba jeszcze przez wiele lat dowożono do oczyszczalni w Kamieńsku.
Radny Masiarek czując mocne wsparcie ze strony burmistrza poczynał sobie coraz śmielej. Bez zezwolenia, stosownych opłat i nadzoru górniczego pozyskiwał kruszywo ze starego wyrobiska w Koźniewicach. Ta dzika eksploatacja nielegalnej kopalni podkopała mocno finanse Zakładu Gospodarki Komunalnej, który zmuszony był ponosić znaczne koszty utrzymania legalnej, gminnej kopalni kruszywa.
Ośmielony bezkarnością i milczeniem kolegów radnych sprzedawał nawet żwir z nielegalnego pozysku firmie pana Majczyny, budującej kanalizację w Kamieńsku, choć tego wykonawcę obowiązywał zapis z warunków przetargu o konieczności kupowania żwiru z gminnej kopalni. Do burmistrza posypały się skargi od dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej. Interweniowała w tej sprawie wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej Elżbieta Antoszczyk. Tadeusz Gaworski skarg owszem wysłuchał i z rozbrajającym a wrednym uśmiechem odpowiedział, że o niczym nie wiedział i obiecał natychmiast przerwać ten proceder. Jak było do przewidzenia skończyło się na deklaracji a radny nadal robił swoje. Więzi łączące radnego z burmistrzem były tajemnicą poliszynela. Uprzywilejowany status firmy radnego spychał na dalszy plan potrzeby Zakładu, miał negatywny wpływ na wysokość zarobków zatrudnionych w nim ludzi. Budził niezadowolenie pracowników. Nie miało to jednak żadnego wpływu na postępowanie pana Gaworskiego.
W drugiej połowie 1998 roku radny Masiarek miał pełen portfel gminnych zamówień a Zakład ledwie wiązał koniec z końcem. O planowanych przez burmistrza Kamieńska robotach w ramach zamówień publicznych dyrektor dowiadywał się od osób trzecich. Natychmiast telefonował do Tadeusza Gaworskiego,
Dzień dobry panie burmistrzu. Słyszałem, że ma pan dla nas popłatną robotę w Gorzędowie.- podchwytliwie pytał dyrektor. Słyszałem, że dostał pan pieniądze z Funduszu Ochrony Środowiska a wartość robót wynosi pięćdziesiąt tysięcy złotych – kontynuował dyrektor.
- Nie…to jest taka drobna robota, nieprzydatna dla Zakładu. Zbyt dużo jest krzaków
do wycinania – odpowiedział burmistrz.
- Ja wezmę każdą robotę – nie ustępował dyrektor.
- No tak. ale ja dałem to już Irkowi – zakończył rozmowę burmistrz.
Kilka dni później dyrektor dowiedział się poufnie, że radny Masiarek ma otrzymać wykonawstwo podbudowy pod asfalt na jednej z uliczek przy blokach mieszkalnych. Natychmiast poszedł na rozmowę do burmistrza.
-Panie burmistrzu bardzo potrzebujemy robót a słyszałem, że są roboty ziemne nieopodal bloków – zagadnął dyrektor. Czy mogę dostać dokumentację? – zapytał.
- No taaak –zawahał się burmistrz. Niech pan sobie ją odbierze od Andrzeja Krawczyka – odpowiedział po chwili.
Dyrektor bez chwili zwłoki poszedł do Działu Inwestycji a tam czekało na niego kolejne rozczarowanie. Pan Krawczyk oświadczył, ze nie ma jeszcze dokumentacji na te roboty. Następnego dnia roboty obok bloków mieszkalnych jednak ruszyły. Wykonawcą był oczywiście radny Masiarek.
Z braku zajęcia w macierzystej gminie dyrektor Zakładu Gospodarki Komunalnej przyjął zlecenie na roboty drogowe w Babsku, miejscowości położonej w byłym województwie skierniewickim. W ten sposób Zakład powołany do wykonywania zadań na rzecz gminy został z nich wyrugowany przez radnego przedsiębiorcę i burmistrza miasta Kamieńsk. Współpraca tych dwóch osób wchodziła właśnie w apogeum a po kilku latach doprowadziła ich na ławę oskarżonych.