Łączna liczba wyświetleń

piątek, 27 maja 2011

Kołyska


-Moja Cyganko, moja Cyganko, ty już nie jesteś moją kochanką – magnetofon wprost zrywał taśmę w lokalu klubu sportowego Świt na stadionie przy ulicy Sportowej. Rozbawieni w sali szkolnej na weselnym przyjęciu Agnieszki i Sylwka pracownicy Zakładu zamienili lokal szkolny na sportowy.
            Agnieszka już się szykowała do kościelnego obrzędu a śniła na jawie o tym jak z Sylwkiem pod rękę idą przed szpalerem koleżanek i kolegów z Zakładu do drzwi Urzędu Stanu Cywilnego. Przypomina sobie sympatię i ciekawość wypisaną na ich twarzach. Widzi za ozdobnym biurkiem błyszczący łańcuch na piersiach Anny Trajdos. Słyszy jak samorządowa urzędniczka wygłasza do nich wobec wszystkich obecnych, że są już związani prawem. Wieczorem ksiądz zwiąże ich sakramentem.
Korki opuszczają z hukiem szyjki butelek. Przeplatają się z życzeniami pocałunki. Agnieszka zaprasza na weselne przyjęcie. Autobus wiezie zaproszonych pod szkolny budynek. Czekają tam na nas zastawione stoły. Siada za stołem urokliwa Anka, księgowa. Obok Andrzej ze swymi kierowcami. Wśród nich pięknie się prezentuje Bożenka, ostatnia już panna w Zakładzie. Życzenia dla nowożeńców płyną nieustannie, toast goni toast. Nagle wódka robi się słodka i nie chce smakować. Słodzą ją państwo młodzi jak każe tradycja. Niestety czas opuszczać dom weselny, choć jest coraz milej. Trzeba, więc ucałować kucharki, podziękować i odejść.
              Zabawa jednak jeszcze się nie kończy. Zdzich Szczepański zaprasza wszystkich pod dach klubu Świt w celu przedłużenia dobrego nastroju. Gra magnetofon a wśród mężczyzn na trunki odbywa się składka. Tańczą prawie wszyscy a najładniej Bożenka. Podziwią ją głośno partner w tańcu. Niepostrzeżenie biegnie czas tego sobotniego, weselnego przedpołudnia i dalej przez dni i miesiące.
            Młoda mężatka ukończyła pomaturalną szkołę profesjonalnej obsługi komputera została jedynym w firmie specjalistą w tym zakresie. Imponowała starszym pracownikom nową, nieznaną im jakby tajemną wiedzą. Z palcami na klawiaturze, wpatrzona w ekran drobna blondynka panowała nad komputerem, symbolem nowoczesnej informatyki.
            Półtora roku później dobiegał czas jej macierzyństwa. Pod koniec listopada 1997 roku Agnieszka wzbogaciła się o małą Monikę, śliczną i zdrową córkę. Na tę wieść zakładowy stolarz włączał kolejne obrabiarki i kombinował coś z sosnowych desek. Wycinał jakieś łuki w drewnie, połączył wszystkie elementy klejem a potem bejcował na barwę mahoniu. Ciekawscy obserwatorzy domyślili się, że mistrz hebla wyczarowuje małą, urokliwą kołyskę. Grupa pracowników, przyjaciół młodej matki zawiozła ją do Koźniewic, jako symbol sympatii dla koleżanki. Tam Agnieszka z Sylwkiem podejmowali ich winem i kawą. Mała Monisia, niestety mogła pić tylko mleko matki. Szef firmy życzył małej w myślach, żeby miała tylu przyjaciół, co jej mama i żeby o niej pamiętali, kiedy dorośnie i urodzi swoje pierwsze dziecko.

sobota, 21 maja 2011

Smak wody


Lato 1995 roku było upalne i suche. W piątek 18 sierpnia dym pokrył torfowe łąki w okolicy Huty Porajskiej. Co było przyczyną pożaru? Być może ktoś podpalił wyschnięte osty, albo zwyczajnie rzucił niedopałek papierosa w wysuszone na pniu trawy. Gaszenie pożaru trwało dziesięć dni i pochłonęło dwanaście tysięcy metrów wody pitnej. W tych dniach uwidocznił się jak nigdy dotąd największy problem gminy, niedobory w zaopatrzeniu w wodę. Gmina Kamieńsk znajdowała się w tych latach w centrum leja depresyjnego bełchatowskiej kopalni i była praktycznie pozbawiona wszelkich powierzchniowych zbiorników wodnych a nawet wód gruntowych. Prawie całą potrzebną do życia wodę wydobywano z głębinowych ujęć w Kamieńsku i Napoleonowie. To ostatnie ujęcie nosiło oficjalnie nazwę Włodzimierz. Wodę z tych ujęć rozprowadzano sieciom rur wodociągowych o długości ponad sto kilometrów zbudowaną na koszt kopalni w ramach odszkodowań górniczych.
               W latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku lej depresyjny wokół kopalni węgla brunatnego szybko się powiększał. Potężne pompy odwadniające złoże węgla ściągały wodę także z pól i łąk. Wkrótce zniknęła też woda w studniach. Ciągniki z cysternami dowoziły ten życiodajny płyn do gospodarstw w okolicznych wsiach. Jednocześnie specjalistyczne firmy przystąpiły do odwiertów ujęć głębinowych i do budowy sieci wodociągowej. Rolnicy nie bez racji uważali, że kopalnia powinna nie tylko wybudować odpowiednią infrastrukturę, ale też ponosić koszty jej utrzymania. W tamtych czasach władza nie miała zwyczaju zasięgania opinii mieszkańców przy ustalaniu lokalizacji centralnych inwestycji. Sprawy te były regulowane poufnymi uchwałami Rady Ministrów. W dodatku uważano, że prawo górnicze ma charakter nadrzędny do innych przepisów regulujących zagadnienia z zakresu prawa cywilnego. W sprawie zwolnienia rolników z opłat za dostarczanie wody władza stawiała twardy opór. Nie udało się załatwić pozytywnie tego problemu nawet podczas rozmów Komitetu protestacyjnego z Komisją Rządowa, które odbywało się pod moim przewodnictwem w Kamieńsku 29 października 1981 roku.
  Po zniesieniu w Polsce stanu wojennego działacze Kółek Rolniczych, parlamentarzyści ZSL-u a później PSL-u wznawiali starania w tej sprawie. Zaowocowało to uchwaleniem przez Sejm nowego prawa górniczego, które zapewnia poszkodowanym z powodu prowadzenia robót górniczych znacznie większy zakres naprawy wyrządzonych szkód. Niestety ze względu brak środków na rekompensaty za wyrządzone w przeszłości szkody zastosowano tu zasadę, że prawo wstecz nie działa. Tym samym ciężar utrzymania wodociągów na terenach górniczych po rozwiązaniu Wojewódzkiego Zarządu Usług Wodnych i likwidacji bazy w Polichnie spadł na barki samorządu i samych mieszkańców.
W Kamieńsku przy ulicy Kościuszki zlokalizowano dwa odwierty sięgające warstw skalnych górnej kredy do głębokości 100 metrów. W studniach umieszczono pompy głębinowe o mocy 36 kilowatów. Pompy te podają wodę do zbiorników o pojemności 400 metrów sześciennych. Stamtąd woda tłoczona jest do sieci przez cztery pompy. Maksymalny, dobowy rozbiór wody z tego ujęcia, określony w zezwoleniu wodno-prawnym wynosił 1700 metrów sześciennych. Ujęcie wyposażone było w dwustronne zasilanie energetyczne, co zapewniało stabilność dostaw wody. Gorzej wyposażone było ujęcie w Napoleonowie. Brakowało tam dwustronnego zasilania. Tamtejsze odwierty sięgały utworów czwartorzędowych. Dwie studnie wyposażono w pompy głębinowe o mocy 26 i 45 kilowatów. Pompy te podawały wodę bezpośrednio do sieci. Jednostopniowy system wydobywania wody je bardzo energochłonny i drogi w eksploatacji. Woda z tych ujęć miała zasilać sieć tylko podczas największego rozbioru. Tak jednak nie było. Ujęcie Włodzimierz pracowało non stop zaopatrując w wodę trzecią część obszaru gminy. Przez dwadzieścia lat nikt nie podjął się modernizacji tej hydroforni, żeby przystosować ją do nowych zadań i wymogów a przecież każda większa awaria sieci średniego zasilania automatycznie mogła pozbawić 6 tysięcy mieszkańców wody pitnej, bo władze gminy nie posiadały żadnego, zastępczego agregatu prądotwórczego z zapasem paliwa. Podczas budowy sieci wodociągowej montaż wodomierzy uznano za zbędny luksus. Należność za pobraną wodę naliczano przy pomocy rachunkowych norm zużycia wody. Nie miało to nic wspólnego z racjonalnym zużyciem wody i prawidłowym naliczaniem należności. Co więcej taka sytuacja była główną przyczyną niesłychanego marnotrawstwa z takim trudem i kosztem wydobytej z głębi ziemi wody.
 Zakład Gospodarki Komunalnej powołany do życia w 1994 roku przyjął na siebie obowiązki zaopatrzenia mieszkańców gminy w wodę. Dyrektor Zakładu chciał przejąć również sprzedaż wody i ściąganie należności. Burmistrz Gaworski był jednak innego zdania pozostawiając sprzedaż w gestii Urzędu Miejskiego. Zakład za techniczno-eksploatacyjną obsługę systemu zaopatrzenia gminy w wodę otrzymywał z budżetu pewną kwotę na płace dla 5 pracowników powiększoną o dopłatę na koszty ogólne. Nie było więć w tym układzie powiązanych relacji między dochodami ze sprzedaży a kosztami utrzymania dostaw wody. Dochodziło też do sporów o wysokość wynagrodzeń dla pracowników sekcji wodociągowej, które burmistrz utrzymywał na beznadziejnie niskim poziomie, nieadekwatnym do ich kwalifikacji i wysiłku.
Burmistrz uporczywie utrzymywał ten chory system z dwojakich powodów. Po pierwsze z niewiedzy o rachunkowości, po wtóre własnej wygody, po trzecie z osobistych korzyści. Mógł ingerować w wysokość wynagrodzeń w Zakładzie pomniejszając w ten sposób kompetencje dyrektora bez brania na siebie odpowiedzialności za wyniki finansowe. Należności za wodę naliczała niekompetentna pracownica, która później została radną powiatową. Na tej działce urzędniczej panował totalny bałagan. Około 30 % zarejestrowanych odbiorców wcale nie płaciło za wodę a kilkudziesięciu nie figurowało nawet w rejestrze, wśród nich Policja, Dom Handlowy i Państwowe Gospodarstwo Rolne Pytowice. Burmistrz według własnego widzimisię umarzał wybranym, sprytnym osobom zobowiązania z tytułu opłaty za pobraną wodę zyskując w ten sposób sobie cichą wdzięczność części elektoratu.
Niedobór środków finansowych na utrzymanie wodociągów był pokrywany z budżetu gminy, czyli z pieniędzy podatnika. W ten sposób jedni płacili za wodę dwa razy, inni nie płacili wcale. Po pewnym czasie pan Gaworski doprowadził to totalnego bałaganu. Wpłaty od odbiorców wody wciąż malały z zużycie wody nieustannie rosło. Nie mógł sobie poradzić, więc, z ciężkim sercem przekazał ten cały bałagan do Zakładu. Uczynił to przed samym końcem 1996 roku stawiając Zakład w trudnej sytuacji gdyż pozostało tylko kilkadziesiąt dni na uzupełnienie rejestru, naliczenie rzeczywistego zużycia dla poszczególnych odbiorców i wdrożenie nowoczesnego, komputerowego systemu rozliczeń.
W grudniu dyrektor Zakładu zawarł z Zarządem Miasta stosowne porozumienie, przygotował wzory umów i ankiet. Kilkunastu pracowników wyszło w teren do odbiorców wody. Zanim Rada Miejska zdołała uchwalić ceny na wodę prawie dwa tysiące podpisanych umów leżało już w biurowych szafach.
Do komputerów wprowadzono jeden z pierwszych w Polsce inkasencki program naliczania należności za wodę i ścieki. Ujawniono darmowy dotychczas pobór wody w wysokości 50 000 metrów sześciennych rocznie. Z 27 do 40 procent wrósł udział wody sprzedanej do wydobytej. Pracownicy Zakładu włożyli dużo wysiłku, by zdążyć na czas, ale mieli też satysfakcję z odniesionego sukcesu. Po raz pierwszy w gminie Kamieńsk zostały zbilansowane koszty i dochody utrzymania wodociągów. Zaoszczędzone pieniądze z budżetu można było przeznaczyć na modernizację sieci wodociągowej. W ciągu czterech lat ilość wodomierzy powiększyła się z 50 do 500 sztuk Zahamowane zostało wołające o pomstę do nieba marnotrawstwo tak dużym kosztem pozyskiwanej pitnej wody.
Nie brakowało przeszkód, kłód rzucanych dyrektorowi pod nogi w nadziei, że mu się nie uda zaprowadzić porządku. Burzyły spokojną pracę Zakładu demagogiczne wypowiedzi niekompetentnych a złośliwych radnych. Celował w tych de konstrukcyjnych działaniach Marek Ludwiczak, który głosił publicznie, że 90 % hydrantów przeciwpożarowych w gminie jest niesprawnych. Dyrektor twierdził, że jest odwrotnie. Powołano specjalną komisję, która przez wiele dni badała sprawność tych urządzeń. Okazało się, że rację miał dyrektor. Przemądrzały radny zamilkł. Nie stać go było jednak na przeprosiny.
Gorsze jednak skutki przyniosło niedbalstwo burmistrza. Na ujęciu wody w Kamieńsku uległa poważnej awarii wysłużona już pompa głębinowa. Trzeba było natychmiast zakupić nową. Burmistrz Gaworski zwlekał jednak z miesiąca na miesiąc z zakupem mimo ustnych i pisemnych nalegań dyrektora Zakładu. Do czasu aż latem wysiadła druga pompa i Kamieńsk obudził się bez wody. Przez dwa do czasu demontażu zepsutej i zainstalowania nowej pompy dowożono wodę do domów strażackim samochodem.
Z końcem 1997 roku dyrektor wystąpił do Zarządu Miasta z wnioskiem o niewielką podwyżkę cen wody, która miała zrekompensować Zakładowi wzrost cen energii elektrycznej. Burmistrz wspierany przez swoich przybocznych radnych zablokował podwyżkę i nie dopuścił pod głosowanie w Radzie Miejskiej, odrzucając szczegółowe analizy przygotowane przez dyrektora jednoznacznie wskazujące na nieuchronność wystąpienia straty w bilansie rocznym Zakładu, jeśli jego wniosek nie zostanie uwzględniony. Burmistrz wiedział, co robi. Jego celem było osłabienie pozycji dyrektora przez uderzenie w finanse Zakładu.  W imię własnych, niezbyt czystych interesów nie zawahał się działać przeciw i na szkodę Zakładu Gospodarki Komunalnej, własnej, gminnej jednostki budżetowej.
W 1999 roku Zakładem kierowało kolejno trzech nowych dyrektorów.  Żaden z nich nie zdołał zwiększyć dochodów ze sprzedaży wody. Trzeba było ratować firmę dotacją z budżetu gminy. Radni, którzy uprzednio nie chcieli zaakceptować nieznacznej podwyżki podnieśli ceny wody od 45 do 70 % a cenę odbioru ścieków o 140 % Nawet po tych drastycznych podwyżkach źle kierowany przez nowych, spolegliwych wobec burmistrza zarządców nie zdołał zachować samowystarczalności finansowej, jaką miał od początku swego istnienia przez kilka kolejnych lat.                                                                                                            Dzikie eksperymenty z dobrze pracującą gminną firmą prowadzone przez radnych: Bogdana Pawłowskiego. Andrzeja Pawelca a szczególnie Marka Ludwiczaka zakończyły się fiaskiem. Niestety ani burmistrz ani wspierający go radni nie potrafili przyznać się do błędu, lecz, żeby ukryć swoją ignorancję i ratować podniszczony przez siebie Zakład zaczęli mu przekazywać pieniądze z budżetu na podstawie sfałszowanych dokumentów. Ktoś powiadomił o tym prokuratora. 

piątek, 13 maja 2011

Bieszczady


Już ognisko zdobiło ciemność warkoczem iskier. Wesoło się bawiła grupa przy ognisku. Ona była gwiazdą tego wieczoru, samoistnego spektaklu, w którym wszyscy byli aktorami i widzami jednocześnie.
               -Danusia, Danusia – skandowała widownia po jej brawurowym wykonaniu jakiejś fikuśnej piosenki
Na co dzień w biurze ważąca słowa a nawet skryta tu kipiała energią, rzucała pomysłami, czarowała uśmiechem. Wyglądało na to, że urodziła się do roli wodzirejki. W naturalny, niewymuszony sposób prowokowała do wspólnej zabawy. Doskonale przy tym bawiła się sama a inni próbowali jej dorównać, Pani Ewa z właściwą sobie dokładnością rozdzielała trunki. Towarzyszył jej Stanisław z wielkimi butlami płynów kojących podrażnione alkoholem gardła.
                 Zapach gór mieszał się z wonią palonego drewna i pieczonej nad ogniem kiełbasy. Wzrastał we krwi poziom adrenaliny. Cała grupa śpiewała między przerwami na toasty. Kto nie pił i śpiewał na górskiej łące ten nie zaczerpnął życia pełnym haustem. Kto nie bawił się w wesołej, przyjaznej gromadzie nie będzie mógł wracać do wspomnień naznaczonych tęsknotą. Zaangażowanie wykonawców piosenek wzmagało się w miarę wyczerpywania zapasów pani Ewy. Śpiewano solo. Dla obdarzonych wokalnie solowy występ był przyjemnością, dla pozostałych aktem odwagi. Dla podniesienia stopnia wesołości dyrektor ogłosił konkurs. Czy ktoś chciał, czy nie chciał musiał śpiewać, więc rozgorzała bitwa na głosy. Zwycięzcy konkursu otrzymywali specjalne premie. Wśród ruchliwej, rozśpiewanej gromady wyróżniała się młoda para. Agnieszka i Sylwek stali przy ognisku zajęci wyłącznie sobą, jakby znajdowali się na jakiejś samotnej wyspie.
                 -, Dlaczego ty ją tak trzymasz przy sobie? – zapytał dyrektor.
                 - Bo ja ją bardzo kocham – odpowiedział Sylwek. 
                 - Ona na pewno jest tego warta- potwierdził dyrektor.
Dorzucono drew do ognia. Znów przeszyły ciemność iskry. Kilku odważnych skakało nad płomieniami. Andrzej dawał pokaz tańca disco z grubym kijem imitującym gitarę. Kilku zapaleńców po wodzą Jurka przeczesywało palcami pobliskie kartoflisko poszukując ziemniaków do pieczenia. Jak zabawa, to zabawa, Pani Ewa dzieliła resztki napitków przy zwolna dogasającym ognisku. Razem z ogniem dogasał drugi dzień wycieczki. Resztki dymu cienką strużką wznosiły się prosto ku niebu, zwiastując kolejny pogodny dzień. Wyraziste gwiazdy mrugały tajemniczo z czarnej otchłani nieba.                                                                                                Wczorajszy ranek nie zapowiadał pomyślnej aury. Nie było dobrej atmosfery w wycieczkowym autobusie. Jakże mogłoby być inaczej skoro od dwóch tygodni lało jak z cebra. Niespodziewanie koło Krakowa wyjrzało słoneczko. To się nazywa uśmiech losu. Wyjazd w jesienne Bieszczady bez słonecznej pogody nie miałby sensu.
              O piętnastej był obiad w Sanoku a potem strome podjazdy, serpentyny, aż do słynnej tamy w Solinie. Przed kolacją starczyło jeszcze czasu na grupowy spacer po koronie słynnej zapory, żelbetowej plomby wciśniętej pomiędzy dwa wzgórza, która piętrzy wody Sanu do wysokości osiemdziesięciu metrów powyżej koryta rzeki i tworzy Jezioro Solińskie, jakże niepodobne do nizinnych zbiorników wodnych ze względu na kształt ośmiornicy z rozrzuconymi między wzgórza mackami.
              Wiatr skrył się, gdzieś w tych krętych zakolach. W dostojnej ciszy wycieczkowy stateczek majestatycznie sunął po gładkiej toni ku zachodzącemu za wzgórzem słońcu. Las stał cichy i strojny w bogactwo wszystkich kolorów bieszczadzkiej jesieni. Wielobarwny krajobraz przypominał teatralną scenografię a może jakiś nierealny hologram. Nie było rozmów na pokładzie łajby. Pasażerowie w milczeniu chłonęli ten jakby trochę nierealny pejzaż, wschłuchując się w warkot silnika pluskanie wody mieszanej śrubą wody.
              Bieszczady są jednym z najdzikszych miejsce współczesnej Europy. Kraina niedostępna, rzadko zaludniona, ze śladami osadnictwa wyniszczonego podczas pod czas krwawych, pełnych okrucieństwa polsko-ukraińskich zmagań. Nie zawsze tak było. Za Franciszka Józefa bieszczadzkie doliny były ojczyzną Łemków, Bojków i Hucułów. Pozostały po nich nieliczne ślady kultury materialnej w sanockim skansenie. W dwustuletniej chacie Rusinów wszystko mieści się pod jedną słomianą strzechą. Wybudowana z myślą o przeżyciu długiej, surowej zimy ma magazynek na pasze, pomieszczenia dla zwierząt i komorę na żywność. W jednej, dużej izbie, niskiej z maleńkimi okienkami toczyło się codzienne życie. Skupiało się wokół pieca, gdzie był wypiekany chleb a w żelaznym czerepie nad paleniskiem gotowano strawę. Dym uchodził swobodnie przez szpary w powale, albo kłębił się po izbie dusząc i gryząc w oczy. W dużej skrzyni pod ścianą przechowywano odzież uszytą z płótna utkanego na prymitywnych krosnach. W jedynym łóżku gospodarz z gospodynią płodzili dzieci. Noworodek przez rok miał miejsce w zawieszonej pod powałą kołysce. Urodzenie kolejnego dziecka oznaczało dla poprzednika wyrzucenie na gliniana podłogę, gdzie bawił się ze starszym rodzeństwem. Natura na oczach rodziców dokonywała selekcji naturalnej. Śmierć bezlitośnie zbierała swoje żniwo. Słabsze potomstwo nie miało szans.
              Surową zimą, gdy zaległy ogromne śniegi a wilki wyły za węgłem, chata była jednak ostoją bezpieczeństwa a zgromadzone latem zbiory gwarantowały rodzinie przeżycie do wiosny, kiedy natura znów stawała się przyjazna człowiekowi. Tyle mówi wyobraźnia wspomagana przez z pietyzmem utrzymane, muzealne już dziś budowle i eksponaty, które jeszcze sto lat temu stanowiły bazę istnienia dziesiątek tysięcy potomków koczowniczych pasterzy. Przybyli tu z nizin Siedmiogrodu w poszukiwaniu obfitych pastwisk dla swoich stad. Pozostały po nich tylko nieliczne budowle w sanockim skansenie i zanikające ślady siedlisk w porastających szarą olchą dolinach.

sobota, 7 maja 2011

Żniwa


Od końca czerwca do połowy lipca słoneczko chodziło wysoko, blisko zenitu. Kryło się za północnym horyzontem znacząc barwami ognistej czerwieni obrzeża lasów, wyschnięte na popiół łąki i łany zbóż w o słomie koloru złota. \Nietknięte od czterech tygodni kroplą deszczu zboża dojrzewały w spiekocie dnia, nocą tylko korzystając z szansy na przejęcie odrobiny wilgoci od zwiewnych mgieł. W takie dni ludność rolnicza żyje na granicy amoku. Wszyscy pragną zebrać ziarno jednocześnie tego samego dnia, Nikt nie chce czekać do jutra w obawie, że od Atlantyku nadciągnie niż i skapie w deszczu wysuszone na wiór ziarno i padać będzie dzień po dniu aż ziarno pokiełkuje w kłosach dając w efekcie plon marny, nie wart poniesionych nakładów. Może też stać się coś gorszego, gdy po długiej męczącej spiekocie nadciągnie potężna burza z piorunami i zanim lunie deszczem uderzy kanonadą lodowych pocisków, które w kilkanaście sekund zniszczą doszczętnie plony. Trudno, więc się dziwić, że rolnicy czują wielki niepokój w sobie, co nie pozwala myśleć o niczym innym dopóki ziarno i słoma nie znajdą się pod dachem.
  W połowie lipca wyjechały w pole kombajny zbożowe. Rozpoczął się wyścig z czasem: dla rolników o jak najszybsze zebranie plonów z pola w obawie przed kaprysami aury, dla właścicieli maszyn żniwnych o godziwy zarobek. Właściciele kombajnów pozyskują roczny dochód z eksploatacji tych maszyn w czasie nieprzekraczającym jednego miesiąca, bo tak krótko trwa kampania żniwna. Umorusani jak nieboskie stworzenia kombajniści zmagają się z łanami zbóż po dwanaście godzin dziennie, albo i dłużej, jeśli nocna rosa nie opadnie dość szybko na pola, Skoro tyko świt wstanie trzeba te umęczone maszyny czyścić, smarować i dokonywać bieżących napraw. Żniwiarz posiadający lepszy sprzęt i bardziej od innych odporny na zmęczenie ma szansę na większy zarobek, ale dzieje się to często kosztem uszczerbku na zdrowiu. Usług żniwnych najczęściej dokonują sami rolnicy, mając z tego źródło dodatkowych dochodów. Jak ważne są te dochody dla utrzymania wielu rodzin wiedzą tylko mieszkańcy wsi, gdyż z pracy wyłącznie we własnym, nawet średniej wielkości gospodarstwie trudno jest wyżyć. Ku hańbie rządzących światem producent żywności jest dyskryminowany prze wszystkich i stoi najniżej w społecznej hierarchii. Chłopów nikt nie lubi nie tylko u nas. Podobnie jest na całym świecie. Chłopów nawet Pan Bóg nie lubi i nikt nie wie, dlaczego tak jest. Nie jeden trzeba by napisać traktat naukowy, aby wyjaśnić ten stan rzeczy. Leszek Balcerowicz, który odniósł sukces gospodarczy na degradacji i zubożeniu wsi zastawił jednak małą możliwość oddechu umęczonym chłopom. Urzędy skarbowe patrzą przez palce na nieodprowadzających podatków rolników wykonywujących usługi agrotechniczne. W ten sposób ich wykonawcy wolni od WAT-ów, PIT-ów i kas fiskalnych zajmują się wyłącznie wyścigiem z czasem i naturą, żeby w trzy tygodnie zebrać z pól i zgromadzić pod dachem roczne zapasy zbóż. Zakład Gospodarki Komunalnej też świadczył takie usługi i miały one może rację bytu na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy prywatne kombajny były jeszcze rzadkością na żniwnych łanach. W miarę wzrostu podaży usług prywatnych, Zakład ze swymi biurokratycznym strukturami wymuszanymi przez prawo budżetowe i fiskalne stał na z góry straconej pozycji w stosunku do bardziej elastycznej i tańszej konkurencji. Dyrektor, choć też parał się rolnictwem uważał, że udział Zakładu w żniwach to dopust Boży. O szóstej rano przychodził mechanik i naprawiał uszkodzenia z poprzedniego dnia, dwóch innych pracowników dokładnie czyściło sita silnym strumieniem wody. O ósmej przychodził kombajnista, sprawdzał maszynę, tankował paliwo a dziewiątej sprawny kombajn wyjeżdżał w pole. Od rana na placu manewrowym zbierali się rolnicy. Nie było dnia bez awantury, szczególnie wtedy, kiedy naprawy trwały kolka godzin. Oczekujący na wykonanie usługi przekleństwami usiłowali wymusić pierwszeństwo w wykonaniu usługi, Dysponujący kombajnem już po kilku dniach miał stargane nerwy. Kombajn należał do gminy, więc był własnością wspólną. Wobec tego każdy z rolników uważał, że to on właśnie powinien być obsłużony w pierwszej kolejności. Nieliczni byli zadowoleni a rozdrażnionych i zawiedzionych wielu. Ci ostatni rozładowywali swoje frustracje na kierownictwie zakładu. Nikogo nie obchodziło, że dyrektor musiał przestrzegać przepisów Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, ustawy o rachunkowości i podatkach, wymogów prawa pracy i dyscypliny budżetowej. Przez te trzy tygodnie można było zszargać sobie zdrowie i wylądować w psychiatryku.
Obsługa żniw nie mogła pracować dłużej niż dwanaście godzin. Trzeba było dawać podmiany, płacić za nadgodziny oraz dodatkową prace w soboty i niedziele. Dwóch pracowników na zmianę inkasowało na polach pieniądze za usługi, gdyby było inaczej przepadłaby znaczna część należności. W biurze wystawiano na komputerze faktury i dokumenty kasowe. W tym czasie uciekały Zakładowi zyskowne roboty drogowe i kanalizacyjne ku zadowoleniu burmistrza, który zyskiwał argumenty na rzecz zatrudniania prywatnych wykonawców na gminnych budowach. Usługi rolnicze przynosiły Zakładowi straty z roku na rok coraz większe, bo w miarę starzenia się sprzętu więcej pieniędzy pochłaniały koszty remontów. Corocznie dyrektor robił dokładne analizy opłacalności usług rolniczych do wiadomości Zarządu Miasta. Nieodmiennie burmistrz Gaworski odmawiał likwidacji tych deficytowych usług a kiedy wreszcie nareszcie zaczął się ku temu skłaniać na przeszkodzie stanął radny Marek Ludwiczak, rolnik z Koźniewic pracujący w bełchatowskiej kopalni. Pana radnego nic nie obchodził interes gminy. Dzięki deficytowym usługom świadczonym przez Zakład miał wielką wygodę i nie zamierzał z niej rezygnować. Kiedy uznał za stosowne przychodził do Zakładu i wmuszał na dyspozytorze, żeby ten wykonał mu usługę w najbardziej dogodnym dla niego terminie. Tak, więc z konieczności zaspokojenia prywaty jednego radnego i oportunizmu pana burmistrza utrzymywano prze kilka lat działalność gospodarczą nieodmiennie przynoszącą niedotowane przez budżet straty Zakładowi Gospodarki Komunalnej. Tyle pozostało skojarzeń i wspomnień po pięciu kolejnych sezonach żniwnych. Zniknął gdzieś w zakamarkach przeszłości nieznośny upał i żniwny kurz oraz zapach ziarna i chleba, który często leżał na śmietnikach, jakby go było zbyt wiele. Snują się jeszcze gdzieś wspomnienia o czarnych od trudu i znoju operatorów Bizona, wśród, których Eugeniusz Dworzyński zapisał się najlepiej, nie tylko w zakładowych papierach.