Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 15 listopada 2011

Odłamki czasu

Odłamki czasu to urzekająca opowieść człowieka, który ukochał świat, w którym przyszło mu żyć, z najdrobniejszymi jego przejawami, z bogactwem typów ludzkich, książka zrodzona z tęsknoty za tym, co przeminęło, a także z wdzięczności za życie, które dane mu było przeżyć, zrodzona z prawdziwej radości istnienia. Dzięki niej po części spełnia się pragnie autora, aby „nic nie ginęło ostatecznie, tylko zostało utrwalone w głębi największej tajemnicy wszechświata, do której poznania nieustannie dążymy od zarania świadomości”.

Kasa chorych

niedziela, 2 października 2011

Kasa chorych - Wstęp

Pisząc wstęp do pierwszego wydania „Kasy chorych”, książki o patologii życia społeczno-politycznego i gospodarczego w gminie zakończyłem swój wywód zdaniem: „Wydaje mi się, że zawsze tak być nie musi”. Po jedenastu latach muszę przyznać, że się myliłem. Niestety nutka optymizmu wpleciona w tę niechlubną historię kulawej demokracji lokalnej, wyrosłej na podglebiu żądzy władzy i  chciwości okazała się nieuprawniona. Wprawdzie przerzedziły się szeregi harcowników wykorzystujących pozycję radnych i urzędników samorządowych do zaspokojenia własnych potrzeb i ambicji. To jednak w miejsce usuniętych z mocy wyroków sądowych lub z woli wyborców, cynicznych samorządowych hochsztaplerów pojawili się inni. Wyrośli z tego samego pnia na polu zwykłego, ludzkiego egoizmu pod płaszczem hipokryzji. Uzupełnili ubytki stając dzielnie w jednym szeregu z weteranami, którym z różnych powodów udało się uniknąć nieśpiesznej i nieskutecznej ręki sprawiedliwości. Nadzieja na odnowę samorządności o cechach pracy organicznej dla ogółu mieszkańców znów okazała się złudna.

wtorek, 20 września 2011

Kasa chorych - Wstęp


Pisząc wstęp do pierwszego wydania „Kasy chorych”, książki o patologii życia społeczno-politycznego i gospodarczego w gminie zakończyłem swój wywód zdaniem: „Wydaje mi się, że zawsze tak być nie musi”. Po jedenastu latach muszę przyznać, że się myliłem. Niestety nutka optymizmu wpleciona w tę niechlubną historię kulawej demokracji lokalnej, wyrosłej na podglebiu żądzy władzy i  chciwości okazała się nieuprawniona. Wprawdzie przerzedziły się szeregi harcowników wykorzystujących pozycję radnych i urzędników samorządowych do zaspokojenia własnych potrzeb i ambicji. To jednak w miejsce usuniętych z mocy wyroków sądowych lub z woli wyborców, cynicznych samorządowych hochsztaplerów pojawili się inni. Wyrośli z tego samego pnia na polu zwykłego, ludzkiego egoizmu pod płaszczem hipokryzji. Uzupełnili ubytki stając dzielnie w jednym szeregu z weteranami, którym z różnych powodów udało się uniknąć nieśpiesznej i nieskutecznej ręki sprawiedliwości. Nadzieja na odnowę samorządności o cechach pracy organicznej dla ogółu mieszkańców znów okazała się złudna.

sobota, 30 lipca 2011

Towarzysz Tadeusz


W słoneczny, lecz chłodny poranek 17 kwietnia 1994 roku panowała w Kamieńsku senna atmosfera typowa dla małych, polskich miasteczek. Tyle, co przejechały autobusy dowożące pracowników do bełchatowskiej kopalni a kobiety wracały do domów po dokonaniu porannych zakupów. Liczne na placu Wolności sklepiki już opustoszały, jedynie przed sklepem Framera przestępowało z nogi na nogę kilku meneli w oczekiwaniu na przypadkowego fundatora. Pachniało piwem i tanim owocowym winkiem.
                                     Od strony Gorzędowa nadjeżdżał samochód. Za kierownicą siedział Tadeusz Gaworski, pracownik Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Pan Tadeusz jechał na sesję Rady Miejskiej w Kamieńsku, w której zasiadał od czterech lat. Fizycznie zasiadał w ławach Rady nader rzadko, gdyż stracił zainteresowanie dla spraw gminnych od czasu, kiedy przegrał rywalizację o fotel wójta gminy z miejscowym weterynarzem Michałem Piekarskim. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, więc pan Tadeusz ponownie włączył się w samorządowe rozgrywki. Co było powodem tej nagłej zmiany? Otóż kilka tygodni wcześniej w rządzącej ekipie Solidarności nastąpił poważny rozłam. Przewodniczący Rady Miejskiej Grzegorz Turlejski poróżnił się mocno z burmistrzem i postawił wniosek o odwołanie go ze stanowiska. Wiadomość o możliwym wakacie na najwyższym stanowisku w gminie uskrzydliła Gaworskiego. Widać było, że złapał wiatr w żagle. Po czterech latach od dnia, kiedy stracił stanowisko naczelnika gminy sprawowane z namaszczenia komuny zaświtała mu nadzieja na odzyskanie władzy, Chciał zostać burmistrzem. Marzył o tym w ciągu tych lat, kiedy tułał się po różnych spółkach, gdy usunięto go ze stanowiska dyrektora miejscowego banku spółdzielczego za udzielanie hochsztaplerom pokaźnych, nieściągalnych kredytów. Także wtedy, kiedy znalazł pracę w Urzędzie Skarbowym w Bełchatowie, dokąd musiał jeździć codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Jechał na sesję rady z nadzieją, że znów zasiądzie w gminnym fotelu a tym razem będzie to fotel burmistrza. Dręczyła go jednak obawa. Czy wszyscy radni, na których głosy liczył dotrzymają obietnic, jakie od nich otrzymał a ostatnich kilkunastu dniach? Wiedział jak to jest, przecież sam składał wiele obietnic, który dotrzymywać nie zamierzał. Liczył na 5 radnych PSL-u, co pozostawieni sami sobie przez prezesa, któremu działalność społeczna już się nie opłacała, początkowo sprzyjali wójtowi Piekarskiemu. Później, kiedy wójt poróżnił się z liderem własnego ugrupowania, oni niezorientowani w personalnych rozgrywkach stali się łatwym łupem pana Tadeusza, bo z PSL-em nic już ich nie łączyło. Licząc głos własny potrzebował jeszcze 4 czterech z grupy Solidarności. Po rozmowach, których nie skąpił obietnic swoim nie był jednak całkowicie pewny tych ludzi wiedząc, że kto zdradza raz uczyni to bez wstydu po raz następny. Tak rozmyślając minął grupkę meneli, którzy znalazłszy fundatora popijali winko przed sklepem. Takim to dobrze, niewiele im do szczęścia potrzeba – pomyślał zatrzymując samochód na gminnym parkingu.
                                       Sesja miała dwóch rozgrywających. Pierwszą część rozegrał znakomicie Grzegorz Turlejski. Zgodnie z jego życzeniem i na jego wniosek siedemnastu radnych odwołało jednogłośnie ze stanowiska burmistrza nieobecnego z powodu choroby Michała Piekarskiego. W ten sposób na swoje nieszczęście Turlejski otworzył szeroko drzwi towarzyszowi Tadeuszowi do gabinetu szefa gminy. Rozgrywającym drugiej rundy był już Gaworski. Dziesięć oddanych na niego głosów przyniosło mu na dwa miesiące przed wyborami samorządowymi upragnione stanowisko burmistrza. Pan Tadeusz promieniał. On układny beneficjent komuny wygrał z ekipą Solidarności zajmującą w Radzie Miejskiej dwie trzecie miejsc. Mocno uchwycił ster władzy a kto ma władzę ten ma siłę. Możliwości człowieka, który uchwyci władzę wzrastają w postępie geometrycznym. Teraz on, Tadeusz Gaworski, niedawny banita, zmieniający często pracę, wyrzucony z Banku Spółdzielczego i pomawiany o korupcję stał się pierwszym człowiekiem w gminie. Schlebiali mu pracownicy Urzędu Miejskiego tak niedawno jeszcze słuchający ślepo Michała Piekarskiego. Zabiegali o rozmowę z nim wykonawcy gminnych inwestycji. Mimo niskiego wzrostu i skromnej postury mógł z góry patrzeć na innych, z tym swoim mylącym, pozornie dobrotliwym wyrazem twarzy, który był tylko maską bezwzględnego gracza, zimnego kalkulatora. Niepozorny wygląd kolejowego kasjera z czasów wczesnego PRL-u i brak erudycji z powodzeniem nadrabiał pozując na tak zwanego swojego chłopa. Ta prosta taktyka, służalczość wobec zwierzchników i głęboko skrywana ambicja pozwoliły mu utrzymywać się przy władzy przez całe dziesięciolecia. Trudne dla siebie okresy potrafił spokojnie przeczekać na jakimś niższym, ale kierowniczym stanowisku. W odpowiedniej chwili wracał, stawał w szranki i wygrywał. Tak było w 1980 roku, kiedy na fali politycznej odwilży zmuszono do odejścia ostatniego z nominowanego przez władze partyjne w Piotrkowie naczelnika kamieńszczańskiej gminy.
                                     Pan Tadeusz był wtedy w małej odstawce i zarządzał grupą remontowo-budowlaną przy Urzędzie Gminy. O tej grupie mówiono, że przepija fundusz gminny. Nie znaczyło to wcale, że jako kierownik pił ze swoimi pracownikami, on to tylko tolerował. W tamtych, zmierzchłych już czasach wysokość wynagrodzenia za pracę na państwowych etatach była regulowana przez rząd w Warszawie na poziomie minimum socjalnego. Niestety w tym koszyku niezbędnych zakupów nie uwzględniano tak znaczącej pozycji jak wydatki na alkohol. Skoro, więc powstrzymywanie się od picia nie wchodziło w rachubę trzeba było kraść. Kradzież mienia państwowego nie była uważana za grzech a jeśli tak to nic dziwnego, że pracownicy gminnego zaplecza już od rana łamali sobie głowy, co by tu z zakładu pracy wynieść i komu sprzedać, aby było, za co jeszcze przed fajerantem opróżnić kilka butelek wódki. Wyniesione na wódkę materiały rozpisywano na jakieś fikcyjne roboty. Kierownik grupy budowlanej nie musiał się martwić o środki finansowe na wynagrodzenia pracowników, bo wszystkie koszty utrzymania firmy pokrywał budżet gminy. Pan Tadeusz był jednak, jako się rzekło człowiekiem ambitnym i chciał się wykazać przed zwierzchnikami zmysłem organizacyjnym, W tym cele rozwinął podaż usług budowlanych, tyle, że fikcyjnych. Tanie kredyty na budownictwo mieszkaniowe i spory dopływ gotówki płynący do kieszeni kamieńszczan z Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów wywołały w gminie eksplozję budowlaną, Brakowało jednak materiałów budowlanych podlegających ścisłemu rozdzielnictwu. Jak na ironię gminna grupa budowlana miała tych materiałów w nadmiarze a to, dlatego, że mogły być wykorzystywane wyłącznie do wykonywania usług. Dla pana Tadeusza była to woda na młyn. W jego biurze tłoczyli się klienci a drzwi się nie zamykały. Ludzie chętnie płacili za układanie murów i zbrojenie stropów, choć tych usług pracownicy gminy wcale nie wykonywali. Chodziło im oczywiście o pozyskanie deficytowej stali zbrojeniowej i nie mniej poszukiwanych pustaków i cegieł. Kierownik Gaworski ograniczał swoją inwencję do wystawienia fałszywych faktur i sporządzania fałszywych sprawozdań. Szkoła, jaką wtedy przeszedł ukształtowania jego mentalność, jako organizatora życia publicznego w gminie a doświadczenie, które wtedy zdobył okazało się dla niego bardzo przydatne w bliższej i dalszej przyszłości.
                                     Tymczasem z Gdańska powiał odświeżający wiatr. Zmurszałe struktury partyjne w Warszawie ze strachu przed utratą władzy poluzowały śrubę i zaczęły stwarzać pozory demokratyzacji życia publicznego. Gminnej Radzie Narodowej w Kamieńsku zezwolono na wybór naczelnika gminy spośród dwóch kandydatów zaakceptowanych przez komitet partii w Piotrkowie. Niespodzianki jednak nie było. Piotrkowska instancja nominowała towarzysza Tadeusza Gaworskiego. Po raz kolejny dała o sobie znać partyjna zasada: mierny, bierny, ale wierny. Kontrkandydatem był nauczyciel szkół średnich, związany ze Stronnictwem Demokratycznym Mirosław Krężlik. Wobec 70 % komunistów w radzie wynik głosowania mógł być tylko jeden. Zwyciężył towarzysz Tadeusz i zdobył fotel naczelnika gminy. Uzyskał jednak tylko dwa głosy więcej od kontrkandydata, co oznaczało, że część członków jedynie słusznej partii nie oddało swych głosów na partyjnego kolegę.
                                       Od tej chwili dla Tadeusza Gaworskiego nastały złote czasy. Ruszyły, bowiem w teren wojskowe grupy operacyjne. Generał Wojciech Jaruzelski w swej naiwnej wierze w radziecki model socjalizmu zamierzał uzdrowić administrację i gospodarkę kraju przy pomocy wojskowej dyscypliny. Jednak wojskowi wypuszczeni z koszar na szerokie wody społecznego żywiołu poczuli się jak na urlopie. Gminni wielkorządcy przyjmowali ich jak udzielnych książąt. Kapitan i dwaj jego podwładni, którym armia powierzyła władzę nad Kamieńskiem żyli tu na poziomie godnym rzymskich senatorów. Zabawom i ucztom nie było końca. Zabawom i ucztom nie było końca. Koszty biesiad ponosiły miejscowe zakłady pracy. Ich kierownicy posługiwali się w tym celu sfałszowanymi fakturami. Hotel „Wisienka” był u szczytu powodzenia i ważności. W nim właśnie mieścił się sztab decyzyjny gminy. Oczywiście nic tam nie działo się bez towarzysza Tadeusza, bez jego wiedzy i akceptacji. Narady prowadzone w pokojach hotelowych mają to do siebie, że odbywają się na zupełnym luzie. Uczestniczył w nich często towarzysz Edward Chłapiński, sekretarz gminny partii komunistycznej /PZPR/., Jeśli mu tylko nie przeszkadzały nauczycielskie obowiązki.
                                       Wkrótce nastał stan wojenny, Trzynastego grudnia 1981 roku decydenci gminni i wizytujący ich wojskowi. W nerwowym napięciu przeglądali napływające teleksem instrukcje. Słuchali uważnie radiowych komunikatów. Wyczekiwali. W Kamieńsku jednak nic szczególnego się nie zdarzyło. Mijały dni i tygodnie. Groza stanu wojennego powoli rozpraszała się w szarości codziennego życia. Bunt przeciw dyktaturze topniał w sercach ludzkich, jaki śnieg w lutowych deszczach 1981 roku. Normalniało, ale była to normalność pustych półek w sklepach, kartkowego rozdziału żywności i alkoholu. Ten ostatni był produktem najbardziej pożądanym, bo przydziałowa półlitrówka na miesiąc nie zaspakajała nawet podstawowych potrzeb. Braki zaopatrzenia w trunki uzupełniał „swój chłop”, towarzysz Tadeusz. Miał on szczególne prawo do dodatkowych przydziałów wódki na różnego rodzaju uroczystości. Korzystał z tego pełną garścią zjednując sobie rzeszę zwolenników, choć tak naprawdę był tyko jednym z pali wbitych w polską ziemię, które podtrzymywały totalitarny ustrój, choć niekiedy nielicznym pomagał znosić niedogodności życia w tym ustroju. Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Tej dewizy towarzysz Tadeusz nigdy nie porzucił.
                                       Pierwsze lata stanu wojennego smutne były i źle się zapisały w społecznej świadomości. Niełatwo było kupić nawet najbardziej niezbędne człowiekowi rzeczy. Odbywały się regularne bitwy o węgiel, materiały budowlane i pasze przemysłowe. Gminna Spółdzielnia sprzedawała towary, których często nie było wcale w magazynach. Zrozpaczeni ludzie szturmowali wagony kolejowe na stacji w Gomunicach, żeby zdobyć coś, za co dawno już zapłacili. Od kilku lat straszyły popękane mury budynku Szkoły Podstawowej w Kamieńsku. Stara szkoła została zamknięta zaraz po tym jak zauważono liczne pęknięcia murów spowodowane prawdopodobnie wstrząsem tektonicznym, który miał miejsce w rejonie wkopu bełchatowskiej kopalni odkrywkowej. Dzieci rozlokowano w dawnej łaźni, nad sklepami w budynku Gminnej Spółdzielni i gościnnie w gmachu szkół średnich. Tak dalej być nie mogło, więc naczelnik powołał przy Urzędzie Gminy grupę budowlana, która miała podjąć się zadania wzniesienia nowoczesnego budynku szkolnego, Pan Tadeusz miał w zanadrzu niebywały atut. Posiadał dokument, w którym zapisano, że Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów sfinansuje w całości koszty budowy obiektu dla zaspokojenia potrzeb Szkoły Podstawowej w Kamieńsku.
                                      Genezę tego dokumentu można poznać cofając się nieco w czasie, do gorących, pełnych napięć miesięcy drugiej połowy, brzemiennego w dramatyczne wydarzenia 1981 roku. Kamieński byłby w tym czasie oazą spokoju, gdybym nie powołał pod szyldem tego miasteczka Komitetu Protestacyjnego Rolników. Komitet działał na zasadzie samoobrony pokrzywdzonej przez bełchatowską kopalnię ludności, zamieszkującej teren objęty negatywnym oddziaływaniem leja depresyjnego tej kopalni. Szczytowym momentem akcji protestacyjnej, której przewodziłem było spotkanie z Komisją Rządową kierowaną przez wiceministra Górnictwa i Energetyki doktorem Karolem Buchowieckim. Burzliwe obrady z udziałem władz Krajowego Związku Rolników, władz województwa piotrkowskiego z wicewojewodą Franciszkiem Jaciubkiem i władz gminy Kamieńsk odbyło się w salce na piętrze budynku przyległego do siedziby Urzędu Gminy. Chodziło głownie o odszkodowania za zdegradowane grunty rolnicze i odstąpienie od planów likwidacji wsi Koźniewice, ale też o zmuszenie KWB Bełchatów do wzniesienia w Kamieńsku budynku szkolnego w zamian za dotychczas pełniący tę rolę, który mocno ucierpiał na skutek szkód górniczych. Wprawdzie już wcześniej Kopalnia złożyła taką obietnicę, ale nie dotrzymała z powodu rzekomego braku wykonawcy, któremu można by było powierzyć budowę potężnego bądź, co bądź gmachu. Przedsiębiorstwa budowlane działały wtedy na podstawie centralnie zatwierdzanych planów a portfel zamówień firm zajmujących się budową obiektów szkolnych był już wypełniony na całą dekadę. Kopalnia znając sytuację umieściła na odrębnym rachunku bankowych pewną kwotę, która miała być [przeznaczona na koszty budowy szkoły. Z powodu wysokiej inflacji pieniądze te topniały szybciej niż majowy śnieg a wizja budowy była coraz bardziej odległa.
                                       W dniu 29 października przy krzykliwych protestach przedstawiciela Kopalni inżyniera Gramatyki i mocnym wsparciu miejscowych nauczycieli: Aleksandra Kozika, Mirosława Kreżlika a przede wszystkim dyrektora podstawówki Wiśniewskiego udało się sprecyzować jeden z najważniejszych zapisów umowy społecznej, która wtedy została zawarta z komisją rządową. Mocą tego dokumentu zawartego ze mną przez rząd Mieczysława Rakowskiego bełchatowska kopalnia została zobowiązana do sfinansowania w całości kosztów wzniesienia pełnowymiarowego budynku szkolnego z salą gimnastyczną na potrzeby Kamieńska.
   Ten słynny zapis dał naczelnikowi gminy Kamieńsk Tadeuszowi Gaworskiemu klucz do przebogatej, kopalnianej kasy. Strumień pieniędzy z tej kasy płynął do gminy Kamieńsk aż do czasu ostatecznego zakończenia budowy.
  Grupa budowlana pana Tadeusza składała się z różnych pracowników, niezłych fachowców i tych od siedmiu boleści. Budowa ciągnęła się i ślimaczyła całymi latami a marnotrawstwo nie miało granic. Jeszcze przed zakończeniem prac budowlanych w baraku biurowym wykonawcy wybuchł pożar. Jak się należało spodziewać spaliły się dokumenty z księgowości. Niewiadomo, więc jak dokonano rozliczenia tej budowy. Pomimo wszystkich przeciwności losu i fatalnego zarządzania inwestycją, szkołę jednak wybudowano a towarzysz Tadeusz przypisał sobie wszystkie zasługi, Odbyła się dęta uroczystość, wręczono ordery a szef piotrkowskiego Kuratorium Oświaty i Wychowania Lucjan Reczek wygłosił płomienne przemówienie polityczne. Straszył nauczycieli, dzieci oraz nielicznych, przybyłych na rozpoczęcie roku szkolnego mieszkańców Kamieńska niemieckim rewizjonizmem. 

piątek, 22 lipca 2011

Towarzysz Edward


W tym samym czasie, kiedy towarzysz Tadeusz upajał się powrotem na fotel szefa gminy, w budynku dawnej łaźni trwało spotkanie lokalnych działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ludowcy korzystali czasem z pomieszczenia na zapleczu komisariatu policji, które było także siedzibą miejscowych organizacji kombatanckich. W zebraniu brało udział kilka osób zajmujących się składaniem „Informatora”, powielanej na kserokopiarce gazetki, która miała przełamać lokalny monopol informacyjny solidarnościowego „Echa Kamieńska”. Do udziału w tych pracach zaproszono nauczyciela Edwarda Chłapińskiego. Ten szpakowaty już, lecz wysportowany i dynamiczny wuefowiec stracił za rządów Solidarności stanowisko dyrektora Zespołu Szkół Średnich w Kamieńsku. Po zdominowaniu samorządu gminnego w 1990 roku liderzy miejscowego ruchu solidarnościowego szukali stanowisk dla swoich kolegów. Nie da się zaprzeczyć, że istniały merytoryczne powody, żeby powierzyć komuś innemu dyrektorowanie nad szkołami, ale wystarczającym dla nich powodem do sunięcia pana Edwarda była jego przynależność do komunistycznej partii. Na chłap ińskim ciążył jednak dużo cięższy zarzut. Otóż w stanie wojennym był on pierwszym sekretarzem gminnej struktury Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i rządził gminą wspólnie z naczelnikiem Tadeuszem Gaworskim. Obaj towarzysze wspólnym wysiłkiem służyli wojskowemu rządowi Jaruzelskiego w czasie, kiedy tysiące przeciwników komunizmu pozbawiono wolności, kiedy padały strzały i ginęli niewinni ludzie. Jednym z ważnych zadań tych panów było organizowanie społecznego poparcia dla wojskowego reżymu. Nie było to zadanie łatwe a prawdę mówiąc było to niewykonalne.
Instrukcja, jaką otrzymał Edward Chłapiński od swych partyjnych zwierzchników nakazywała mu pozyskać szanowanych ludzi o znanych w gminie nazwiskach a takich w Kamieńsku pozyskać się raczej nie dało.
Pan Edward pragnął zadowolić swoich zwierzchników. Zwołał, więc zebranie założycielskie Obywatelskiego Komitetu Odrodzenia Obywatelskiego mającego udzielić poparcia stanowi wojennemu, na które zaprosił znanych w gminie obywateli. Wprawdzie osoby te na zebranie nie przybyły, jednak nie przeszkodziło to towarzyszowi sekretarzowi sporządzić listę i wysłać swoim mocodawcom.
Miejscowa Solidarność miała, więc swoje powody, żeby nie dopuścić do ponownego wyboru Chłapińskiego na eksponowane stanowisko dyrektora szkół i tak właśnie się stało. Pan Edward długo nie mógł pozbyć się goryczy porażki z powodu utraty prestiżu i obniżenia życiowego standardu. Chęć rewanżu nie dawała mu spokoju. Nie wstąpił jednak do formującej się w Kamieńsku nowej lewicy, gdyż uważał, że nie znajdzie ona uznania w oczach miejscowej społeczności. Bez wahania przystał do ludowców, którzy przez dziesiątki lat byli w Kamieńsku liczącą się siłą polityczną. Ludowcy przyjęli Chłapińskiego z ostrożnym optymizmem. Wiedzieli przecież, że to były towarzysz, ale byli pragmatyczni spodziewając się, że przy jego pomocy uda się przekonać do programu PSL-u część środowiska nauczycielskiego. Okazało się jednak, że pan Edward reprezentował tylko siebie, ale o tym ludowcy przekonali się niestety zbyt późno.
Na początku jednak ten były towarzysz starał się być przydatnym w nowym otoczeniu. Przystąpił nawet do zespołu redagującego pierwsze numery „Informatora”. Napisał nawet artykuł, w którym polemizował z wójtem Piekarskim po wywiadzie, jakiego ten udzielił pewnej radomszczańskiej gazecie. Chłapiński ironizował w nim po odwołaniu Michała Piekarskiego ze stanowiska. – Już nie wójt, nie burmistrz, więc może weterynarz, a może rencista. Był to pierwszy i ostatni artykuł napisany przez pana Edwarda. Niestety okazał się zbyt leniwy, żeby poważnie się przyłożyć do redagowania gazetki. W następnych miesiącach ograniczał się do dostarczania lokalnych informacji sportowo-szkolnych. Został powołany do komitetu wyborczego ludowców, brał udział w pozyskiwaniu kandydatów na radnych przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Zgłosił też swoją kandydaturę na radnego w okręgu obejmującym ulicę Słowackiego. Stanął tam w szranki z liderem Solidarności Grzegorzem Turlejskim.
Po latach okazało się jak bardzo niechlubną i szkodliwą rolę odegrał wyciągnięty z odstawki przez ludowców na polityczne forum gminy. Po objęciu stanowiska wiceburmistrza wziął udział w usuwaniu z gminnych stanowisk kolegów, którzy go przygarnęli w trudnym dla niego czasie. Podczas piastowania stanowiska zastępcy burmistrza zdarzały mu się powroty do zachowań z pogranicza menelstwa. Zasłużenie znalazł się też w grupie gminnych prominentów, która zakończyła karierę polityczna na ławie oskarżonych.

sobota, 16 lipca 2011

Kulisy wyborów


Nadeszła czerwcowa, wyborcza niedziela. Do rywalizacji o mandaty radnych stanęła Solidarność i Polskie Stronnictwo Ludowe. Trzecią grupę bez szyldu wystawił pan Tadeusz dając początek trzeciej sile w gminie, czyli nieformalnej i niejawnej organizacji o charakterze klikowym. Urzędujący burmistrz rzucił do wyborczej walki utworzoną przez siebie strukturę, która w latach następnych zapewniła mu niekontrolowaną przez nikogo władzę. Pan Tadeusz nie trudził się promowaniem nowych ludzi. Po prostu sięgał bez skrupułów po znane osoby związane uprzednio z ruchem ludowym bądź solidarnościowym. Początki były skromne, ale wystarczyły mu do utrzymania zdobytej wcześniej władzy.
Przed wyborami Grzegorz Turlejski był pewien zwycięstwa. Przedwyborcze „Echo Kamieńska” eksponowało więcej niż wydatnie osiągnięcia solidarnościowej władzy, Szczególny wydźwięk propagandowy miało odzyskanie praw miejskich i wystawienia pomnika Tadeuszowi Kościuszce. Te propagandowe osiągnięcia były rzeczywiście efektem wieloletnich starań, głównie rodziny Turlejskich, ale Solidarność w Kamieńsku nie była już jednolitą skałą. Konflikt Turlejskiego z byłym wójtem Piekarskim obnażył liczne rysy i pęknięcia dawnego monolitu. W rezultacie wyborów obóz solidarnościowy nie obronił swoich pozycji, tracąc w radzie cztery fotele. Po obliczeniu głosów skład Rady Miejskiej przedstawiał się następująco: Solidarność miała ośmiu radnych, PSL- 5, trzy mandaty przypadły grupie Gaworskiego a dwa wywalczyli kandydaci niezależni. Najbliżej do władzy miała Solidarność. Wystarczyło im pozyskać tych niezależnych lub wejść w koalicję z PSL-em. Po przedwyborczej wojnie to ostatnie rozwiązanie nie miało jednak szans realizacji i żadna ze stron nawet nie rozważała takiego wariantu podziału władzy w gminie.
Podczas wyborczej nocy tuż po ogłoszeniu nieoficjalnych wyników Tadeusz Gaworski przystał na zawiązanie koalicji z ludowcami. Potwierdził, że ma zapewnione poparcie radnych Kurmana i Pawelca. Rankiem następnego dnia liderzy PSL-u złożyli wizytę prezesowi Spółdzielni Mieszkaniowej, nowemu radnemu Janowi Kuliberdzie. Pan Jan startował już do rady poprzedniej kadencji. Przegrał, ale nie zrezygnował z politycznej kariery. Tym razem było o nim głośno z racji przyjęcia, jakie wydał dla rodziny i znajomych z okazji święceń kapłańskich syna. Mandat radnego otwierał mu drogę od stanowiska w gminie. Ponieważ żadna z głównych opcji nie była w stanie samodzielnie wyłonić Zarządu Miasta pan Jan spokojnie oczekiwał na propozycje dla siebie w zamian za poparcie któregoś z kandydatów na stanowisko burmistrza. Wysłannicy ludowców zostali zaproszeni do piwnic bloku, gdzie mieściło się biuro. Tam księgowa Anna Łągiewka przygotowała herbatę. Rozpoczęły się rozmowy, które mogły rozstrzygnąć czy w Kamieńsku dojdzie do zmiany samorządowych władz. W tym czasie do mieszczącej się obok stadionu siedziby spółdzielni zbliżała się Bożena Sewerynek, radna z ekipy Solidarności. Jak się później okazało miała ona dla pana Jana pewne propozycje od Grzegorza Turlejskiego. Nie mogła ukryć zaskoczenia na widok siedzących już w biurze przeciwników politycznych. Za to pan Jan promieniał, doskonale, bowiem wiedział, że właśnie rozpoczął się przetarg, kto mu da więcej za poparcie za objęcie władzy w gminie na najbliższe cztery lata. Po wymianie poglądów na powyborcze układy w Radzie Miejskiej ludowcy zaproponowali Janowi Kuliberdzie objęcie funkcji przewodniczącego tej rady.
Następne, decydujące o powołaniu koalicji spotkanie odbyło się w Gorzędowie, w mieszkaniu pana Tadeusza. Na rozmowie obok mnie uczestniczyli Andrzej Kułak i Edward Chłapiński. Pan Gaworski ustępujący burmistrz przyjął gości pełen obaw o ponowny wybór na piastowane stanowisko. Nie miał wiele atutów w tej grze. Większość kandydatów, których wystawił do rady przegrała z kretesem a on chciał utrzymać stanowisko za wszelką cenę.
Ludowcy przedstawili, Chłapińskiego jako swojego kandydata na burmistrza. Pan Tadeusz oniemiał i zamilkł na pewien czas. Zawsze się tak zachowywał w trudnych dla niego chwilach. W mieszkaniu zapanowała nieprzyjemna, uciążliwa dla wszystkich cisza. Widać było wyraźnie, że Gaworski ze stanowiska burmistrza bez walki nie zrezygnuje. Swoim zwyczajem zacznie kaperować radnych i będzie liczył na szczęśliwy zbieg okoliczności, który pozwoli mu utrzymać pełnię władzy w gminie. Taka sytuacja ani chybi była korzystna dla zwartej drużyny Solidarności.
Po chwili kłopotliwego milczenia ludowcy dopuścili również możliwość udzielenia poparcia panu Tadeuszowi a Chłapiński miałby zostać jego zastępcą. W Gaworskiego natychmiast wstąpił nowy duch. Zapewnił ludowców, że spełni ich programowe postulaty. Ustalono też, że Włodzimierz Dajcz otrzyma stanowisko dyrektora mającego powstać zakładu komunalnego a Andrzej Kułak etat w Urzędzie Miejskim.
Nazajutrz burmistrz zażądał od sojuszników kolejnych ustępstw. Ryszard Kurman uzależnił swoje poparcie od wyboru na stanowisko sekretarz Urzędu Miejskiego a Jan, Kuliberda wysoko mierzył w fotel zastępcy burmistrza. Odrzucił, więc propozycję kandydowania na przewodniczącego rady. Nie sposób było odrzucić żądań pana Jan, który grał na dwa fronty mając propozycję od Solidarności zatrudnienia w Urzędzie na wysokim stanowisku. W tej sytuacji zabrakło stołka dla pana Edwarda, ale on miał etat w szkole, więc z żalem, co prawda, lecz pogodził się z nowym układem personalnym władz gminnych, gdyby nie było na ten układ zgody pan Tadeusz przystąpiłby natychmiast do kaperowania radnych. Nowa koalicja zostałaby rozbita a władza pozostała w rekach Solidarności.
Do utworzenia większościowej dziesiątki radnych brakowało jednak jeszcze jednej osoby. Języczkiem u wagi mógł być Marek Ludwiczak, radny z Koźniewic. O jego pozyskanie walczyły obie strony. Ludowcy mogli liczyć w tej sprawie na wsparcie ze strony jego dawnych dwóch nauczycieli:, Chłapińskiego i Antoszczyka. Prośby „profesorów” podbełtały dumę Ludwiczaka i dziesiątka została skompletowana. Zbliżała się godzina zero a obie strony twierdziły, że mają po dziesięciu radnych, co było niemożliwe, bo cała rada liczyła tylko osiemnastu. Wyglądało na to, że ktoś komuś poczynił fałszywe obietnice.
Na pierwszej lipcowej sesji butna Solidarność poległa. Po rozstrzygającym wszystko pojedynku Grzegorza Turlejskiego z Andrzejem Pawelcem emocje zaczęły powoli opadać.Pawelec wygrał w drugim głosowaniu. W pierwszym mógł się ktoś pomyć, albo ktoś nie do końca zdecydowany badał siłę rywalizujących ugrupowań. Mógł to być Ludwiczak, mógł Kuliberda. Następnie pan Tadeusz wygrał pojedynek o fotel burmistrza z Jackiem Jędrzejczykiem. Dalej miało być gładko, ale nie było. Pan Tadeusz już w chwilę po zdobyciu władzy rozpoczął działania na rzecz osłabienia ludowców, którzy go do tej władzy wynieśli. Dziwnym trafem przegrana i zniechęcona już Solidarność wprowadziła do Zarządu Miasta Józefa Górnego a na Sejmik Wojewódzki Jacka Jędrzejczyka. Widoczne było jak na dłoni zafałszowane działanie Gaworskiego, który łamiąc przedwyborcze ustalenia spisane w koalicyjnej umowie nie zamierzał z nikim dzielić się zdobyta władzą. Radość z odniesionego zwycięstwa zmąciło ludowcom podejrzenie, że nowy burmistrz będzie dążył do wyeliminowania ich z orbity gminnej władzy. Z dnia na dzień podejrzenia zmieniały się w pewność opartą na faktach. Pan Tadeusz mając za nic własne słowa krok po kroku przejmował pełnię władzę w gminie. Triumfował prze jakiś czas, dopóki żądza władzy i pazerność nie zaprowadziły go na ławę oskarżonych.

piątek, 8 lipca 2011

Nowy początek


Nastał upalny lipiec 1994 roku. Było coś niezwykłego w suchym powiewie wschodniego wyżu. Objawił się jednocześnie z nadmiarem rąk do pracy czy też z nadmiarem ludzi poszukujących gorączkowo jakiś wolnych etatów. A tych nie było wcale. Mało, kto rozumiał tę nagłą przemianę. Słowo bezrobocie nabrało nagle realnego kształtu i jak obuchem otworzyło drzwi ku najbliższej przyszłości. Jeszcze niedawno za komunistycznej władzy każdy miał prawo do choćby miernej egzystencji. Teraz już nie. Z dnia na dzień zniknęła ochronna rola państwa. Tamtego państwa o ograniczonej wolności obywatelskiej. Wolność, która nastała była ogromna, ale zniknęła bezpowrotnie pewność egzystencji ludzkiej jednostki. Początek tych zmian wyglądał nawet optymistycznie. Każdy, co stracił pracę otrzymywał zasiłek dla bezrobotnych. System zasiłków obejmował również absolwentów szkół i tych, którzy nigdy pracą się nie zhańbili. Wysokość zasiłków niewiele odbiegała od wielkości minimalnej płacy, więc pracować się nie opłacało. Fajnie było, ale tę sytuację można było porównać do poprawy samopoczucia chorego przed agonią. Zgodnie z przewidywaniami malkontentów zasiłki wkrótce się wyczerpały. Praca przestała być socjalistycznym obowiązkiem. Stała się trudno dostępnym dobrem.
            W dniu 15 lipca Zarząd Miasta powołał na wiosek burmistrza dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej Mieszkaniowej i Rolnej. Pan Tadeusz uczynił to niechętnie pozwalając sobie przy okazji o lekko uszczypliwe uwagi o kandydacie. Musiał jednak to zrobić, bo w obliczu silnej opozycji nie mógł sobie pozwolić na utratę głosów ludowców w radzie, przynajmniej do czasu aż swoją, znana metodą uda mu się pozyskać kilku radnych do swej niejawnej struktury. W trzy dni później dyrektor przystąpił do organizowania pierwszej w Kamieńsku firmy samorządowej. Nikt tu jeszcze nie wiedział jak ma wyglądać w praktyce gminny, budżetowy zakład komunalny.
            Z uchwała Rady Miejskiej w ręku podjętą w oparciu o sejmową ustawę i wzór statutu przysłany z Warszawy trzeba było wkroczyć w gminną rzeczywistość. Należało przejąć zadania wykonywane dotąd przez odrębne jednostki organizacyjne i połączyć to wszystko w jeden sprawny organizm, pokonując przy tym sprzeczności między sztywnym gorsetem prawa budżetowego a wymogami wolnej przedsiębiorczości. A przede wszystkim należało stworzyć zespół ludzki, który podoła temu wyzwaniu. Było to zadanie tym trudniejsze, że trzeba było zintegrować grupę gospodarczą działającą przy Urzędzie Miejskim z grupa przejętą z Wojewódzkiego Zakładu Usług Wodnych. W tym celu nieodzowne było zorganizowanie zespołu księgowo-finansowego nowej samodzielnej jednostki gospodarczej. Zakład budżetowy nie ma prawnych możliwości odnawiania i powiększania majątku. To gmina ma obowiązek wyposażać go w środki trwałe i obrotowe. Zakład w Kamieńsku otrzymał od gminy dość znaczne środki trwałe. Wśród nich kombajn zbożowy, ciągniki rolnicze ze sprzętem towarzyszącym, dwa małe samochody „star”, ładowarkę, koparkę i spychokoparkę. Były też autobusy: dwa stare „sany”, prawie nowy „jelcz” PK 100 i dwa cięgniki gąsienicowe o wartości złomu. Najogólniej rzecz biorąc ilość i stan tego sprzętu pozwalały na prowadzenie przewidzianej statutem działalności, ale rok później trzeba było już myśleć o stopniowej wymianie starego sprzętu na nowy i powiększaniu parku maszynowego. Niestety bez środków inwestycyjnych i pieniędzy w obrocie działalności gospodarczej prowadzić się nie da.
            Rada Miejska zgodnie z ustawą powinna wyposażyć zakład budżetowy w środki obrotowe niezbędne do prowadzenia bieżącej działalności. Burmistrz Gaworski uznał, że wyasygnowanie 100 milionów starych złotych załatwia sprawę, tymczasem każdy, kto choć trochę znał się na handlu wiedział, że kwota w tej wysokości mogła wystarczyć na prowadzenie małego sklepiku a nie firmy zatrudniającej 35 osób. W sąsiednich gminach nie popełniono tak kardynalnych błędów. Tam jednostkom komunalnym nieco mniejszym od kamieńszczańskiej przydzielono po 500 milionów na zagospodarowanie.
W ten sposób wyznawana przez pana Gaworskiego filozofia „chłopka-roztropka” ustawiła Zakład w roli permanentnego żebraka na kilka następnych lat.
            Brak własnych środków finansowych w działalności gospodarczej można zastąpić kredytami bankowymi. Niestety regulamin działania Zakładu nie przewidywał dla dyrektora prawa do zaciągania kredytów a burmistrz o kredytowanie do Rady Miejskiej nie zamierzał występować. Dyrektorowi pozostawało, więc żonglowanie między opóźnianiem zapłaty zobowiązań a błyskawicznym ściąganiem należności, żeby utrzymać płynność finansową firmy. Była to dla niego i służby finansowej Zakładu jedna wielka udręka. Przy niskich obrotach było to jeszcze wykonalne, ale Zakład szybko się rozwijał, żeby zaspokoić potrzeby gminy a gdy sprzedaż miesięczna usług wzrosła do 700 milionów starych złotych trzeba było każdą posiadana złotówką obrócić siedem razy w miesiącu a to była już prawdziwa ekwilibrystyka.

Nowy początek


Nastał upalny lipiec 1994 roku. Było coś niezwykłego w suchym powiewie wschodniego wyżu. Objawił się jednocześnie z nadmiarem rąk do pracy czy też z nadmiarem ludzi poszukujących gorączkowo jakiś wolnych etatów. A tych nie było wcale. Mało, kto rozumiał tę nagłą przemianę. Słowo bezrobocie nabrało nagle realnego kształtu i jak obuchem otworzyło drzwi ku najbliższej przyszłości. Jeszcze niedawno za komunistycznej władzy każdy miał prawo do choćby miernej egzystencji. Teraz już nie. Z dnia na dzień zniknęła ochronna rola państwa. Tamtego państwa o ograniczonej wolności obywatelskiej. Wolność, która nastała była ogromna, ale zniknęła bezpowrotnie pewność egzystencji ludzkiej jednostki. Początek tych zmian wyglądał nawet optymistycznie. Każdy, co stracił pracę otrzymywał zasiłek dla bezrobotnych. System zasiłków obejmował również absolwentów szkół i tych, którzy nigdy pracą się nie zhańbili. Wysokość zasiłków niewiele odbiegała od wielkości minimalnej płacy, więc pracować się nie opłacało. Fajnie było, ale tę sytuację można było porównać do poprawy samopoczucia chorego przed agonią. Zgodnie z przewidywaniami malkontentów zasiłki wkrótce się wyczerpały. Praca przestała być socjalistycznym obowiązkiem. Stała się trudno dostępnym dobrem.
            W dniu 15 lipca Zarząd Miasta powołał na wiosek burmistrza dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej Mieszkaniowej i Rolnej. Pan Tadeusz uczynił to niechętnie pozwalając sobie przy okazji o lekko uszczypliwe uwagi o kandydacie. Musiał jednak to zrobić, bo w obliczu silnej opozycji nie mógł sobie pozwolić na utratę głosów ludowców w radzie, przynajmniej do czasu aż swoją, znana metodą uda mu się pozyskać kilku radnych do swej niejawnej struktury. W trzy dni później dyrektor przystąpił do organizowania pierwszej w Kamieńsku firmy samorządowej. Nikt tu jeszcze nie wiedział jak ma wyglądać w praktyce gminny, budżetowy zakład komunalny.
            Z uchwała Rady Miejskiej w ręku podjętą w oparciu o sejmową ustawę i wzór statutu przysłany z Warszawy trzeba było wkroczyć w gminną rzeczywistość. Należało przejąć zadania wykonywane dotąd przez odrębne jednostki organizacyjne i połączyć to wszystko w jeden sprawny organizm, pokonując przy tym sprzeczności między sztywnym gorsetem prawa budżetowego a wymogami wolnej przedsiębiorczości. A przede wszystkim należało stworzyć zespół ludzki, który podoła temu wyzwaniu. Było to zadanie tym trudniejsze, że trzeba było zintegrować grupę gospodarczą działającą przy Urzędzie Miejskim z grupa przejętą z Wojewódzkiego Zakładu Usług Wodnych. W tym celu nieodzowne było zorganizowanie zespołu księgowo-finansowego nowej samodzielnej jednostki gospodarczej. Zakład budżetowy nie ma prawnych możliwości odnawiania i powiększania majątku. To gmina ma obowiązek wyposażać go w środki trwałe i obrotowe. Zakład w Kamieńsku otrzymał od gminy dość znaczne środki trwałe. Wśród nich kombajn zbożowy, ciągniki rolnicze ze sprzętem towarzyszącym, dwa małe samochody „star”, ładowarkę, koparkę i spychokoparkę. Były też autobusy: dwa stare „sany”, prawie nowy „jelcz” PK 100 i dwa cięgniki gąsienicowe o wartości złomu. Najogólniej rzecz biorąc ilość i stan tego sprzętu pozwalały na prowadzenie przewidzianej statutem działalności, ale rok później trzeba było już myśleć o stopniowej wymianie starego sprzętu na nowy i powiększaniu parku maszynowego. Niestety bez środków inwestycyjnych i pieniędzy w obrocie działalności gospodarczej prowadzić się nie da.
            Rada Miejska zgodnie z ustawą powinna wyposażyć zakład budżetowy w środki obrotowe niezbędne do prowadzenia bieżącej działalności. Burmistrz Gaworski uznał, że wyasygnowanie 100 milionów starych złotych załatwia sprawę, tymczasem każdy, kto choć trochę znał się na handlu wiedział, że kwota w tej wysokości mogła wystarczyć na prowadzenie małego sklepiku a nie firmy zatrudniającej 35 osób. W sąsiednich gminach nie popełniono tak kardynalnych błędów. Tam jednostkom komunalnym nieco mniejszym od kamieńszczańskiej przydzielono po 500 milionów na zagospodarowanie.
W ten sposób wyznawana przez pana Gaworskiego filozofia „chłopka-roztropka” ustawiła Zakład w roli permanentnego żebraka na kilka następnych lat.
            Brak własnych środków finansowych w działalności gospodarczej można zastąpić kredytami bankowymi. Niestety regulamin działania Zakładu nie przewidywał dla dyrektora prawa do zaciągania kredytów a burmistrz o kredytowanie do Rady Miejskiej nie zamierzał występować. Dyrektorowi pozostawało, więc żonglowanie między opóźnianiem zapłaty zobowiązań a błyskawicznym ściąganiem należności, żeby utrzymać płynność finansową firmy. Była to dla niego i służby finansowej Zakładu jedna wielka udręka. Przy niskich obrotach było to jeszcze wykonalne, ale Zakład szybko się rozwijał, żeby zaspokoić potrzeby gminy a gdy sprzedaż miesięczna usług wzrosła do 700 milionów starych złotych trzeba było każdą posiadana złotówką obrócić siedem razy w miesiącu a to była już prawdziwa ekwilibrystyka.

piątek, 1 lipca 2011

Anka

Przychodziła dwa razy dziennie do pokoju dyrektora zapalić papierosa. Stali przez pięć minut przy otwartym, wychodzącym na plac manewrowy oknie. Te pięć minut wolne było od służbowych rozmów. Ania opowiadała o domowych sprawach. Chwaliła się Edytą i Tomkiem, swoimi dziećmi. Potrafiła się zwierzać ze zwykłych, codziennych spraw. Zawsze znajdowała właściwe rozwiązanie dla osobistych kłopotów. Była pogodna. Potrafiła się cieszyć z małych sukcesów. Z udanych prac rzemieślniczych męża, z postępów w nauce Edyty, z pasji Tomka do majsterkowania.
Anna z dnia na dzień przyswajała sobie tajniki nowych przepisów finansowych, szybko opanowała zasady rozliczania nowego podatku VAT. Przy pomocy dyrektora nauczyła się sporządzać plan finansowy Zakładu, kalkulacje kosztów i rachunki symulacyjne dla nowych rodzajów działalności. Robiła trafne, sprawdzające się później prognozy dochodów i kosztów na następny rok. Istotnym sprawdzianem dla służb finansowych Zakładu było badanie bilansu wykonane przez biegłego księgowego. Rezultat tego audytu był dla Zakładu znakomity. Dyrektor mógł spać spokojnie i mieć poczucie dumy z trafnego wyboru kandydatki na stanowisko głównej księgowej.
Pewnego dnia Anna wpadła do biura mocno podekscytowana.
- Dyrektorze mam okazję wyjechać do Hiszpanii – zawołała tuż po zamknięciu drzwi.- Co pan na to – zapytała.
- Niech pani korzysta z okazji, bo ona może się już nie powtórzyć – odpowiedział dyrektor. Tylko niech pani uważa, żeby nie wrócić w puszce.
-, W jakiej puszce? – zapytała zaskoczona i zdziwiona.
- No wie pani – kontynuował dyrektor. Byłem wczoraj na pogrzebie. Rozglądam się po kościele za trumną i nie widzę. Po pewnym czasie zauważyłem małą, metalową urnę z prochami zmarłej, która niestety w tej postaci powróciła ze Szwecji do Bełchatowa. A droga do Andaluzji, która panią czeka prowadzi przez niebotyczne Pireneje i skalne masywy Kastylii, po krętych serpentynach.
- Ach ten pana czarny humor – żachnęła się Anna.

Wróciła z Hiszpanii rozpromieniona. Opowiadaniom nie było końca.
- Tak bardzo się pani podobało? – zapytał dyrektor.
- Było cudownie – odpowiedziała. Tylko ta. podróż przez góry. Patrzyłam z samochodu w przepastne doliny i oblatywał mnie strach. Modliłam się wtedy. Myślałam, że jak spadniemy kilkaset metrów w dół po skałach to nawet do puszki nie będzie, co zbierać, ale warto się było bać. Tam jest tak pięknie, że pojechałabym chętnie jeszcze raz.
Los nie dał jej takiej szansy, tymczasem jednak tryskała humorem i paliła się do pracy. Ważne to było, bo mimo świetnej atmosfery w Zakładzie i prawie rodzinnych więzi w grupie pracowniczej, praca głównej księgowej nie była łatwa. Szczególnie trudna była współpraca z Urzędem Miejskim, o ile można było nazwać współpracą celowe działanie burmistrza i jego totumfackich utrudniające dyrektorowi zbilansowanie dochodów i kosztów Zakładu.
Anna nie potrafiła zrozumieć, dlaczego kierownictwo Urzędu Miejskiego tak złośliwie utrudnia dyrektorowi kierowanie Zakładem. Anna pomagała dyrektorowi. Jej osobowość i umiejętności stworzyły filar, na którym oparte były finanse firmy. Ta czterdziestotrzyletnia, ciemnowłosa o dużych, ładnych włosach kobieta, pełna delikatnego wdzięku tryskała energią. Miała wciąż nowe pomysły jak usprawnić pracę Zakładu. To doprawdy zadziwiające było, że w tak krótkim czasie zdobyła sobie powszechną sympatię pracowników. Nie było bodaj nikogo, kto mógłby zaprzeczyć zdaniu, że księgowa jest powszechnie lubiana. Dziwny to był przypadek, dlatego, że księgowi są raczej postrzegani, jako osoby oschłe. Anna pilnowała finansów firny żelazną ręką a mimo tego wszyscy uważali ją za bardzo ludzką i delikatną kobietę. Do tego trzeba mieć specjalny dar, a Anna go posiadała.
- Panie dyrektorze mam do pana prośbę – zagadnęła kiedyś tuż po przyjściu do pracy.
- Czy to prośba osobista?- zapytał dyrektor.
- Tak dyrektorze – odpowiedziała. Mamy sporo pieniędzy z funduszu socjalnego, można by, więc zapłacić za pełne koszty wycieczki bez obciążania pracowników częściową odpłatnością.
Czy pan odstąpi od zasady częściowej odpłatności za udział pracowników w wycieczce? Być może więcej osób skorzysta z szansy wyjazdu? – kontynuowała swój monolog Anna.
Dyrektor bez chwili wahania podjął decyzję.
- Pani Aniu, na pani sugestię wycieczka będzie dla pracowników bezpłatna.
Taka to była osobista prośba Anny, a wycieczka w Bieszczady zgromadziła komplet w zakładowym autobusie. Brakowało tylko Anny. Ona już wcześniej wiedziała, że nie pojedzie. W tym samym terminie miała ważną uroczystość rodzinną. Zaproszona była na ślub i wesele Sylwii, córki siostry Elżbiety. Nie było, więc z nami Anny na bieszczadzkich połoninach. Trochę szkoda, ale te dwa i pół roku z Anną to była jedna wielka wycieczka do świata innego lepszego Boga.

piątek, 17 czerwca 2011

Zbójnicka chata

a
Diabli nadali taką pogodę. Ciężkie, brunatne chmury zakryły Tatry. Nie było nic widać powyżej miejsca, gdzie zaczyna się rozbieg skoczni narciarskiej na zboczu Wielkiej Krokwi. Zakopane skryło się we wrześniowym, ulewnym deszczu. Wieczorem przestało trochę padać a wtedy z hotelu „Hyrny” stojącym u stop Krokwi zaczęli wychodzić uczestnicy seminarium dla dyrektorów zakładów gospodarki komunalnej. Przewodnik prowadził ich ku miejscu, gdzie w stylizowanej na góralski szałas restauracji czekała kolacja z niespodziankami. Woda chlupotała pod płytami betonowego chodnika, gdy szli obok siebie dyrektorzy z Gomunic i Kamieńska. Trzeba było jeszcze podejść pod górę po oślizłych stopniach. Było przeraźliwie zimno. Krople wody spadające z przemoczonych koron drzew wpadały im za kołnierze wywołując nieprzyjemne dreszcze. Drzwi do chaty były szczelnie zawarte. Przewodnik walił w nie mocno jakimś ciężkim przedmiotem. Po chwili nerwowego oczekiwania wierzeje otwarły się z trzaskiem i stanął w nich tęgi zbój z siekierą.
            -A wy tu, po co – zapytał groźnie.
            - Na biesiadę – odpowiedział przewodnik.
            - No to witajcie i wchodźcie – zawołał zbój.
Ledwie przekroczyli próg rozległ się jakiś piekielny rumor. To drugi zbój walił siekierą w jakieś żelastwo na powitanie a jeszcze inny pięknie uśmiechnięty zapraszał do zasiadania za stołami.  Stoły i ławy wykonano z bali sosnowych tak potężnych, że można by ich używać do taranowania bram. Na wielkim palenisku ułożonym z bazaltowych głazów płonął ogień. Pod sufitem na dziwacznym rusztowaniu wisiało sporo krawatów, biustonoszy i innych części damskiej garderoby. Stoły były ustawione wzdłuż ścian, za nimi ławy, na których siadali goście wystraszeni przez złośliwych zbójów owym, głośnym umotaniem. Po środku chaty niby polana w lesie ścieliła się spora, wolna przestrzeń, na której stał pień potężny, taki, co zazwyczaj juhasom do rąbania szczap drewnianych służy. Czterech obrotnych zbójców roznosiło w glinianych kubkach herbatę.
            - Pijcie zbójnicką herbatę – zachęcali.
            Przemarzniętych i mokrych gości nie trzeba było długo namawiać. Po kilku minutach błogie ciepło zaczynało krążyć w ich żyłach za sprawą szlachetnego ducha napoju, którego zbóje dolewali po 50 mililitrów na kubek. Późna pora kolacji i świetna herbata wzmagały apetyt gości, tym bardziej, że z kuchennego zaplecza dochodził wspaniały zapach pieczystego. Wtedy właśnie zbóje wnieśli na wielkich tacach baranie udźce. Nożami wielkimi jak maczety sprawnie kroili porcje. Do pokaźnych porcji mięsa dodano pieczone ziemniaki i warzywne surówki. W dwadzieścia minut zbóje obsłużyli sprawnie kilkudziesięciu gości a w izbie słychać było chrobot sztućców i cały zestaw odgłosów pośpiesznego jedzenia. A jedzenie było wspaniałe. Miękki, soczysty udziec z kruchymi, pieczonymi w całości ziemniakami mógł zaspokoić najwybredniejszych smakoszy.
            Kiedy zebrano już ze stołów naczynia i kości ci sami czterej zbójnicy, którzy pełnili niedawno rolę kelnerów wzięli się do góralskiego muzykowania. Towarzyszyły im trzy urodziwe, kolorowo ubrane góralki. Wypełniła izbę rzewna, góralska nuta a potem muzyka się wzmagała przechodząc w szybkiego zbójnickiego. Goście z przerażeniem spostrzegli, że po chacie przelatują lśniące ostrza siekier, niekiedy tuż obok nich. Zbójnicy tańczyli z wielkim wigorem. Wyrzucali i łapali w powietrzu swoje ciupagi. Goście oswoiwszy się latającym żelazem okazywali im entuzjastyczny podziw.
             Natenczas młody, przystojny zbój przerwał granie i w ciszy, która zaległa zawołał:
            - Czy jest na sali, choć jeden odważny mężczyzna?
Zgłosiło się trzech rozgrzanych zbójnicką herbatą. Tego, co zgłosił się pierwszy zbójnicy podprowadzili pod pień do rąbania drewna. Kazano mu uklęknąć i oprzeć o pień brodę a krawat zawiązany na szyi na pniu rozciągnąć.
             Zbój uniósł siekierę za własną głowę i błyskawicznie uderzył w pień, tuż przy głowie odważnego ochotnika. Goście wydali okrzyk przerażenia, lecz mężczyzna o własnych siłach staną na nogi zostawiając na pniu krótko obcięty krawat.                                                                                         Podczas tej mrożącej krew w żyłach zabawy dyrektor wszedł na zaplecze izby a gdy minął próg poczuł się tak, jakby z bacowskiego szałasu przeniósł się w świat nowoczesnej technologii. Za ścianą mieściła się błyszcząca chromem i szkłem wspaniale wyposażona kuchnia, spełniająca najwyższe wymogi sanitarne. Ot i cała tajemnica zbójnickiej chaty.
Nie koniec to jednak opowieści, bo goście zachęceni przez zbójów ruszyli do tańca. Zaczęła się świetna, spontaniczna zabawa. Niepostrzeżenie góralska nutę zastąpiły najnowsze światowe przeboje. Wśród tańczących najlepiej bawili się goście z Zachodniej Europy. Tańce trwałyby zapewne do białego rana, gdyby nie naczelny harnaś, który walnął z całej siły w owe żelastwo pozawieszane nad kominem dając znak, że goście dostali już swoją porcję wrażeń, za którą zapłacili i czas już kończyć imprezę.Uczestnicy tej świetnej zabawy opornie opuszczali zbójnicką chatę z żalem, że to już koniec bratania się z potomkami Janosika i Ondraszka. Najbardziej rozczarowane były dziewczyny, bo nie zostały do naga rozebrane jak obiecywali zbóje na początku spotkania. Wszyscy schodzili powoli po oślizłych kamieniach ku Krupówkom i dalej do hotelu pod Wielką Krokwią.
Nazajutrz na godzinę pokazało się słońce a Giewont spowity lekką mgiełką pozwolił się podziwiać ceprom
Wykładowcy z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej kończyli ostatnie wykłady. Kończyło się seminarium i zbójowanie. Dyrektorzy \zakładów komunalnych z Kamieńska i Gomunic szykowali się do powrotnej drogi. Wiedza, którą przekazali im czołowi polscy ekonomiści nie przydała im się niestety w macierzystych gminach. Nie byli w stanie przełamać niechęci do zmian i lęku samorządowych decydentów przed wprowadzeniem nowoczesnych form organizacyjnych.
Na odjezdnym Giewont znikł zalany deszczem. Może szkoda było tych kilkuset złotych na trzydniowy pobyt w ukrytym w deszczu kurorcie. Pozostało tylko wspomnienie o współczesnych zbójnikach potrafiących zarabiać pieniądze, jako nauka praktycznej ekonomii. 

piątek, 10 czerwca 2011

Czas zmagań


Zakład Gospodarki Komunalnej w Kamieńsku rozwijał się nadzwyczaj szybko. W ciągu jednego tylko roku sprzedaż usług podwoiła się. Pracowało już 37 pracowników a w sezonie letnim dochodziło ośmiu sezonowych kierowanych przez Urząd Pracy bezrobotnych. Dyrektor śmiało sięgał po wykonawstwo robót publicznych: inwestycji drogowych, wodociągowych i kanalizacyjnych. Szybki zwrot zainwestowanych pieniędzy łagodził trudności wynikające z braku kapitału zakładowego. Grupa transportowo-sprzętowa zdobywała nowe doświadczenia. Akordowy system wynagrodzeń motywował ludzi do szybkiego oddawania inwestorowi budowanych obiektów komunalnych. Napływały pieniądze. Znacząco wzrastały płace. Było, za co kupować środki produkcji i wyposażenie. Wprawdzie środki inwestycyjne powinny być nabywane za pieniądze z budżetu gminy, ale dyrektor nigdy na te środki nie liczył i nigdy ich też nie otrzymał. Zmieniały się czasy: Do gmin dotarła fala komputeryzacji. Wprowadzono podatek VAT a z nim kasy fiskalne. Zaniedbane pomieszczenia biurowe i socjalne wymagały gruntownej modernizacji. Trzeba było uczyć pracowników komputerowej techniki.
            Opozycja przeszkadzała, ale to normalne, gorzej, że w koalicji trudno było pozyskać zwolenników dla nowatorskich poczynań dyrektora. Nie sposób było przekonać do nich burmistrza przyzwyczajanego przez długie lata do zachowawczych sposobów gospodarowania, bez wychylania się poza standardy, bez planowania i tworzenia bardziej efektywnej przyszłości. Ze względu na brak dużych, prywatnych inicjatyw gospodarczych w gminie szansą ograniczenia dotkliwego bezrobocia był rozwój Zakładu Komunalnego.
            Dyrektor wykorzystując wszystkie rezerwy doprowadził do zatrudnienia czterdziestu pięciu osób, aby dalej rozwijać firmę należało odrzucić krępujący gorset zakładu budżetowego przez przekształcenie go w gminną spółkę. Dyrektor przekonywał załogę do tego projektu. W tajnym głosowaniu prawie wszyscy pracownicy poparli jego koncepcję dalszego rozwoju i wzrostu. Przeciwna byli radni opozycyjni, ale to można zrozumieć. Tamę dalszym poczynaniom postawił burmistrz. Po prostu się przestraszył. Ekspansja Zakładu nie była mu na rękę. Po wstępnym zapoznaniu Rady Miejskiej z opracowanym przez dyrektora projektem przekształceniowym, odłożył go do szuflady i zaniechał dalszych kroków w tej sprawie. W ten sposób została zmarnowana w Kamieńsku szansa na powstanie silnej firmy inżynieryjnej z zakresu infrastruktury komunalnej. A szkoda, bo istniał już zalążek takiej firmy w postaci pewnej ilości sprzętu i grupy wykwalifikowanych pracowników, którzy zdobywali doświadczenie w Warszawskim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Akces do prac zleconych zgłaszali też inżynierowie z Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Projekt dyrektora trafił jednak na mur niechęci ze strony burmistrza i innych zachowawczo myślących członków Zarządu Miasta. Burmistrz wolał się nie wychylać, akceptował tylko zadania proste, bez choćby odrobiny ryzyka, szczególnie te, które zwiększały jego szanse na utrzymanie stanowiska.
Szansa wielkiego wejścia na rynek komunalny została ostatecznie zaprzepaszczona. Pozostało, więc tworzyć firmę na mniejszą, gminną miarę, ale okazało się, że ten wysiłek także był daremny. Burmistrz nie widział własnej jednostki budżetowej nawet, jako wykonawcy gminnych robót publicznych, ale to nastąpiło później jak związał się mocno z radnym przedsiębiorcą.
Zanim tak się stało Zakład poddany został wielkiej przebudowie. Wypracowany zysk dyrektor natychmiast inwestował. Budynek biurowy był w fatalnym stanie. W czasie, kiedy polskie biura zaczęły się zbliżać do europejskich standardów nie sposób było przyjmować klientów w pomieszczeniach, gdzie czuć było stęchlizną a szyby wypadały z okien. Trzeba było natychmiast wymienić podłogi i okna a na ścianach pozakładać estetyczne wykładziny. Niemałe to były koszty, jeśli doliczyć dokończenie budowy garaży. Jeszcze więcej kosztowała nowoczesna technika biurowa. Komputery z oprogramowaniem, maszyny biurowe i meble.
W estetycznym urządzaniu wnętrz duży udział miała księgowa. Anka wprost sypała pomysłami, jak z rękawa.
- Dyrektorze, nie mogę patrzeć jak ci malarze męczą się przy ścianach sekretariatu. Myją, skrobią, kładą kolejne warstwy farby a tu ciągle plama na plamie – powiedziała.
- A jakie pani widzi rozwiązanie? – zapytał dyrektor.
- Położyć wykładzinę korkową a przy okazji wymienić okna, bo szyby niedługo polecą na dół jak ta u pana w pokoju – odpowiedziała Anka.
-Pani Aniu a jak zabraknie nam na wypłatę? – zapytał dyrektor.
- Niech pan się nie martwi. Wczoraj w domu obliczyłam, ze starczy nam na remont sekretariatu. Możemy jeszcze położyć na podłogę szwedzkie panele – odpowiedziała pełna wigoru księgowa.
-, Jeśli tak to jeszcze dzisiaj pojadę po materiały – zadecydował dyrektor.
Nie samym biurem jednak firma żyje. Doposażenia wymagał warsztat. Trzeba było też remontować wysłużony sprzęt. Zyski nie brały się z niczego. Dobre wyniki finansowe były pochodną, znacznie większego niż dotąd obciążenia samochodów i maszyn do robót ziemnych. Aby sprostać ambitnym zamierzeniom nie wystarczyło utrzymywanie posiadanych środków transportowych w dobrym stanie technicznym. Zakładowy transport opierał się głownie na ciągnikach rolniczych. A to był anachronizm z czasów PRL-u. Powolne drogie w eksploatacji traktory nie wytrzymywały konkurencji z szybko się rozwijającym prywatnym transportem samochodowym. Niezbędne, więc były zakupy samochodów. Zgodnie ze statutem gminy i regulaminem Zakładu zakupy te powinien sfinansować budżet gminy, ale o tym nie można było nawet marzyć. Musiał dyrektor szukać pieniędzy w zyskach wypracowanych przez Zakład. I tak koło się zamykało. Dyrektor sięgał, więc po kredyt bankowy i tutaj też musiał przełamywać wiele barier stworzonych przez nieżyciowe przepisy prawa budżetowego, szczególnie tam, gdzie gmina prowadziła własną działalność gospodarczą. Nie byłoby tych problemów, gdyby Zakład działał, jako jednoosobowa spółka gminy. Dzięki dobrym układom z bankowcami dyrektor załatwił jednak kredyt na kupno „kamaza”. Wyliczył, że spłaci pożyczkę z rocznych dochodów, jakie przyniesie eksploatacja tego samochodu. Zakup został dokonany a później na tych samych zasadach Zakład wszedł w posiadanie nowego „poloneza”.
Zakupy środków trwałych wzmacniały potencjał techniczny i wykonawczy Zakładu. Ułatwiały rytmiczne oddawanie do użytku kolejnych odcinków nawierzchni ulic i chodników. Akordowy system pracy kierowców i wynagradzanie zespołów za wykonanie kompletnych zadań przyniosły dużej liczbie pracowników znaczny wzrost zarobków. Nie wszyscy jednak cenili stworzone im możliwości. Widać było przejawy łamania dyscypliny pracy i przejawy szukania przez niektórych pracowników dodatkowych, nielegalnych dochodów. Ostrzegawcze uwagi dyrektora nie zawsze przynosiły efekty, bo pracowników tych bronił bezpośredni zwierzchnik ukrywając ich przewinienia a czasem prosił skutecznie dyrektora, żeby ich nie karał. Andrzej Kułak, /bo o nim mowa/ zachowywał się jak dobry kolega, albo związkowy działacz.
Dyrektor ostrzegał. – Andrzej wspomnisz może kiedyś moje słowa, jeśli ja nie będę już tu dyrektorem a ty nie będziesz kierownikiem. Wtedy wszyscy ci ludzie, których zakrywasz i bronisz przed odpowiedzialnością odwrócą się od ciebie a nawet wystąpią przeciw tobie. Trzy lata później okazało się, że były to słowa prorocze.                  

piątek, 3 czerwca 2011

Skarbnik


Skarbnik to ktoś, kto pilnuje skarbu. Wie o tym każde dziecko, lecz mało, kto wie, czym się zajmuje skarbnik samorządowy. Skarbnik ściąga do gminnej kasy pieniądze a następnie je wydaje. Nie on jednak decyduje, od kogo wziąć i komu wypłacić. O tym, komu i ile się należy decyduje szef gminy, ale nawet on w pojedynkę pieniędzy gminnych wydawać nie może. Musi mieć kontrasygnatę skarbnika. Tak, więc burmistrz ma władzę nad gminą kasę, ale tylko skarbnik ma do niej klucz. Ten klucz to podpis skarbnika. Bez podpisu skarbnika żadna złotówka gminnego sejfu opuścić nie może. Wynika z tego jak ważną jest skarbnik w gminie figurą.
            Jeśli burmistrz chciałby sobie sprawić nowe meble do gabinetu to skarbnik mogłaby zapłacić za te bajery tylko wtedy, kiedy sprawdzi, że pod odpowiednim paragrafem w budżecie gminy widnieje odpowiednia kwota na ten cel. Na stanowisko skarbnika powołuje się osobę z uprawnieniami głównego księgowego z solidną znajomością prawa budżetowego. Konkretnie powoływała go Rada Miejska na wniosek burmistrza. Tak, więc bez zgody szefa gminy nikt nie miał szans piastować to stanowiska i z jego inicjatywy mógł swój etat stracić.
            Stanowisko skarbnika jest nie tylko prestiżowe, ale też dobrze płatne, bowiem pilnuje kasy, żeby się do niej nie dobrali przeciwnicy burmistrza. Natomiast, kiedy burmistrz chce z niej zaczerpnąć nie całkiem zgodnie z przepisami to wtedy silna wola strażnika publicznego grosza jakby trochę słabnie.
             Tak właśnie było z panią Marią Szczepocką – skarbnikiem miasta Kamieńsk. Musiało tak być, bo skoro przychodziło jej wybierać między respektowaniem przepisów prawa a poleceniami zwierzchnika, przychylała się do woli szefa. Skutki takiego wyboru wyszły na jaw, kiedy do Urzędu Miejskiego w Kamieńsku zawitali komisarze Regionalnej Izby Obrachunkowej, co zaowocowało protokołem, który był naszpikowany przewinieniami skarbnika niczym wielkanocny placek rodzynkami. Podczas przeglądania tego protokołu można się dowiedzieć, że pani Szczepocka lekką ręką wypłacała pieniądze prywatnym wykonawcom gminnych inwestycji, mimo braku kompletnych dokumentów, które by świadczyły, że roboty zostały zakończone i prawidłowo wykonane. Pani skarbnik miała też trudności z pilnowaniem majątku gminy, bo nie przyszło jej do głowy, aby założyć rejestr środków trwałych.
             Reasumując, kontrolujący postawili służbom finansowym Urzędu Miejskiego kilkanaście poważnych zarzutów a na koniec wniosek o ukaranie winnych. Jak było do przewidzenia burmistrz Gaworski nikogo nie ukarał a panią Szczepocką nadal darzył pełnym zaufaniem. Dlaczego zignorował zalecenia? Wyglądało na to, że miał w tym jakiś własny interes. Nic, więc dziwnego, że następna kontrola dokonana przez komisarzy RIO z Łodzi potwierdziła, że publiczne pieniądze nadal ciekną z gminnej kasy jak z dziurawego garnka. Okazał się, że pani skarbnik była bardzo hojna dla pracowników płacąc im sto procent wynagrodzenia zamiast osiemdziesiąt jak zapisano w ustawie. Wyszło też na jaw, że Szczepocka zapłacił za robotę, która wcale nie została wykonana. Dotyczyło to wypłaty za rzekomą instalację wodomierzy, figurujących wyłącznie na fakturze z poświadczeniem nieprawdy.
              W oparciu o te przykłady mogłoby się wydawać, że pani Maria była osobą tak dobrotliwą, że nikomu nie umiałaby odmówić dostępu do gminnych pieniędzy gdyby na gwałt potrzebował gotówki. Płaciła przecież kiedyś także wydatki reklamowe prywatnych dzierżawców Gminnego Ośrodka Wypoczynkowego na Wrzoskach. Nic z tego, jeśli taka była wola burmistrza skarbnik Szczepocka mocno trzymała klucz od sejfu. Potrafiła nawet domagać się pieniędzy, które się Urzędowi Miasta nie należały. Tak było w latach 1994-98 kiedy odmawiała zapłacenia Zakładowi Gospodarki Komunalnej a nawet próbowała obciążyć Zakład kosztami, których zapomniała zaplanować w budżecie gminy. Ostatecznie się jej nie powiodły te manewry, ale co napsuła nerwów dyrektorowi, to napsuła.
            Z tej opowieści wynika jak ważnym trybem była pani Maria Szczepocka w tej machinie, która sama się nakręcała, smarowała i działała bezbłędnie aż do czasu, kiedy burmistrz Tadeusz Gaworski w licznej asyście swoich współpracowników usiadł na ławie oskarżonych w Sądzie Rejonowym w Radomsku.

piątek, 27 maja 2011

Kołyska


-Moja Cyganko, moja Cyganko, ty już nie jesteś moją kochanką – magnetofon wprost zrywał taśmę w lokalu klubu sportowego Świt na stadionie przy ulicy Sportowej. Rozbawieni w sali szkolnej na weselnym przyjęciu Agnieszki i Sylwka pracownicy Zakładu zamienili lokal szkolny na sportowy.
            Agnieszka już się szykowała do kościelnego obrzędu a śniła na jawie o tym jak z Sylwkiem pod rękę idą przed szpalerem koleżanek i kolegów z Zakładu do drzwi Urzędu Stanu Cywilnego. Przypomina sobie sympatię i ciekawość wypisaną na ich twarzach. Widzi za ozdobnym biurkiem błyszczący łańcuch na piersiach Anny Trajdos. Słyszy jak samorządowa urzędniczka wygłasza do nich wobec wszystkich obecnych, że są już związani prawem. Wieczorem ksiądz zwiąże ich sakramentem.
Korki opuszczają z hukiem szyjki butelek. Przeplatają się z życzeniami pocałunki. Agnieszka zaprasza na weselne przyjęcie. Autobus wiezie zaproszonych pod szkolny budynek. Czekają tam na nas zastawione stoły. Siada za stołem urokliwa Anka, księgowa. Obok Andrzej ze swymi kierowcami. Wśród nich pięknie się prezentuje Bożenka, ostatnia już panna w Zakładzie. Życzenia dla nowożeńców płyną nieustannie, toast goni toast. Nagle wódka robi się słodka i nie chce smakować. Słodzą ją państwo młodzi jak każe tradycja. Niestety czas opuszczać dom weselny, choć jest coraz milej. Trzeba, więc ucałować kucharki, podziękować i odejść.
              Zabawa jednak jeszcze się nie kończy. Zdzich Szczepański zaprasza wszystkich pod dach klubu Świt w celu przedłużenia dobrego nastroju. Gra magnetofon a wśród mężczyzn na trunki odbywa się składka. Tańczą prawie wszyscy a najładniej Bożenka. Podziwią ją głośno partner w tańcu. Niepostrzeżenie biegnie czas tego sobotniego, weselnego przedpołudnia i dalej przez dni i miesiące.
            Młoda mężatka ukończyła pomaturalną szkołę profesjonalnej obsługi komputera została jedynym w firmie specjalistą w tym zakresie. Imponowała starszym pracownikom nową, nieznaną im jakby tajemną wiedzą. Z palcami na klawiaturze, wpatrzona w ekran drobna blondynka panowała nad komputerem, symbolem nowoczesnej informatyki.
            Półtora roku później dobiegał czas jej macierzyństwa. Pod koniec listopada 1997 roku Agnieszka wzbogaciła się o małą Monikę, śliczną i zdrową córkę. Na tę wieść zakładowy stolarz włączał kolejne obrabiarki i kombinował coś z sosnowych desek. Wycinał jakieś łuki w drewnie, połączył wszystkie elementy klejem a potem bejcował na barwę mahoniu. Ciekawscy obserwatorzy domyślili się, że mistrz hebla wyczarowuje małą, urokliwą kołyskę. Grupa pracowników, przyjaciół młodej matki zawiozła ją do Koźniewic, jako symbol sympatii dla koleżanki. Tam Agnieszka z Sylwkiem podejmowali ich winem i kawą. Mała Monisia, niestety mogła pić tylko mleko matki. Szef firmy życzył małej w myślach, żeby miała tylu przyjaciół, co jej mama i żeby o niej pamiętali, kiedy dorośnie i urodzi swoje pierwsze dziecko.

sobota, 21 maja 2011

Smak wody


Lato 1995 roku było upalne i suche. W piątek 18 sierpnia dym pokrył torfowe łąki w okolicy Huty Porajskiej. Co było przyczyną pożaru? Być może ktoś podpalił wyschnięte osty, albo zwyczajnie rzucił niedopałek papierosa w wysuszone na pniu trawy. Gaszenie pożaru trwało dziesięć dni i pochłonęło dwanaście tysięcy metrów wody pitnej. W tych dniach uwidocznił się jak nigdy dotąd największy problem gminy, niedobory w zaopatrzeniu w wodę. Gmina Kamieńsk znajdowała się w tych latach w centrum leja depresyjnego bełchatowskiej kopalni i była praktycznie pozbawiona wszelkich powierzchniowych zbiorników wodnych a nawet wód gruntowych. Prawie całą potrzebną do życia wodę wydobywano z głębinowych ujęć w Kamieńsku i Napoleonowie. To ostatnie ujęcie nosiło oficjalnie nazwę Włodzimierz. Wodę z tych ujęć rozprowadzano sieciom rur wodociągowych o długości ponad sto kilometrów zbudowaną na koszt kopalni w ramach odszkodowań górniczych.
               W latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku lej depresyjny wokół kopalni węgla brunatnego szybko się powiększał. Potężne pompy odwadniające złoże węgla ściągały wodę także z pól i łąk. Wkrótce zniknęła też woda w studniach. Ciągniki z cysternami dowoziły ten życiodajny płyn do gospodarstw w okolicznych wsiach. Jednocześnie specjalistyczne firmy przystąpiły do odwiertów ujęć głębinowych i do budowy sieci wodociągowej. Rolnicy nie bez racji uważali, że kopalnia powinna nie tylko wybudować odpowiednią infrastrukturę, ale też ponosić koszty jej utrzymania. W tamtych czasach władza nie miała zwyczaju zasięgania opinii mieszkańców przy ustalaniu lokalizacji centralnych inwestycji. Sprawy te były regulowane poufnymi uchwałami Rady Ministrów. W dodatku uważano, że prawo górnicze ma charakter nadrzędny do innych przepisów regulujących zagadnienia z zakresu prawa cywilnego. W sprawie zwolnienia rolników z opłat za dostarczanie wody władza stawiała twardy opór. Nie udało się załatwić pozytywnie tego problemu nawet podczas rozmów Komitetu protestacyjnego z Komisją Rządowa, które odbywało się pod moim przewodnictwem w Kamieńsku 29 października 1981 roku.
  Po zniesieniu w Polsce stanu wojennego działacze Kółek Rolniczych, parlamentarzyści ZSL-u a później PSL-u wznawiali starania w tej sprawie. Zaowocowało to uchwaleniem przez Sejm nowego prawa górniczego, które zapewnia poszkodowanym z powodu prowadzenia robót górniczych znacznie większy zakres naprawy wyrządzonych szkód. Niestety ze względu brak środków na rekompensaty za wyrządzone w przeszłości szkody zastosowano tu zasadę, że prawo wstecz nie działa. Tym samym ciężar utrzymania wodociągów na terenach górniczych po rozwiązaniu Wojewódzkiego Zarządu Usług Wodnych i likwidacji bazy w Polichnie spadł na barki samorządu i samych mieszkańców.
W Kamieńsku przy ulicy Kościuszki zlokalizowano dwa odwierty sięgające warstw skalnych górnej kredy do głębokości 100 metrów. W studniach umieszczono pompy głębinowe o mocy 36 kilowatów. Pompy te podają wodę do zbiorników o pojemności 400 metrów sześciennych. Stamtąd woda tłoczona jest do sieci przez cztery pompy. Maksymalny, dobowy rozbiór wody z tego ujęcia, określony w zezwoleniu wodno-prawnym wynosił 1700 metrów sześciennych. Ujęcie wyposażone było w dwustronne zasilanie energetyczne, co zapewniało stabilność dostaw wody. Gorzej wyposażone było ujęcie w Napoleonowie. Brakowało tam dwustronnego zasilania. Tamtejsze odwierty sięgały utworów czwartorzędowych. Dwie studnie wyposażono w pompy głębinowe o mocy 26 i 45 kilowatów. Pompy te podawały wodę bezpośrednio do sieci. Jednostopniowy system wydobywania wody je bardzo energochłonny i drogi w eksploatacji. Woda z tych ujęć miała zasilać sieć tylko podczas największego rozbioru. Tak jednak nie było. Ujęcie Włodzimierz pracowało non stop zaopatrując w wodę trzecią część obszaru gminy. Przez dwadzieścia lat nikt nie podjął się modernizacji tej hydroforni, żeby przystosować ją do nowych zadań i wymogów a przecież każda większa awaria sieci średniego zasilania automatycznie mogła pozbawić 6 tysięcy mieszkańców wody pitnej, bo władze gminy nie posiadały żadnego, zastępczego agregatu prądotwórczego z zapasem paliwa. Podczas budowy sieci wodociągowej montaż wodomierzy uznano za zbędny luksus. Należność za pobraną wodę naliczano przy pomocy rachunkowych norm zużycia wody. Nie miało to nic wspólnego z racjonalnym zużyciem wody i prawidłowym naliczaniem należności. Co więcej taka sytuacja była główną przyczyną niesłychanego marnotrawstwa z takim trudem i kosztem wydobytej z głębi ziemi wody.
 Zakład Gospodarki Komunalnej powołany do życia w 1994 roku przyjął na siebie obowiązki zaopatrzenia mieszkańców gminy w wodę. Dyrektor Zakładu chciał przejąć również sprzedaż wody i ściąganie należności. Burmistrz Gaworski był jednak innego zdania pozostawiając sprzedaż w gestii Urzędu Miejskiego. Zakład za techniczno-eksploatacyjną obsługę systemu zaopatrzenia gminy w wodę otrzymywał z budżetu pewną kwotę na płace dla 5 pracowników powiększoną o dopłatę na koszty ogólne. Nie było więć w tym układzie powiązanych relacji między dochodami ze sprzedaży a kosztami utrzymania dostaw wody. Dochodziło też do sporów o wysokość wynagrodzeń dla pracowników sekcji wodociągowej, które burmistrz utrzymywał na beznadziejnie niskim poziomie, nieadekwatnym do ich kwalifikacji i wysiłku.
Burmistrz uporczywie utrzymywał ten chory system z dwojakich powodów. Po pierwsze z niewiedzy o rachunkowości, po wtóre własnej wygody, po trzecie z osobistych korzyści. Mógł ingerować w wysokość wynagrodzeń w Zakładzie pomniejszając w ten sposób kompetencje dyrektora bez brania na siebie odpowiedzialności za wyniki finansowe. Należności za wodę naliczała niekompetentna pracownica, która później została radną powiatową. Na tej działce urzędniczej panował totalny bałagan. Około 30 % zarejestrowanych odbiorców wcale nie płaciło za wodę a kilkudziesięciu nie figurowało nawet w rejestrze, wśród nich Policja, Dom Handlowy i Państwowe Gospodarstwo Rolne Pytowice. Burmistrz według własnego widzimisię umarzał wybranym, sprytnym osobom zobowiązania z tytułu opłaty za pobraną wodę zyskując w ten sposób sobie cichą wdzięczność części elektoratu.
Niedobór środków finansowych na utrzymanie wodociągów był pokrywany z budżetu gminy, czyli z pieniędzy podatnika. W ten sposób jedni płacili za wodę dwa razy, inni nie płacili wcale. Po pewnym czasie pan Gaworski doprowadził to totalnego bałaganu. Wpłaty od odbiorców wody wciąż malały z zużycie wody nieustannie rosło. Nie mógł sobie poradzić, więc, z ciężkim sercem przekazał ten cały bałagan do Zakładu. Uczynił to przed samym końcem 1996 roku stawiając Zakład w trudnej sytuacji gdyż pozostało tylko kilkadziesiąt dni na uzupełnienie rejestru, naliczenie rzeczywistego zużycia dla poszczególnych odbiorców i wdrożenie nowoczesnego, komputerowego systemu rozliczeń.
W grudniu dyrektor Zakładu zawarł z Zarządem Miasta stosowne porozumienie, przygotował wzory umów i ankiet. Kilkunastu pracowników wyszło w teren do odbiorców wody. Zanim Rada Miejska zdołała uchwalić ceny na wodę prawie dwa tysiące podpisanych umów leżało już w biurowych szafach.
Do komputerów wprowadzono jeden z pierwszych w Polsce inkasencki program naliczania należności za wodę i ścieki. Ujawniono darmowy dotychczas pobór wody w wysokości 50 000 metrów sześciennych rocznie. Z 27 do 40 procent wrósł udział wody sprzedanej do wydobytej. Pracownicy Zakładu włożyli dużo wysiłku, by zdążyć na czas, ale mieli też satysfakcję z odniesionego sukcesu. Po raz pierwszy w gminie Kamieńsk zostały zbilansowane koszty i dochody utrzymania wodociągów. Zaoszczędzone pieniądze z budżetu można było przeznaczyć na modernizację sieci wodociągowej. W ciągu czterech lat ilość wodomierzy powiększyła się z 50 do 500 sztuk Zahamowane zostało wołające o pomstę do nieba marnotrawstwo tak dużym kosztem pozyskiwanej pitnej wody.
Nie brakowało przeszkód, kłód rzucanych dyrektorowi pod nogi w nadziei, że mu się nie uda zaprowadzić porządku. Burzyły spokojną pracę Zakładu demagogiczne wypowiedzi niekompetentnych a złośliwych radnych. Celował w tych de konstrukcyjnych działaniach Marek Ludwiczak, który głosił publicznie, że 90 % hydrantów przeciwpożarowych w gminie jest niesprawnych. Dyrektor twierdził, że jest odwrotnie. Powołano specjalną komisję, która przez wiele dni badała sprawność tych urządzeń. Okazało się, że rację miał dyrektor. Przemądrzały radny zamilkł. Nie stać go było jednak na przeprosiny.
Gorsze jednak skutki przyniosło niedbalstwo burmistrza. Na ujęciu wody w Kamieńsku uległa poważnej awarii wysłużona już pompa głębinowa. Trzeba było natychmiast zakupić nową. Burmistrz Gaworski zwlekał jednak z miesiąca na miesiąc z zakupem mimo ustnych i pisemnych nalegań dyrektora Zakładu. Do czasu aż latem wysiadła druga pompa i Kamieńsk obudził się bez wody. Przez dwa do czasu demontażu zepsutej i zainstalowania nowej pompy dowożono wodę do domów strażackim samochodem.
Z końcem 1997 roku dyrektor wystąpił do Zarządu Miasta z wnioskiem o niewielką podwyżkę cen wody, która miała zrekompensować Zakładowi wzrost cen energii elektrycznej. Burmistrz wspierany przez swoich przybocznych radnych zablokował podwyżkę i nie dopuścił pod głosowanie w Radzie Miejskiej, odrzucając szczegółowe analizy przygotowane przez dyrektora jednoznacznie wskazujące na nieuchronność wystąpienia straty w bilansie rocznym Zakładu, jeśli jego wniosek nie zostanie uwzględniony. Burmistrz wiedział, co robi. Jego celem było osłabienie pozycji dyrektora przez uderzenie w finanse Zakładu.  W imię własnych, niezbyt czystych interesów nie zawahał się działać przeciw i na szkodę Zakładu Gospodarki Komunalnej, własnej, gminnej jednostki budżetowej.
W 1999 roku Zakładem kierowało kolejno trzech nowych dyrektorów.  Żaden z nich nie zdołał zwiększyć dochodów ze sprzedaży wody. Trzeba było ratować firmę dotacją z budżetu gminy. Radni, którzy uprzednio nie chcieli zaakceptować nieznacznej podwyżki podnieśli ceny wody od 45 do 70 % a cenę odbioru ścieków o 140 % Nawet po tych drastycznych podwyżkach źle kierowany przez nowych, spolegliwych wobec burmistrza zarządców nie zdołał zachować samowystarczalności finansowej, jaką miał od początku swego istnienia przez kilka kolejnych lat.                                                                                                            Dzikie eksperymenty z dobrze pracującą gminną firmą prowadzone przez radnych: Bogdana Pawłowskiego. Andrzeja Pawelca a szczególnie Marka Ludwiczaka zakończyły się fiaskiem. Niestety ani burmistrz ani wspierający go radni nie potrafili przyznać się do błędu, lecz, żeby ukryć swoją ignorancję i ratować podniszczony przez siebie Zakład zaczęli mu przekazywać pieniądze z budżetu na podstawie sfałszowanych dokumentów. Ktoś powiadomił o tym prokuratora. 

piątek, 13 maja 2011

Bieszczady


Już ognisko zdobiło ciemność warkoczem iskier. Wesoło się bawiła grupa przy ognisku. Ona była gwiazdą tego wieczoru, samoistnego spektaklu, w którym wszyscy byli aktorami i widzami jednocześnie.
               -Danusia, Danusia – skandowała widownia po jej brawurowym wykonaniu jakiejś fikuśnej piosenki
Na co dzień w biurze ważąca słowa a nawet skryta tu kipiała energią, rzucała pomysłami, czarowała uśmiechem. Wyglądało na to, że urodziła się do roli wodzirejki. W naturalny, niewymuszony sposób prowokowała do wspólnej zabawy. Doskonale przy tym bawiła się sama a inni próbowali jej dorównać, Pani Ewa z właściwą sobie dokładnością rozdzielała trunki. Towarzyszył jej Stanisław z wielkimi butlami płynów kojących podrażnione alkoholem gardła.
                 Zapach gór mieszał się z wonią palonego drewna i pieczonej nad ogniem kiełbasy. Wzrastał we krwi poziom adrenaliny. Cała grupa śpiewała między przerwami na toasty. Kto nie pił i śpiewał na górskiej łące ten nie zaczerpnął życia pełnym haustem. Kto nie bawił się w wesołej, przyjaznej gromadzie nie będzie mógł wracać do wspomnień naznaczonych tęsknotą. Zaangażowanie wykonawców piosenek wzmagało się w miarę wyczerpywania zapasów pani Ewy. Śpiewano solo. Dla obdarzonych wokalnie solowy występ był przyjemnością, dla pozostałych aktem odwagi. Dla podniesienia stopnia wesołości dyrektor ogłosił konkurs. Czy ktoś chciał, czy nie chciał musiał śpiewać, więc rozgorzała bitwa na głosy. Zwycięzcy konkursu otrzymywali specjalne premie. Wśród ruchliwej, rozśpiewanej gromady wyróżniała się młoda para. Agnieszka i Sylwek stali przy ognisku zajęci wyłącznie sobą, jakby znajdowali się na jakiejś samotnej wyspie.
                 -, Dlaczego ty ją tak trzymasz przy sobie? – zapytał dyrektor.
                 - Bo ja ją bardzo kocham – odpowiedział Sylwek. 
                 - Ona na pewno jest tego warta- potwierdził dyrektor.
Dorzucono drew do ognia. Znów przeszyły ciemność iskry. Kilku odważnych skakało nad płomieniami. Andrzej dawał pokaz tańca disco z grubym kijem imitującym gitarę. Kilku zapaleńców po wodzą Jurka przeczesywało palcami pobliskie kartoflisko poszukując ziemniaków do pieczenia. Jak zabawa, to zabawa, Pani Ewa dzieliła resztki napitków przy zwolna dogasającym ognisku. Razem z ogniem dogasał drugi dzień wycieczki. Resztki dymu cienką strużką wznosiły się prosto ku niebu, zwiastując kolejny pogodny dzień. Wyraziste gwiazdy mrugały tajemniczo z czarnej otchłani nieba.                                                                                                Wczorajszy ranek nie zapowiadał pomyślnej aury. Nie było dobrej atmosfery w wycieczkowym autobusie. Jakże mogłoby być inaczej skoro od dwóch tygodni lało jak z cebra. Niespodziewanie koło Krakowa wyjrzało słoneczko. To się nazywa uśmiech losu. Wyjazd w jesienne Bieszczady bez słonecznej pogody nie miałby sensu.
              O piętnastej był obiad w Sanoku a potem strome podjazdy, serpentyny, aż do słynnej tamy w Solinie. Przed kolacją starczyło jeszcze czasu na grupowy spacer po koronie słynnej zapory, żelbetowej plomby wciśniętej pomiędzy dwa wzgórza, która piętrzy wody Sanu do wysokości osiemdziesięciu metrów powyżej koryta rzeki i tworzy Jezioro Solińskie, jakże niepodobne do nizinnych zbiorników wodnych ze względu na kształt ośmiornicy z rozrzuconymi między wzgórza mackami.
              Wiatr skrył się, gdzieś w tych krętych zakolach. W dostojnej ciszy wycieczkowy stateczek majestatycznie sunął po gładkiej toni ku zachodzącemu za wzgórzem słońcu. Las stał cichy i strojny w bogactwo wszystkich kolorów bieszczadzkiej jesieni. Wielobarwny krajobraz przypominał teatralną scenografię a może jakiś nierealny hologram. Nie było rozmów na pokładzie łajby. Pasażerowie w milczeniu chłonęli ten jakby trochę nierealny pejzaż, wschłuchując się w warkot silnika pluskanie wody mieszanej śrubą wody.
              Bieszczady są jednym z najdzikszych miejsce współczesnej Europy. Kraina niedostępna, rzadko zaludniona, ze śladami osadnictwa wyniszczonego podczas pod czas krwawych, pełnych okrucieństwa polsko-ukraińskich zmagań. Nie zawsze tak było. Za Franciszka Józefa bieszczadzkie doliny były ojczyzną Łemków, Bojków i Hucułów. Pozostały po nich nieliczne ślady kultury materialnej w sanockim skansenie. W dwustuletniej chacie Rusinów wszystko mieści się pod jedną słomianą strzechą. Wybudowana z myślą o przeżyciu długiej, surowej zimy ma magazynek na pasze, pomieszczenia dla zwierząt i komorę na żywność. W jednej, dużej izbie, niskiej z maleńkimi okienkami toczyło się codzienne życie. Skupiało się wokół pieca, gdzie był wypiekany chleb a w żelaznym czerepie nad paleniskiem gotowano strawę. Dym uchodził swobodnie przez szpary w powale, albo kłębił się po izbie dusząc i gryząc w oczy. W dużej skrzyni pod ścianą przechowywano odzież uszytą z płótna utkanego na prymitywnych krosnach. W jedynym łóżku gospodarz z gospodynią płodzili dzieci. Noworodek przez rok miał miejsce w zawieszonej pod powałą kołysce. Urodzenie kolejnego dziecka oznaczało dla poprzednika wyrzucenie na gliniana podłogę, gdzie bawił się ze starszym rodzeństwem. Natura na oczach rodziców dokonywała selekcji naturalnej. Śmierć bezlitośnie zbierała swoje żniwo. Słabsze potomstwo nie miało szans.
              Surową zimą, gdy zaległy ogromne śniegi a wilki wyły za węgłem, chata była jednak ostoją bezpieczeństwa a zgromadzone latem zbiory gwarantowały rodzinie przeżycie do wiosny, kiedy natura znów stawała się przyjazna człowiekowi. Tyle mówi wyobraźnia wspomagana przez z pietyzmem utrzymane, muzealne już dziś budowle i eksponaty, które jeszcze sto lat temu stanowiły bazę istnienia dziesiątek tysięcy potomków koczowniczych pasterzy. Przybyli tu z nizin Siedmiogrodu w poszukiwaniu obfitych pastwisk dla swoich stad. Pozostały po nich tylko nieliczne budowle w sanockim skansenie i zanikające ślady siedlisk w porastających szarą olchą dolinach.