Łączna liczba wyświetleń

piątek, 17 czerwca 2011

Zbójnicka chata

a
Diabli nadali taką pogodę. Ciężkie, brunatne chmury zakryły Tatry. Nie było nic widać powyżej miejsca, gdzie zaczyna się rozbieg skoczni narciarskiej na zboczu Wielkiej Krokwi. Zakopane skryło się we wrześniowym, ulewnym deszczu. Wieczorem przestało trochę padać a wtedy z hotelu „Hyrny” stojącym u stop Krokwi zaczęli wychodzić uczestnicy seminarium dla dyrektorów zakładów gospodarki komunalnej. Przewodnik prowadził ich ku miejscu, gdzie w stylizowanej na góralski szałas restauracji czekała kolacja z niespodziankami. Woda chlupotała pod płytami betonowego chodnika, gdy szli obok siebie dyrektorzy z Gomunic i Kamieńska. Trzeba było jeszcze podejść pod górę po oślizłych stopniach. Było przeraźliwie zimno. Krople wody spadające z przemoczonych koron drzew wpadały im za kołnierze wywołując nieprzyjemne dreszcze. Drzwi do chaty były szczelnie zawarte. Przewodnik walił w nie mocno jakimś ciężkim przedmiotem. Po chwili nerwowego oczekiwania wierzeje otwarły się z trzaskiem i stanął w nich tęgi zbój z siekierą.
            -A wy tu, po co – zapytał groźnie.
            - Na biesiadę – odpowiedział przewodnik.
            - No to witajcie i wchodźcie – zawołał zbój.
Ledwie przekroczyli próg rozległ się jakiś piekielny rumor. To drugi zbój walił siekierą w jakieś żelastwo na powitanie a jeszcze inny pięknie uśmiechnięty zapraszał do zasiadania za stołami.  Stoły i ławy wykonano z bali sosnowych tak potężnych, że można by ich używać do taranowania bram. Na wielkim palenisku ułożonym z bazaltowych głazów płonął ogień. Pod sufitem na dziwacznym rusztowaniu wisiało sporo krawatów, biustonoszy i innych części damskiej garderoby. Stoły były ustawione wzdłuż ścian, za nimi ławy, na których siadali goście wystraszeni przez złośliwych zbójów owym, głośnym umotaniem. Po środku chaty niby polana w lesie ścieliła się spora, wolna przestrzeń, na której stał pień potężny, taki, co zazwyczaj juhasom do rąbania szczap drewnianych służy. Czterech obrotnych zbójców roznosiło w glinianych kubkach herbatę.
            - Pijcie zbójnicką herbatę – zachęcali.
            Przemarzniętych i mokrych gości nie trzeba było długo namawiać. Po kilku minutach błogie ciepło zaczynało krążyć w ich żyłach za sprawą szlachetnego ducha napoju, którego zbóje dolewali po 50 mililitrów na kubek. Późna pora kolacji i świetna herbata wzmagały apetyt gości, tym bardziej, że z kuchennego zaplecza dochodził wspaniały zapach pieczystego. Wtedy właśnie zbóje wnieśli na wielkich tacach baranie udźce. Nożami wielkimi jak maczety sprawnie kroili porcje. Do pokaźnych porcji mięsa dodano pieczone ziemniaki i warzywne surówki. W dwadzieścia minut zbóje obsłużyli sprawnie kilkudziesięciu gości a w izbie słychać było chrobot sztućców i cały zestaw odgłosów pośpiesznego jedzenia. A jedzenie było wspaniałe. Miękki, soczysty udziec z kruchymi, pieczonymi w całości ziemniakami mógł zaspokoić najwybredniejszych smakoszy.
            Kiedy zebrano już ze stołów naczynia i kości ci sami czterej zbójnicy, którzy pełnili niedawno rolę kelnerów wzięli się do góralskiego muzykowania. Towarzyszyły im trzy urodziwe, kolorowo ubrane góralki. Wypełniła izbę rzewna, góralska nuta a potem muzyka się wzmagała przechodząc w szybkiego zbójnickiego. Goście z przerażeniem spostrzegli, że po chacie przelatują lśniące ostrza siekier, niekiedy tuż obok nich. Zbójnicy tańczyli z wielkim wigorem. Wyrzucali i łapali w powietrzu swoje ciupagi. Goście oswoiwszy się latającym żelazem okazywali im entuzjastyczny podziw.
             Natenczas młody, przystojny zbój przerwał granie i w ciszy, która zaległa zawołał:
            - Czy jest na sali, choć jeden odważny mężczyzna?
Zgłosiło się trzech rozgrzanych zbójnicką herbatą. Tego, co zgłosił się pierwszy zbójnicy podprowadzili pod pień do rąbania drewna. Kazano mu uklęknąć i oprzeć o pień brodę a krawat zawiązany na szyi na pniu rozciągnąć.
             Zbój uniósł siekierę za własną głowę i błyskawicznie uderzył w pień, tuż przy głowie odważnego ochotnika. Goście wydali okrzyk przerażenia, lecz mężczyzna o własnych siłach staną na nogi zostawiając na pniu krótko obcięty krawat.                                                                                         Podczas tej mrożącej krew w żyłach zabawy dyrektor wszedł na zaplecze izby a gdy minął próg poczuł się tak, jakby z bacowskiego szałasu przeniósł się w świat nowoczesnej technologii. Za ścianą mieściła się błyszcząca chromem i szkłem wspaniale wyposażona kuchnia, spełniająca najwyższe wymogi sanitarne. Ot i cała tajemnica zbójnickiej chaty.
Nie koniec to jednak opowieści, bo goście zachęceni przez zbójów ruszyli do tańca. Zaczęła się świetna, spontaniczna zabawa. Niepostrzeżenie góralska nutę zastąpiły najnowsze światowe przeboje. Wśród tańczących najlepiej bawili się goście z Zachodniej Europy. Tańce trwałyby zapewne do białego rana, gdyby nie naczelny harnaś, który walnął z całej siły w owe żelastwo pozawieszane nad kominem dając znak, że goście dostali już swoją porcję wrażeń, za którą zapłacili i czas już kończyć imprezę.Uczestnicy tej świetnej zabawy opornie opuszczali zbójnicką chatę z żalem, że to już koniec bratania się z potomkami Janosika i Ondraszka. Najbardziej rozczarowane były dziewczyny, bo nie zostały do naga rozebrane jak obiecywali zbóje na początku spotkania. Wszyscy schodzili powoli po oślizłych kamieniach ku Krupówkom i dalej do hotelu pod Wielką Krokwią.
Nazajutrz na godzinę pokazało się słońce a Giewont spowity lekką mgiełką pozwolił się podziwiać ceprom
Wykładowcy z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej kończyli ostatnie wykłady. Kończyło się seminarium i zbójowanie. Dyrektorzy \zakładów komunalnych z Kamieńska i Gomunic szykowali się do powrotnej drogi. Wiedza, którą przekazali im czołowi polscy ekonomiści nie przydała im się niestety w macierzystych gminach. Nie byli w stanie przełamać niechęci do zmian i lęku samorządowych decydentów przed wprowadzeniem nowoczesnych form organizacyjnych.
Na odjezdnym Giewont znikł zalany deszczem. Może szkoda było tych kilkuset złotych na trzydniowy pobyt w ukrytym w deszczu kurorcie. Pozostało tylko wspomnienie o współczesnych zbójnikach potrafiących zarabiać pieniądze, jako nauka praktycznej ekonomii. 

piątek, 10 czerwca 2011

Czas zmagań


Zakład Gospodarki Komunalnej w Kamieńsku rozwijał się nadzwyczaj szybko. W ciągu jednego tylko roku sprzedaż usług podwoiła się. Pracowało już 37 pracowników a w sezonie letnim dochodziło ośmiu sezonowych kierowanych przez Urząd Pracy bezrobotnych. Dyrektor śmiało sięgał po wykonawstwo robót publicznych: inwestycji drogowych, wodociągowych i kanalizacyjnych. Szybki zwrot zainwestowanych pieniędzy łagodził trudności wynikające z braku kapitału zakładowego. Grupa transportowo-sprzętowa zdobywała nowe doświadczenia. Akordowy system wynagrodzeń motywował ludzi do szybkiego oddawania inwestorowi budowanych obiektów komunalnych. Napływały pieniądze. Znacząco wzrastały płace. Było, za co kupować środki produkcji i wyposażenie. Wprawdzie środki inwestycyjne powinny być nabywane za pieniądze z budżetu gminy, ale dyrektor nigdy na te środki nie liczył i nigdy ich też nie otrzymał. Zmieniały się czasy: Do gmin dotarła fala komputeryzacji. Wprowadzono podatek VAT a z nim kasy fiskalne. Zaniedbane pomieszczenia biurowe i socjalne wymagały gruntownej modernizacji. Trzeba było uczyć pracowników komputerowej techniki.
            Opozycja przeszkadzała, ale to normalne, gorzej, że w koalicji trudno było pozyskać zwolenników dla nowatorskich poczynań dyrektora. Nie sposób było przekonać do nich burmistrza przyzwyczajanego przez długie lata do zachowawczych sposobów gospodarowania, bez wychylania się poza standardy, bez planowania i tworzenia bardziej efektywnej przyszłości. Ze względu na brak dużych, prywatnych inicjatyw gospodarczych w gminie szansą ograniczenia dotkliwego bezrobocia był rozwój Zakładu Komunalnego.
            Dyrektor wykorzystując wszystkie rezerwy doprowadził do zatrudnienia czterdziestu pięciu osób, aby dalej rozwijać firmę należało odrzucić krępujący gorset zakładu budżetowego przez przekształcenie go w gminną spółkę. Dyrektor przekonywał załogę do tego projektu. W tajnym głosowaniu prawie wszyscy pracownicy poparli jego koncepcję dalszego rozwoju i wzrostu. Przeciwna byli radni opozycyjni, ale to można zrozumieć. Tamę dalszym poczynaniom postawił burmistrz. Po prostu się przestraszył. Ekspansja Zakładu nie była mu na rękę. Po wstępnym zapoznaniu Rady Miejskiej z opracowanym przez dyrektora projektem przekształceniowym, odłożył go do szuflady i zaniechał dalszych kroków w tej sprawie. W ten sposób została zmarnowana w Kamieńsku szansa na powstanie silnej firmy inżynieryjnej z zakresu infrastruktury komunalnej. A szkoda, bo istniał już zalążek takiej firmy w postaci pewnej ilości sprzętu i grupy wykwalifikowanych pracowników, którzy zdobywali doświadczenie w Warszawskim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Akces do prac zleconych zgłaszali też inżynierowie z Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Projekt dyrektora trafił jednak na mur niechęci ze strony burmistrza i innych zachowawczo myślących członków Zarządu Miasta. Burmistrz wolał się nie wychylać, akceptował tylko zadania proste, bez choćby odrobiny ryzyka, szczególnie te, które zwiększały jego szanse na utrzymanie stanowiska.
Szansa wielkiego wejścia na rynek komunalny została ostatecznie zaprzepaszczona. Pozostało, więc tworzyć firmę na mniejszą, gminną miarę, ale okazało się, że ten wysiłek także był daremny. Burmistrz nie widział własnej jednostki budżetowej nawet, jako wykonawcy gminnych robót publicznych, ale to nastąpiło później jak związał się mocno z radnym przedsiębiorcą.
Zanim tak się stało Zakład poddany został wielkiej przebudowie. Wypracowany zysk dyrektor natychmiast inwestował. Budynek biurowy był w fatalnym stanie. W czasie, kiedy polskie biura zaczęły się zbliżać do europejskich standardów nie sposób było przyjmować klientów w pomieszczeniach, gdzie czuć było stęchlizną a szyby wypadały z okien. Trzeba było natychmiast wymienić podłogi i okna a na ścianach pozakładać estetyczne wykładziny. Niemałe to były koszty, jeśli doliczyć dokończenie budowy garaży. Jeszcze więcej kosztowała nowoczesna technika biurowa. Komputery z oprogramowaniem, maszyny biurowe i meble.
W estetycznym urządzaniu wnętrz duży udział miała księgowa. Anka wprost sypała pomysłami, jak z rękawa.
- Dyrektorze, nie mogę patrzeć jak ci malarze męczą się przy ścianach sekretariatu. Myją, skrobią, kładą kolejne warstwy farby a tu ciągle plama na plamie – powiedziała.
- A jakie pani widzi rozwiązanie? – zapytał dyrektor.
- Położyć wykładzinę korkową a przy okazji wymienić okna, bo szyby niedługo polecą na dół jak ta u pana w pokoju – odpowiedziała Anka.
-Pani Aniu a jak zabraknie nam na wypłatę? – zapytał dyrektor.
- Niech pan się nie martwi. Wczoraj w domu obliczyłam, ze starczy nam na remont sekretariatu. Możemy jeszcze położyć na podłogę szwedzkie panele – odpowiedziała pełna wigoru księgowa.
-, Jeśli tak to jeszcze dzisiaj pojadę po materiały – zadecydował dyrektor.
Nie samym biurem jednak firma żyje. Doposażenia wymagał warsztat. Trzeba było też remontować wysłużony sprzęt. Zyski nie brały się z niczego. Dobre wyniki finansowe były pochodną, znacznie większego niż dotąd obciążenia samochodów i maszyn do robót ziemnych. Aby sprostać ambitnym zamierzeniom nie wystarczyło utrzymywanie posiadanych środków transportowych w dobrym stanie technicznym. Zakładowy transport opierał się głownie na ciągnikach rolniczych. A to był anachronizm z czasów PRL-u. Powolne drogie w eksploatacji traktory nie wytrzymywały konkurencji z szybko się rozwijającym prywatnym transportem samochodowym. Niezbędne, więc były zakupy samochodów. Zgodnie ze statutem gminy i regulaminem Zakładu zakupy te powinien sfinansować budżet gminy, ale o tym nie można było nawet marzyć. Musiał dyrektor szukać pieniędzy w zyskach wypracowanych przez Zakład. I tak koło się zamykało. Dyrektor sięgał, więc po kredyt bankowy i tutaj też musiał przełamywać wiele barier stworzonych przez nieżyciowe przepisy prawa budżetowego, szczególnie tam, gdzie gmina prowadziła własną działalność gospodarczą. Nie byłoby tych problemów, gdyby Zakład działał, jako jednoosobowa spółka gminy. Dzięki dobrym układom z bankowcami dyrektor załatwił jednak kredyt na kupno „kamaza”. Wyliczył, że spłaci pożyczkę z rocznych dochodów, jakie przyniesie eksploatacja tego samochodu. Zakup został dokonany a później na tych samych zasadach Zakład wszedł w posiadanie nowego „poloneza”.
Zakupy środków trwałych wzmacniały potencjał techniczny i wykonawczy Zakładu. Ułatwiały rytmiczne oddawanie do użytku kolejnych odcinków nawierzchni ulic i chodników. Akordowy system pracy kierowców i wynagradzanie zespołów za wykonanie kompletnych zadań przyniosły dużej liczbie pracowników znaczny wzrost zarobków. Nie wszyscy jednak cenili stworzone im możliwości. Widać było przejawy łamania dyscypliny pracy i przejawy szukania przez niektórych pracowników dodatkowych, nielegalnych dochodów. Ostrzegawcze uwagi dyrektora nie zawsze przynosiły efekty, bo pracowników tych bronił bezpośredni zwierzchnik ukrywając ich przewinienia a czasem prosił skutecznie dyrektora, żeby ich nie karał. Andrzej Kułak, /bo o nim mowa/ zachowywał się jak dobry kolega, albo związkowy działacz.
Dyrektor ostrzegał. – Andrzej wspomnisz może kiedyś moje słowa, jeśli ja nie będę już tu dyrektorem a ty nie będziesz kierownikiem. Wtedy wszyscy ci ludzie, których zakrywasz i bronisz przed odpowiedzialnością odwrócą się od ciebie a nawet wystąpią przeciw tobie. Trzy lata później okazało się, że były to słowa prorocze.                  

piątek, 3 czerwca 2011

Skarbnik


Skarbnik to ktoś, kto pilnuje skarbu. Wie o tym każde dziecko, lecz mało, kto wie, czym się zajmuje skarbnik samorządowy. Skarbnik ściąga do gminnej kasy pieniądze a następnie je wydaje. Nie on jednak decyduje, od kogo wziąć i komu wypłacić. O tym, komu i ile się należy decyduje szef gminy, ale nawet on w pojedynkę pieniędzy gminnych wydawać nie może. Musi mieć kontrasygnatę skarbnika. Tak, więc burmistrz ma władzę nad gminą kasę, ale tylko skarbnik ma do niej klucz. Ten klucz to podpis skarbnika. Bez podpisu skarbnika żadna złotówka gminnego sejfu opuścić nie może. Wynika z tego jak ważną jest skarbnik w gminie figurą.
            Jeśli burmistrz chciałby sobie sprawić nowe meble do gabinetu to skarbnik mogłaby zapłacić za te bajery tylko wtedy, kiedy sprawdzi, że pod odpowiednim paragrafem w budżecie gminy widnieje odpowiednia kwota na ten cel. Na stanowisko skarbnika powołuje się osobę z uprawnieniami głównego księgowego z solidną znajomością prawa budżetowego. Konkretnie powoływała go Rada Miejska na wniosek burmistrza. Tak, więc bez zgody szefa gminy nikt nie miał szans piastować to stanowiska i z jego inicjatywy mógł swój etat stracić.
            Stanowisko skarbnika jest nie tylko prestiżowe, ale też dobrze płatne, bowiem pilnuje kasy, żeby się do niej nie dobrali przeciwnicy burmistrza. Natomiast, kiedy burmistrz chce z niej zaczerpnąć nie całkiem zgodnie z przepisami to wtedy silna wola strażnika publicznego grosza jakby trochę słabnie.
             Tak właśnie było z panią Marią Szczepocką – skarbnikiem miasta Kamieńsk. Musiało tak być, bo skoro przychodziło jej wybierać między respektowaniem przepisów prawa a poleceniami zwierzchnika, przychylała się do woli szefa. Skutki takiego wyboru wyszły na jaw, kiedy do Urzędu Miejskiego w Kamieńsku zawitali komisarze Regionalnej Izby Obrachunkowej, co zaowocowało protokołem, który był naszpikowany przewinieniami skarbnika niczym wielkanocny placek rodzynkami. Podczas przeglądania tego protokołu można się dowiedzieć, że pani Szczepocka lekką ręką wypłacała pieniądze prywatnym wykonawcom gminnych inwestycji, mimo braku kompletnych dokumentów, które by świadczyły, że roboty zostały zakończone i prawidłowo wykonane. Pani skarbnik miała też trudności z pilnowaniem majątku gminy, bo nie przyszło jej do głowy, aby założyć rejestr środków trwałych.
             Reasumując, kontrolujący postawili służbom finansowym Urzędu Miejskiego kilkanaście poważnych zarzutów a na koniec wniosek o ukaranie winnych. Jak było do przewidzenia burmistrz Gaworski nikogo nie ukarał a panią Szczepocką nadal darzył pełnym zaufaniem. Dlaczego zignorował zalecenia? Wyglądało na to, że miał w tym jakiś własny interes. Nic, więc dziwnego, że następna kontrola dokonana przez komisarzy RIO z Łodzi potwierdziła, że publiczne pieniądze nadal ciekną z gminnej kasy jak z dziurawego garnka. Okazał się, że pani skarbnik była bardzo hojna dla pracowników płacąc im sto procent wynagrodzenia zamiast osiemdziesiąt jak zapisano w ustawie. Wyszło też na jaw, że Szczepocka zapłacił za robotę, która wcale nie została wykonana. Dotyczyło to wypłaty za rzekomą instalację wodomierzy, figurujących wyłącznie na fakturze z poświadczeniem nieprawdy.
              W oparciu o te przykłady mogłoby się wydawać, że pani Maria była osobą tak dobrotliwą, że nikomu nie umiałaby odmówić dostępu do gminnych pieniędzy gdyby na gwałt potrzebował gotówki. Płaciła przecież kiedyś także wydatki reklamowe prywatnych dzierżawców Gminnego Ośrodka Wypoczynkowego na Wrzoskach. Nic z tego, jeśli taka była wola burmistrza skarbnik Szczepocka mocno trzymała klucz od sejfu. Potrafiła nawet domagać się pieniędzy, które się Urzędowi Miasta nie należały. Tak było w latach 1994-98 kiedy odmawiała zapłacenia Zakładowi Gospodarki Komunalnej a nawet próbowała obciążyć Zakład kosztami, których zapomniała zaplanować w budżecie gminy. Ostatecznie się jej nie powiodły te manewry, ale co napsuła nerwów dyrektorowi, to napsuła.
            Z tej opowieści wynika jak ważnym trybem była pani Maria Szczepocka w tej machinie, która sama się nakręcała, smarowała i działała bezbłędnie aż do czasu, kiedy burmistrz Tadeusz Gaworski w licznej asyście swoich współpracowników usiadł na ławie oskarżonych w Sądzie Rejonowym w Radomsku.