W dniu 6 kwietnia 2000 roku zebrała się na sesji Rada Miejska. Obradowała nad udzieleniem absolutorium Zarządowi Miasta. Tym razem na sali obrad zabrakło emocji. Członkowie Zarządu demonstrowali dobre samopoczucie, byli pewni swego. Ubiegły rok, choć niedobry dla gminy, dla nich był pomyślny. Według chińskiego zwyczaju i terminologii można by go nazwać rokiem śmieci. Właśnie śmieci były tym spoiwem, które scementowało rządzącą w Kamieńsku grupę interesów. Śmieci niby magnes przyciągnęły do niej następnych trzech radnych.
Wygłoszono sprawozdanie z wykonania ubiegłorocznego budżetu. Na papierze wszystko się zgadzało. Wiadomo papier wszystko przyjmie, ale jeśli się pomyśli, że onegdaj udowodniono gminnym prominentom fałszowanie dokumentów to prawdziwość tego sprawozdania musi budzić wątpliwości. Znacznie gorzej szło trzymającym w gminie władzę z odpieraniem zarzutów stawianych przez nielicznych radnych opozycyjnych. Długa to była lista grzechów, ale wystarczył fakt, że zostali przyłapani na fałszerstwie, aby odwołać urzędujący Zarząd Miasta. A przecież Zarząd zanotował w ubiegłym roku całe pasmo niepowodzeń. Wystarczy wymienić: straty w Zakładzie Gospodarki Komunalnej, dopuszczenie do kradzieży samochodu mercedes, przyznanie sobie nagród bez wiedzy Rady Miejskiej czy przyjmowanie prezentów od uczestników konkursu na komercyjne śmieciowisko w postaci zagranicznych wycieczek. Klasyczną porażką Zarządu był wynik gminnego referendum w sprawie budowy śmieciowiska, w którym głosujący w przygniatającej większości wyrazili swój sprzeciw wobec forsowanego przez gminnych prominentów projektu gigantycznego śmietnika.
Brak sukcesów w działalności publicznej powetowali sobie zapobiegliwi samorządowcy osobistymi sukcesami finansowymi. Rada, Zarząd i komisje odbywały coraz większą ilość posiedzeń. Pieniądze za udział posiedzeniach pod postacią diet brali coraz większe. To, co z powodzeniem można było załatwić w jeden dzień rozkładali na cztery. Za każde podpisanie listy obecności już należała się dieta w wysokości od 100 do 140 złotych. Utrzymanie Rady i Zarządu kosztowało rocznie podatnika około 330 tysięcy złotych a koszt utrzymania burmistrza i zastępcy dodatkowo sto siedemdziesiąt tysięcy. Tak dzieje się w biednej gminie, gdzie na wszystko brakuje pieniędzy. Podczas sesji aż dwunastu radnych oceniło pozytywnie pracę Zarządu Miasta z tym, że pięciu z nich to właśnie członkowie Zarządu. Dalszych dwóch to członkowie rady nadzorczej śmieciowej spółki. Dwóch następnych oczekiwało na intratne roboty na śmieciowisku dla swoich prywatnych firm. Jeden z radnych został zatrudniony w gminnym zakładzie a kolejnemu burmistrz zatrudnił w Urzędzie Miejskim córkę. Dwunastkę uzupełnił przewodniczący komisji rewizyjnej Bogdan Pawłowski wynagrodzony przez burmistrza dodatkowymi dietami za udział w posiedzeniach Zarządu Miasta.
Urząd Miejski i Zakład Gospodarki Komunalnej stały się obiektami penetracji prywatnych firm. Niejasne i zagmatwane stały się układy radnych z przedstawicielami prywatnego biznesu. W siedzibie Urzędu Miejskiego założyła swoją siedzibę francuska firma Sater główny inwestor komercyjnego, ogólnopolskiego składowiska śmieci. Członkiem zarządu tej spółki został sekretarz Urzędu Miejskiego Ryszard Kurman. W tych samych godzinach pracy przyszło mu wykonywać dwa płatne zajęcia służąc gminie i Francuzom. Jeden z radnych prowadzący działalność gospodarczą stał się etatowym wykonawcą robót publicznych i komunalnych w gminie.
Grupa interesów opanowała też Zakład Gospodarki Komunalnej. Dyrektor Zakładu za aprobatą burmistrza wszedł w kooperację wszedł w kooperację z własną prywatną firmą, w której produkującą drobne części do samochodów. Retoryczne pytanie brzmi, Czyich interesów może bronić podwójny dyrektor? Gminnych czy raczej własnych? Mówią, że bliższa koszula ciału niż sukmana. Jak to się stało, że Rada i Zarząd mogły tolerować zawieranie umów, gdzie obie strony reprezentowała ta sama osoba? Jak mógł do tego dopuścić pan Bogdan Pawłowski przewodniczący komisji rewizyjnej?
W taki właśnie sposób gminną tkankę Kamieńska toczył rak prywatnych interesów spowitą w pajęczą sieć wzajemnych powiązań, układów i układzików, których nikt nie był w stanie do końca odgadnąć i rozsupłać. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały jednak, ze nadejdzie dzień, w którym zostanie przecięty.
Powyższy tekst jest końcowym fragmentem książki Włodzimiera Dajcza „Kasa chorych”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz