Zakład Gospodarki Komunalnej w Kamieńsku rozwijał się nadzwyczaj szybko. W ciągu jednego tylko roku sprzedaż usług podwoiła się. Pracowało już 37 pracowników a w sezonie letnim dochodziło ośmiu sezonowych kierowanych przez Urząd Pracy bezrobotnych. Dyrektor śmiało sięgał po wykonawstwo robót publicznych: inwestycji drogowych, wodociągowych i kanalizacyjnych. Szybki zwrot zainwestowanych pieniędzy łagodził trudności wynikające z braku kapitału zakładowego. Grupa transportowo-sprzętowa zdobywała nowe doświadczenia. Akordowy system wynagrodzeń motywował ludzi do szybkiego oddawania inwestorowi budowanych obiektów komunalnych. Napływały pieniądze. Znacząco wzrastały płace. Było, za co kupować środki produkcji i wyposażenie. Wprawdzie środki inwestycyjne powinny być nabywane za pieniądze z budżetu gminy, ale dyrektor nigdy na te środki nie liczył i nigdy ich też nie otrzymał. Zmieniały się czasy: Do gmin dotarła fala komputeryzacji. Wprowadzono podatek VAT a z nim kasy fiskalne. Zaniedbane pomieszczenia biurowe i socjalne wymagały gruntownej modernizacji. Trzeba było uczyć pracowników komputerowej techniki.
Opozycja przeszkadzała, ale to normalne, gorzej, że w koalicji trudno było pozyskać zwolenników dla nowatorskich poczynań dyrektora. Nie sposób było przekonać do nich burmistrza przyzwyczajanego przez długie lata do zachowawczych sposobów gospodarowania, bez wychylania się poza standardy, bez planowania i tworzenia bardziej efektywnej przyszłości. Ze względu na brak dużych, prywatnych inicjatyw gospodarczych w gminie szansą ograniczenia dotkliwego bezrobocia był rozwój Zakładu Komunalnego.
Dyrektor wykorzystując wszystkie rezerwy doprowadził do zatrudnienia czterdziestu pięciu osób, aby dalej rozwijać firmę należało odrzucić krępujący gorset zakładu budżetowego przez przekształcenie go w gminną spółkę. Dyrektor przekonywał załogę do tego projektu. W tajnym głosowaniu prawie wszyscy pracownicy poparli jego koncepcję dalszego rozwoju i wzrostu. Przeciwna byli radni opozycyjni, ale to można zrozumieć. Tamę dalszym poczynaniom postawił burmistrz. Po prostu się przestraszył. Ekspansja Zakładu nie była mu na rękę. Po wstępnym zapoznaniu Rady Miejskiej z opracowanym przez dyrektora projektem przekształceniowym, odłożył go do szuflady i zaniechał dalszych kroków w tej sprawie. W ten sposób została zmarnowana w Kamieńsku szansa na powstanie silnej firmy inżynieryjnej z zakresu infrastruktury komunalnej. A szkoda, bo istniał już zalążek takiej firmy w postaci pewnej ilości sprzętu i grupy wykwalifikowanych pracowników, którzy zdobywali doświadczenie w Warszawskim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Akces do prac zleconych zgłaszali też inżynierowie z Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Projekt dyrektora trafił jednak na mur niechęci ze strony burmistrza i innych zachowawczo myślących członków Zarządu Miasta. Burmistrz wolał się nie wychylać, akceptował tylko zadania proste, bez choćby odrobiny ryzyka, szczególnie te, które zwiększały jego szanse na utrzymanie stanowiska.
Szansa wielkiego wejścia na rynek komunalny została ostatecznie zaprzepaszczona. Pozostało, więc tworzyć firmę na mniejszą, gminną miarę, ale okazało się, że ten wysiłek także był daremny. Burmistrz nie widział własnej jednostki budżetowej nawet, jako wykonawcy gminnych robót publicznych, ale to nastąpiło później jak związał się mocno z radnym przedsiębiorcą.
Zanim tak się stało Zakład poddany został wielkiej przebudowie. Wypracowany zysk dyrektor natychmiast inwestował. Budynek biurowy był w fatalnym stanie. W czasie, kiedy polskie biura zaczęły się zbliżać do europejskich standardów nie sposób było przyjmować klientów w pomieszczeniach, gdzie czuć było stęchlizną a szyby wypadały z okien. Trzeba było natychmiast wymienić podłogi i okna a na ścianach pozakładać estetyczne wykładziny. Niemałe to były koszty, jeśli doliczyć dokończenie budowy garaży. Jeszcze więcej kosztowała nowoczesna technika biurowa. Komputery z oprogramowaniem, maszyny biurowe i meble.
W estetycznym urządzaniu wnętrz duży udział miała księgowa. Anka wprost sypała pomysłami, jak z rękawa.
- Dyrektorze, nie mogę patrzeć jak ci malarze męczą się przy ścianach sekretariatu. Myją, skrobią, kładą kolejne warstwy farby a tu ciągle plama na plamie – powiedziała.
- A jakie pani widzi rozwiązanie? – zapytał dyrektor.
- Położyć wykładzinę korkową a przy okazji wymienić okna, bo szyby niedługo polecą na dół jak ta u pana w pokoju – odpowiedziała Anka.
-Pani Aniu a jak zabraknie nam na wypłatę? – zapytał dyrektor.
- Niech pan się nie martwi. Wczoraj w domu obliczyłam, ze starczy nam na remont sekretariatu. Możemy jeszcze położyć na podłogę szwedzkie panele – odpowiedziała pełna wigoru księgowa.
-, Jeśli tak to jeszcze dzisiaj pojadę po materiały – zadecydował dyrektor.
Nie samym biurem jednak firma żyje. Doposażenia wymagał warsztat. Trzeba było też remontować wysłużony sprzęt. Zyski nie brały się z niczego. Dobre wyniki finansowe były pochodną, znacznie większego niż dotąd obciążenia samochodów i maszyn do robót ziemnych. Aby sprostać ambitnym zamierzeniom nie wystarczyło utrzymywanie posiadanych środków transportowych w dobrym stanie technicznym. Zakładowy transport opierał się głownie na ciągnikach rolniczych. A to był anachronizm z czasów PRL-u. Powolne drogie w eksploatacji traktory nie wytrzymywały konkurencji z szybko się rozwijającym prywatnym transportem samochodowym. Niezbędne, więc były zakupy samochodów. Zgodnie ze statutem gminy i regulaminem Zakładu zakupy te powinien sfinansować budżet gminy, ale o tym nie można było nawet marzyć. Musiał dyrektor szukać pieniędzy w zyskach wypracowanych przez Zakład. I tak koło się zamykało. Dyrektor sięgał, więc po kredyt bankowy i tutaj też musiał przełamywać wiele barier stworzonych przez nieżyciowe przepisy prawa budżetowego, szczególnie tam, gdzie gmina prowadziła własną działalność gospodarczą. Nie byłoby tych problemów, gdyby Zakład działał, jako jednoosobowa spółka gminy. Dzięki dobrym układom z bankowcami dyrektor załatwił jednak kredyt na kupno „kamaza”. Wyliczył, że spłaci pożyczkę z rocznych dochodów, jakie przyniesie eksploatacja tego samochodu. Zakup został dokonany a później na tych samych zasadach Zakład wszedł w posiadanie nowego „poloneza”.
Zakupy środków trwałych wzmacniały potencjał techniczny i wykonawczy Zakładu. Ułatwiały rytmiczne oddawanie do użytku kolejnych odcinków nawierzchni ulic i chodników. Akordowy system pracy kierowców i wynagradzanie zespołów za wykonanie kompletnych zadań przyniosły dużej liczbie pracowników znaczny wzrost zarobków. Nie wszyscy jednak cenili stworzone im możliwości. Widać było przejawy łamania dyscypliny pracy i przejawy szukania przez niektórych pracowników dodatkowych, nielegalnych dochodów. Ostrzegawcze uwagi dyrektora nie zawsze przynosiły efekty, bo pracowników tych bronił bezpośredni zwierzchnik ukrywając ich przewinienia a czasem prosił skutecznie dyrektora, żeby ich nie karał. Andrzej Kułak, /bo o nim mowa/ zachowywał się jak dobry kolega, albo związkowy działacz.
Dyrektor ostrzegał. – Andrzej wspomnisz może kiedyś moje słowa, jeśli ja nie będę już tu dyrektorem a ty nie będziesz kierownikiem. Wtedy wszyscy ci ludzie, których zakrywasz i bronisz przed odpowiedzialnością odwrócą się od ciebie a nawet wystąpią przeciw tobie. Trzy lata później okazało się, że były to słowa prorocze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz