Lato 1995 roku było upalne i suche. W piątek 18 sierpnia dym pokrył torfowe łąki w okolicy Huty Porajskiej. Co było przyczyną pożaru? Być może ktoś podpalił wyschnięte osty, albo zwyczajnie rzucił niedopałek papierosa w wysuszone na pniu trawy. Gaszenie pożaru trwało dziesięć dni i pochłonęło dwanaście tysięcy metrów wody pitnej. W tych dniach uwidocznił się jak nigdy dotąd największy problem gminy, niedobory w zaopatrzeniu w wodę. Gmina Kamieńsk znajdowała się w tych latach w centrum leja depresyjnego bełchatowskiej kopalni i była praktycznie pozbawiona wszelkich powierzchniowych zbiorników wodnych a nawet wód gruntowych. Prawie całą potrzebną do życia wodę wydobywano z głębinowych ujęć w Kamieńsku i Napoleonowie. To ostatnie ujęcie nosiło oficjalnie nazwę Włodzimierz. Wodę z tych ujęć rozprowadzano sieciom rur wodociągowych o długości ponad sto kilometrów zbudowaną na koszt kopalni w ramach odszkodowań górniczych.
W latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku lej depresyjny wokół kopalni węgla brunatnego szybko się powiększał. Potężne pompy odwadniające złoże węgla ściągały wodę także z pól i łąk. Wkrótce zniknęła też woda w studniach. Ciągniki z cysternami dowoziły ten życiodajny płyn do gospodarstw w okolicznych wsiach. Jednocześnie specjalistyczne firmy przystąpiły do odwiertów ujęć głębinowych i do budowy sieci wodociągowej. Rolnicy nie bez racji uważali, że kopalnia powinna nie tylko wybudować odpowiednią infrastrukturę, ale też ponosić koszty jej utrzymania. W tamtych czasach władza nie miała zwyczaju zasięgania opinii mieszkańców przy ustalaniu lokalizacji centralnych inwestycji. Sprawy te były regulowane poufnymi uchwałami Rady Ministrów. W dodatku uważano, że prawo górnicze ma charakter nadrzędny do innych przepisów regulujących zagadnienia z zakresu prawa cywilnego. W sprawie zwolnienia rolników z opłat za dostarczanie wody władza stawiała twardy opór. Nie udało się załatwić pozytywnie tego problemu nawet podczas rozmów Komitetu protestacyjnego z Komisją Rządowa, które odbywało się pod moim przewodnictwem w Kamieńsku 29 października 1981 roku.
Po zniesieniu w Polsce stanu wojennego działacze Kółek Rolniczych, parlamentarzyści ZSL-u a później PSL-u wznawiali starania w tej sprawie. Zaowocowało to uchwaleniem przez Sejm nowego prawa górniczego, które zapewnia poszkodowanym z powodu prowadzenia robót górniczych znacznie większy zakres naprawy wyrządzonych szkód. Niestety ze względu brak środków na rekompensaty za wyrządzone w przeszłości szkody zastosowano tu zasadę, że prawo wstecz nie działa. Tym samym ciężar utrzymania wodociągów na terenach górniczych po rozwiązaniu Wojewódzkiego Zarządu Usług Wodnych i likwidacji bazy w Polichnie spadł na barki samorządu i samych mieszkańców.
W Kamieńsku przy ulicy Kościuszki zlokalizowano dwa odwierty sięgające warstw skalnych górnej kredy do głębokości 100 metrów. W studniach umieszczono pompy głębinowe o mocy 36 kilowatów. Pompy te podają wodę do zbiorników o pojemności 400 metrów sześciennych. Stamtąd woda tłoczona jest do sieci przez cztery pompy. Maksymalny, dobowy rozbiór wody z tego ujęcia, określony w zezwoleniu wodno-prawnym wynosił 1700 metrów sześciennych. Ujęcie wyposażone było w dwustronne zasilanie energetyczne, co zapewniało stabilność dostaw wody. Gorzej wyposażone było ujęcie w Napoleonowie. Brakowało tam dwustronnego zasilania. Tamtejsze odwierty sięgały utworów czwartorzędowych. Dwie studnie wyposażono w pompy głębinowe o mocy 26 i 45 kilowatów. Pompy te podawały wodę bezpośrednio do sieci. Jednostopniowy system wydobywania wody je bardzo energochłonny i drogi w eksploatacji. Woda z tych ujęć miała zasilać sieć tylko podczas największego rozbioru. Tak jednak nie było. Ujęcie Włodzimierz pracowało non stop zaopatrując w wodę trzecią część obszaru gminy. Przez dwadzieścia lat nikt nie podjął się modernizacji tej hydroforni, żeby przystosować ją do nowych zadań i wymogów a przecież każda większa awaria sieci średniego zasilania automatycznie mogła pozbawić 6 tysięcy mieszkańców wody pitnej, bo władze gminy nie posiadały żadnego, zastępczego agregatu prądotwórczego z zapasem paliwa. Podczas budowy sieci wodociągowej montaż wodomierzy uznano za zbędny luksus. Należność za pobraną wodę naliczano przy pomocy rachunkowych norm zużycia wody. Nie miało to nic wspólnego z racjonalnym zużyciem wody i prawidłowym naliczaniem należności. Co więcej taka sytuacja była główną przyczyną niesłychanego marnotrawstwa z takim trudem i kosztem wydobytej z głębi ziemi wody.
Zakład Gospodarki Komunalnej powołany do życia w 1994 roku przyjął na siebie obowiązki zaopatrzenia mieszkańców gminy w wodę. Dyrektor Zakładu chciał przejąć również sprzedaż wody i ściąganie należności. Burmistrz Gaworski był jednak innego zdania pozostawiając sprzedaż w gestii Urzędu Miejskiego. Zakład za techniczno-eksploatacyjną obsługę systemu zaopatrzenia gminy w wodę otrzymywał z budżetu pewną kwotę na płace dla 5 pracowników powiększoną o dopłatę na koszty ogólne. Nie było więć w tym układzie powiązanych relacji między dochodami ze sprzedaży a kosztami utrzymania dostaw wody. Dochodziło też do sporów o wysokość wynagrodzeń dla pracowników sekcji wodociągowej, które burmistrz utrzymywał na beznadziejnie niskim poziomie, nieadekwatnym do ich kwalifikacji i wysiłku.
Burmistrz uporczywie utrzymywał ten chory system z dwojakich powodów. Po pierwsze z niewiedzy o rachunkowości, po wtóre własnej wygody, po trzecie z osobistych korzyści. Mógł ingerować w wysokość wynagrodzeń w Zakładzie pomniejszając w ten sposób kompetencje dyrektora bez brania na siebie odpowiedzialności za wyniki finansowe. Należności za wodę naliczała niekompetentna pracownica, która później została radną powiatową. Na tej działce urzędniczej panował totalny bałagan. Około 30 % zarejestrowanych odbiorców wcale nie płaciło za wodę a kilkudziesięciu nie figurowało nawet w rejestrze, wśród nich Policja, Dom Handlowy i Państwowe Gospodarstwo Rolne Pytowice. Burmistrz według własnego widzimisię umarzał wybranym, sprytnym osobom zobowiązania z tytułu opłaty za pobraną wodę zyskując w ten sposób sobie cichą wdzięczność części elektoratu.
Niedobór środków finansowych na utrzymanie wodociągów był pokrywany z budżetu gminy, czyli z pieniędzy podatnika. W ten sposób jedni płacili za wodę dwa razy, inni nie płacili wcale. Po pewnym czasie pan Gaworski doprowadził to totalnego bałaganu. Wpłaty od odbiorców wody wciąż malały z zużycie wody nieustannie rosło. Nie mógł sobie poradzić, więc, z ciężkim sercem przekazał ten cały bałagan do Zakładu. Uczynił to przed samym końcem 1996 roku stawiając Zakład w trudnej sytuacji gdyż pozostało tylko kilkadziesiąt dni na uzupełnienie rejestru, naliczenie rzeczywistego zużycia dla poszczególnych odbiorców i wdrożenie nowoczesnego, komputerowego systemu rozliczeń.
W grudniu dyrektor Zakładu zawarł z Zarządem Miasta stosowne porozumienie, przygotował wzory umów i ankiet. Kilkunastu pracowników wyszło w teren do odbiorców wody. Zanim Rada Miejska zdołała uchwalić ceny na wodę prawie dwa tysiące podpisanych umów leżało już w biurowych szafach.
Do komputerów wprowadzono jeden z pierwszych w Polsce inkasencki program naliczania należności za wodę i ścieki. Ujawniono darmowy dotychczas pobór wody w wysokości 50 000 metrów sześciennych rocznie. Z 27 do 40 procent wrósł udział wody sprzedanej do wydobytej. Pracownicy Zakładu włożyli dużo wysiłku, by zdążyć na czas, ale mieli też satysfakcję z odniesionego sukcesu. Po raz pierwszy w gminie Kamieńsk zostały zbilansowane koszty i dochody utrzymania wodociągów. Zaoszczędzone pieniądze z budżetu można było przeznaczyć na modernizację sieci wodociągowej. W ciągu czterech lat ilość wodomierzy powiększyła się z 50 do 500 sztuk Zahamowane zostało wołające o pomstę do nieba marnotrawstwo tak dużym kosztem pozyskiwanej pitnej wody.
Nie brakowało przeszkód, kłód rzucanych dyrektorowi pod nogi w nadziei, że mu się nie uda zaprowadzić porządku. Burzyły spokojną pracę Zakładu demagogiczne wypowiedzi niekompetentnych a złośliwych radnych. Celował w tych de konstrukcyjnych działaniach Marek Ludwiczak, który głosił publicznie, że 90 % hydrantów przeciwpożarowych w gminie jest niesprawnych. Dyrektor twierdził, że jest odwrotnie. Powołano specjalną komisję, która przez wiele dni badała sprawność tych urządzeń. Okazało się, że rację miał dyrektor. Przemądrzały radny zamilkł. Nie stać go było jednak na przeprosiny.
Gorsze jednak skutki przyniosło niedbalstwo burmistrza. Na ujęciu wody w Kamieńsku uległa poważnej awarii wysłużona już pompa głębinowa. Trzeba było natychmiast zakupić nową. Burmistrz Gaworski zwlekał jednak z miesiąca na miesiąc z zakupem mimo ustnych i pisemnych nalegań dyrektora Zakładu. Do czasu aż latem wysiadła druga pompa i Kamieńsk obudził się bez wody. Przez dwa do czasu demontażu zepsutej i zainstalowania nowej pompy dowożono wodę do domów strażackim samochodem.
Z końcem 1997 roku dyrektor wystąpił do Zarządu Miasta z wnioskiem o niewielką podwyżkę cen wody, która miała zrekompensować Zakładowi wzrost cen energii elektrycznej. Burmistrz wspierany przez swoich przybocznych radnych zablokował podwyżkę i nie dopuścił pod głosowanie w Radzie Miejskiej, odrzucając szczegółowe analizy przygotowane przez dyrektora jednoznacznie wskazujące na nieuchronność wystąpienia straty w bilansie rocznym Zakładu, jeśli jego wniosek nie zostanie uwzględniony. Burmistrz wiedział, co robi. Jego celem było osłabienie pozycji dyrektora przez uderzenie w finanse Zakładu. W imię własnych, niezbyt czystych interesów nie zawahał się działać przeciw i na szkodę Zakładu Gospodarki Komunalnej, własnej, gminnej jednostki budżetowej.
W 1999 roku Zakładem kierowało kolejno trzech nowych dyrektorów. Żaden z nich nie zdołał zwiększyć dochodów ze sprzedaży wody. Trzeba było ratować firmę dotacją z budżetu gminy. Radni, którzy uprzednio nie chcieli zaakceptować nieznacznej podwyżki podnieśli ceny wody od 45 do 70 % a cenę odbioru ścieków o 140 % Nawet po tych drastycznych podwyżkach źle kierowany przez nowych, spolegliwych wobec burmistrza zarządców nie zdołał zachować samowystarczalności finansowej, jaką miał od początku swego istnienia przez kilka kolejnych lat. Dzikie eksperymenty z dobrze pracującą gminną firmą prowadzone przez radnych: Bogdana Pawłowskiego. Andrzeja Pawelca a szczególnie Marka Ludwiczaka zakończyły się fiaskiem. Niestety ani burmistrz ani wspierający go radni nie potrafili przyznać się do błędu, lecz, żeby ukryć swoją ignorancję i ratować podniszczony przez siebie Zakład zaczęli mu przekazywać pieniądze z budżetu na podstawie sfałszowanych dokumentów. Ktoś powiadomił o tym prokuratora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz