Łączna liczba wyświetleń

piątek, 13 maja 2011

Bieszczady


Już ognisko zdobiło ciemność warkoczem iskier. Wesoło się bawiła grupa przy ognisku. Ona była gwiazdą tego wieczoru, samoistnego spektaklu, w którym wszyscy byli aktorami i widzami jednocześnie.
               -Danusia, Danusia – skandowała widownia po jej brawurowym wykonaniu jakiejś fikuśnej piosenki
Na co dzień w biurze ważąca słowa a nawet skryta tu kipiała energią, rzucała pomysłami, czarowała uśmiechem. Wyglądało na to, że urodziła się do roli wodzirejki. W naturalny, niewymuszony sposób prowokowała do wspólnej zabawy. Doskonale przy tym bawiła się sama a inni próbowali jej dorównać, Pani Ewa z właściwą sobie dokładnością rozdzielała trunki. Towarzyszył jej Stanisław z wielkimi butlami płynów kojących podrażnione alkoholem gardła.
                 Zapach gór mieszał się z wonią palonego drewna i pieczonej nad ogniem kiełbasy. Wzrastał we krwi poziom adrenaliny. Cała grupa śpiewała między przerwami na toasty. Kto nie pił i śpiewał na górskiej łące ten nie zaczerpnął życia pełnym haustem. Kto nie bawił się w wesołej, przyjaznej gromadzie nie będzie mógł wracać do wspomnień naznaczonych tęsknotą. Zaangażowanie wykonawców piosenek wzmagało się w miarę wyczerpywania zapasów pani Ewy. Śpiewano solo. Dla obdarzonych wokalnie solowy występ był przyjemnością, dla pozostałych aktem odwagi. Dla podniesienia stopnia wesołości dyrektor ogłosił konkurs. Czy ktoś chciał, czy nie chciał musiał śpiewać, więc rozgorzała bitwa na głosy. Zwycięzcy konkursu otrzymywali specjalne premie. Wśród ruchliwej, rozśpiewanej gromady wyróżniała się młoda para. Agnieszka i Sylwek stali przy ognisku zajęci wyłącznie sobą, jakby znajdowali się na jakiejś samotnej wyspie.
                 -, Dlaczego ty ją tak trzymasz przy sobie? – zapytał dyrektor.
                 - Bo ja ją bardzo kocham – odpowiedział Sylwek. 
                 - Ona na pewno jest tego warta- potwierdził dyrektor.
Dorzucono drew do ognia. Znów przeszyły ciemność iskry. Kilku odważnych skakało nad płomieniami. Andrzej dawał pokaz tańca disco z grubym kijem imitującym gitarę. Kilku zapaleńców po wodzą Jurka przeczesywało palcami pobliskie kartoflisko poszukując ziemniaków do pieczenia. Jak zabawa, to zabawa, Pani Ewa dzieliła resztki napitków przy zwolna dogasającym ognisku. Razem z ogniem dogasał drugi dzień wycieczki. Resztki dymu cienką strużką wznosiły się prosto ku niebu, zwiastując kolejny pogodny dzień. Wyraziste gwiazdy mrugały tajemniczo z czarnej otchłani nieba.                                                                                                Wczorajszy ranek nie zapowiadał pomyślnej aury. Nie było dobrej atmosfery w wycieczkowym autobusie. Jakże mogłoby być inaczej skoro od dwóch tygodni lało jak z cebra. Niespodziewanie koło Krakowa wyjrzało słoneczko. To się nazywa uśmiech losu. Wyjazd w jesienne Bieszczady bez słonecznej pogody nie miałby sensu.
              O piętnastej był obiad w Sanoku a potem strome podjazdy, serpentyny, aż do słynnej tamy w Solinie. Przed kolacją starczyło jeszcze czasu na grupowy spacer po koronie słynnej zapory, żelbetowej plomby wciśniętej pomiędzy dwa wzgórza, która piętrzy wody Sanu do wysokości osiemdziesięciu metrów powyżej koryta rzeki i tworzy Jezioro Solińskie, jakże niepodobne do nizinnych zbiorników wodnych ze względu na kształt ośmiornicy z rozrzuconymi między wzgórza mackami.
              Wiatr skrył się, gdzieś w tych krętych zakolach. W dostojnej ciszy wycieczkowy stateczek majestatycznie sunął po gładkiej toni ku zachodzącemu za wzgórzem słońcu. Las stał cichy i strojny w bogactwo wszystkich kolorów bieszczadzkiej jesieni. Wielobarwny krajobraz przypominał teatralną scenografię a może jakiś nierealny hologram. Nie było rozmów na pokładzie łajby. Pasażerowie w milczeniu chłonęli ten jakby trochę nierealny pejzaż, wschłuchując się w warkot silnika pluskanie wody mieszanej śrubą wody.
              Bieszczady są jednym z najdzikszych miejsce współczesnej Europy. Kraina niedostępna, rzadko zaludniona, ze śladami osadnictwa wyniszczonego podczas pod czas krwawych, pełnych okrucieństwa polsko-ukraińskich zmagań. Nie zawsze tak było. Za Franciszka Józefa bieszczadzkie doliny były ojczyzną Łemków, Bojków i Hucułów. Pozostały po nich nieliczne ślady kultury materialnej w sanockim skansenie. W dwustuletniej chacie Rusinów wszystko mieści się pod jedną słomianą strzechą. Wybudowana z myślą o przeżyciu długiej, surowej zimy ma magazynek na pasze, pomieszczenia dla zwierząt i komorę na żywność. W jednej, dużej izbie, niskiej z maleńkimi okienkami toczyło się codzienne życie. Skupiało się wokół pieca, gdzie był wypiekany chleb a w żelaznym czerepie nad paleniskiem gotowano strawę. Dym uchodził swobodnie przez szpary w powale, albo kłębił się po izbie dusząc i gryząc w oczy. W dużej skrzyni pod ścianą przechowywano odzież uszytą z płótna utkanego na prymitywnych krosnach. W jedynym łóżku gospodarz z gospodynią płodzili dzieci. Noworodek przez rok miał miejsce w zawieszonej pod powałą kołysce. Urodzenie kolejnego dziecka oznaczało dla poprzednika wyrzucenie na gliniana podłogę, gdzie bawił się ze starszym rodzeństwem. Natura na oczach rodziców dokonywała selekcji naturalnej. Śmierć bezlitośnie zbierała swoje żniwo. Słabsze potomstwo nie miało szans.
              Surową zimą, gdy zaległy ogromne śniegi a wilki wyły za węgłem, chata była jednak ostoją bezpieczeństwa a zgromadzone latem zbiory gwarantowały rodzinie przeżycie do wiosny, kiedy natura znów stawała się przyjazna człowiekowi. Tyle mówi wyobraźnia wspomagana przez z pietyzmem utrzymane, muzealne już dziś budowle i eksponaty, które jeszcze sto lat temu stanowiły bazę istnienia dziesiątek tysięcy potomków koczowniczych pasterzy. Przybyli tu z nizin Siedmiogrodu w poszukiwaniu obfitych pastwisk dla swoich stad. Pozostały po nich tylko nieliczne budowle w sanockim skansenie i zanikające ślady siedlisk w porastających szarą olchą dolinach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz