Od końca czerwca do połowy lipca słoneczko chodziło wysoko, blisko zenitu. Kryło się za północnym horyzontem znacząc barwami ognistej czerwieni obrzeża lasów, wyschnięte na popiół łąki i łany zbóż w o słomie koloru złota. \Nietknięte od czterech tygodni kroplą deszczu zboża dojrzewały w spiekocie dnia, nocą tylko korzystając z szansy na przejęcie odrobiny wilgoci od zwiewnych mgieł. W takie dni ludność rolnicza żyje na granicy amoku. Wszyscy pragną zebrać ziarno jednocześnie tego samego dnia, Nikt nie chce czekać do jutra w obawie, że od Atlantyku nadciągnie niż i skapie w deszczu wysuszone na wiór ziarno i padać będzie dzień po dniu aż ziarno pokiełkuje w kłosach dając w efekcie plon marny, nie wart poniesionych nakładów. Może też stać się coś gorszego, gdy po długiej męczącej spiekocie nadciągnie potężna burza z piorunami i zanim lunie deszczem uderzy kanonadą lodowych pocisków, które w kilkanaście sekund zniszczą doszczętnie plony. Trudno, więc się dziwić, że rolnicy czują wielki niepokój w sobie, co nie pozwala myśleć o niczym innym dopóki ziarno i słoma nie znajdą się pod dachem.
W połowie lipca wyjechały w pole kombajny zbożowe. Rozpoczął się wyścig z czasem: dla rolników o jak najszybsze zebranie plonów z pola w obawie przed kaprysami aury, dla właścicieli maszyn żniwnych o godziwy zarobek. Właściciele kombajnów pozyskują roczny dochód z eksploatacji tych maszyn w czasie nieprzekraczającym jednego miesiąca, bo tak krótko trwa kampania żniwna. Umorusani jak nieboskie stworzenia kombajniści zmagają się z łanami zbóż po dwanaście godzin dziennie, albo i dłużej, jeśli nocna rosa nie opadnie dość szybko na pola, Skoro tyko świt wstanie trzeba te umęczone maszyny czyścić, smarować i dokonywać bieżących napraw. Żniwiarz posiadający lepszy sprzęt i bardziej od innych odporny na zmęczenie ma szansę na większy zarobek, ale dzieje się to często kosztem uszczerbku na zdrowiu. Usług żniwnych najczęściej dokonują sami rolnicy, mając z tego źródło dodatkowych dochodów. Jak ważne są te dochody dla utrzymania wielu rodzin wiedzą tylko mieszkańcy wsi, gdyż z pracy wyłącznie we własnym, nawet średniej wielkości gospodarstwie trudno jest wyżyć. Ku hańbie rządzących światem producent żywności jest dyskryminowany prze wszystkich i stoi najniżej w społecznej hierarchii. Chłopów nikt nie lubi nie tylko u nas. Podobnie jest na całym świecie. Chłopów nawet Pan Bóg nie lubi i nikt nie wie, dlaczego tak jest. Nie jeden trzeba by napisać traktat naukowy, aby wyjaśnić ten stan rzeczy. Leszek Balcerowicz, który odniósł sukces gospodarczy na degradacji i zubożeniu wsi zastawił jednak małą możliwość oddechu umęczonym chłopom. Urzędy skarbowe patrzą przez palce na nieodprowadzających podatków rolników wykonywujących usługi agrotechniczne. W ten sposób ich wykonawcy wolni od WAT-ów, PIT-ów i kas fiskalnych zajmują się wyłącznie wyścigiem z czasem i naturą, żeby w trzy tygodnie zebrać z pól i zgromadzić pod dachem roczne zapasy zbóż. Zakład Gospodarki Komunalnej też świadczył takie usługi i miały one może rację bytu na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy prywatne kombajny były jeszcze rzadkością na żniwnych łanach. W miarę wzrostu podaży usług prywatnych, Zakład ze swymi biurokratycznym strukturami wymuszanymi przez prawo budżetowe i fiskalne stał na z góry straconej pozycji w stosunku do bardziej elastycznej i tańszej konkurencji. Dyrektor, choć też parał się rolnictwem uważał, że udział Zakładu w żniwach to dopust Boży. O szóstej rano przychodził mechanik i naprawiał uszkodzenia z poprzedniego dnia, dwóch innych pracowników dokładnie czyściło sita silnym strumieniem wody. O ósmej przychodził kombajnista, sprawdzał maszynę, tankował paliwo a dziewiątej sprawny kombajn wyjeżdżał w pole. Od rana na placu manewrowym zbierali się rolnicy. Nie było dnia bez awantury, szczególnie wtedy, kiedy naprawy trwały kolka godzin. Oczekujący na wykonanie usługi przekleństwami usiłowali wymusić pierwszeństwo w wykonaniu usługi, Dysponujący kombajnem już po kilku dniach miał stargane nerwy. Kombajn należał do gminy, więc był własnością wspólną. Wobec tego każdy z rolników uważał, że to on właśnie powinien być obsłużony w pierwszej kolejności. Nieliczni byli zadowoleni a rozdrażnionych i zawiedzionych wielu. Ci ostatni rozładowywali swoje frustracje na kierownictwie zakładu. Nikogo nie obchodziło, że dyrektor musiał przestrzegać przepisów Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, ustawy o rachunkowości i podatkach, wymogów prawa pracy i dyscypliny budżetowej. Przez te trzy tygodnie można było zszargać sobie zdrowie i wylądować w psychiatryku.
Obsługa żniw nie mogła pracować dłużej niż dwanaście godzin. Trzeba było dawać podmiany, płacić za nadgodziny oraz dodatkową prace w soboty i niedziele. Dwóch pracowników na zmianę inkasowało na polach pieniądze za usługi, gdyby było inaczej przepadłaby znaczna część należności. W biurze wystawiano na komputerze faktury i dokumenty kasowe. W tym czasie uciekały Zakładowi zyskowne roboty drogowe i kanalizacyjne ku zadowoleniu burmistrza, który zyskiwał argumenty na rzecz zatrudniania prywatnych wykonawców na gminnych budowach. Usługi rolnicze przynosiły Zakładowi straty z roku na rok coraz większe, bo w miarę starzenia się sprzętu więcej pieniędzy pochłaniały koszty remontów. Corocznie dyrektor robił dokładne analizy opłacalności usług rolniczych do wiadomości Zarządu Miasta. Nieodmiennie burmistrz Gaworski odmawiał likwidacji tych deficytowych usług a kiedy wreszcie nareszcie zaczął się ku temu skłaniać na przeszkodzie stanął radny Marek Ludwiczak, rolnik z Koźniewic pracujący w bełchatowskiej kopalni. Pana radnego nic nie obchodził interes gminy. Dzięki deficytowym usługom świadczonym przez Zakład miał wielką wygodę i nie zamierzał z niej rezygnować. Kiedy uznał za stosowne przychodził do Zakładu i wmuszał na dyspozytorze, żeby ten wykonał mu usługę w najbardziej dogodnym dla niego terminie. Tak, więc z konieczności zaspokojenia prywaty jednego radnego i oportunizmu pana burmistrza utrzymywano prze kilka lat działalność gospodarczą nieodmiennie przynoszącą niedotowane przez budżet straty Zakładowi Gospodarki Komunalnej. Tyle pozostało skojarzeń i wspomnień po pięciu kolejnych sezonach żniwnych. Zniknął gdzieś w zakamarkach przeszłości nieznośny upał i żniwny kurz oraz zapach ziarna i chleba, który często leżał na śmietnikach, jakby go było zbyt wiele. Snują się jeszcze gdzieś wspomnienia o czarnych od trudu i znoju operatorów Bizona, wśród, których Eugeniusz Dworzyński zapisał się najlepiej, nie tylko w zakładowych papierach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz