Nadeszła czerwcowa, wyborcza niedziela. Do rywalizacji o mandaty radnych stanęła Solidarność i Polskie Stronnictwo Ludowe. Trzecią grupę bez szyldu wystawił pan Tadeusz dając początek trzeciej sile w gminie, czyli nieformalnej i niejawnej organizacji o charakterze klikowym. Urzędujący burmistrz rzucił do wyborczej walki utworzoną przez siebie strukturę, która w latach następnych zapewniła mu niekontrolowaną przez nikogo władzę. Pan Tadeusz nie trudził się promowaniem nowych ludzi. Po prostu sięgał bez skrupułów po znane osoby związane uprzednio z ruchem ludowym bądź solidarnościowym. Początki były skromne, ale wystarczyły mu do utrzymania zdobytej wcześniej władzy.
Przed wyborami Grzegorz Turlejski był pewien zwycięstwa. Przedwyborcze „Echo Kamieńska” eksponowało więcej niż wydatnie osiągnięcia solidarnościowej władzy, Szczególny wydźwięk propagandowy miało odzyskanie praw miejskich i wystawienia pomnika Tadeuszowi Kościuszce. Te propagandowe osiągnięcia były rzeczywiście efektem wieloletnich starań, głównie rodziny Turlejskich, ale Solidarność w Kamieńsku nie była już jednolitą skałą. Konflikt Turlejskiego z byłym wójtem Piekarskim obnażył liczne rysy i pęknięcia dawnego monolitu. W rezultacie wyborów obóz solidarnościowy nie obronił swoich pozycji, tracąc w radzie cztery fotele. Po obliczeniu głosów skład Rady Miejskiej przedstawiał się następująco: Solidarność miała ośmiu radnych, PSL- 5, trzy mandaty przypadły grupie Gaworskiego a dwa wywalczyli kandydaci niezależni. Najbliżej do władzy miała Solidarność. Wystarczyło im pozyskać tych niezależnych lub wejść w koalicję z PSL-em. Po przedwyborczej wojnie to ostatnie rozwiązanie nie miało jednak szans realizacji i żadna ze stron nawet nie rozważała takiego wariantu podziału władzy w gminie.
Podczas wyborczej nocy tuż po ogłoszeniu nieoficjalnych wyników Tadeusz Gaworski przystał na zawiązanie koalicji z ludowcami. Potwierdził, że ma zapewnione poparcie radnych Kurmana i Pawelca. Rankiem następnego dnia liderzy PSL-u złożyli wizytę prezesowi Spółdzielni Mieszkaniowej, nowemu radnemu Janowi Kuliberdzie. Pan Jan startował już do rady poprzedniej kadencji. Przegrał, ale nie zrezygnował z politycznej kariery. Tym razem było o nim głośno z racji przyjęcia, jakie wydał dla rodziny i znajomych z okazji święceń kapłańskich syna. Mandat radnego otwierał mu drogę od stanowiska w gminie. Ponieważ żadna z głównych opcji nie była w stanie samodzielnie wyłonić Zarządu Miasta pan Jan spokojnie oczekiwał na propozycje dla siebie w zamian za poparcie któregoś z kandydatów na stanowisko burmistrza. Wysłannicy ludowców zostali zaproszeni do piwnic bloku, gdzie mieściło się biuro. Tam księgowa Anna Łągiewka przygotowała herbatę. Rozpoczęły się rozmowy, które mogły rozstrzygnąć czy w Kamieńsku dojdzie do zmiany samorządowych władz. W tym czasie do mieszczącej się obok stadionu siedziby spółdzielni zbliżała się Bożena Sewerynek, radna z ekipy Solidarności. Jak się później okazało miała ona dla pana Jana pewne propozycje od Grzegorza Turlejskiego. Nie mogła ukryć zaskoczenia na widok siedzących już w biurze przeciwników politycznych. Za to pan Jan promieniał, doskonale, bowiem wiedział, że właśnie rozpoczął się przetarg, kto mu da więcej za poparcie za objęcie władzy w gminie na najbliższe cztery lata. Po wymianie poglądów na powyborcze układy w Radzie Miejskiej ludowcy zaproponowali Janowi Kuliberdzie objęcie funkcji przewodniczącego tej rady.
Następne, decydujące o powołaniu koalicji spotkanie odbyło się w Gorzędowie, w mieszkaniu pana Tadeusza. Na rozmowie obok mnie uczestniczyli Andrzej Kułak i Edward Chłapiński. Pan Gaworski ustępujący burmistrz przyjął gości pełen obaw o ponowny wybór na piastowane stanowisko. Nie miał wiele atutów w tej grze. Większość kandydatów, których wystawił do rady przegrała z kretesem a on chciał utrzymać stanowisko za wszelką cenę.
Ludowcy przedstawili, Chłapińskiego jako swojego kandydata na burmistrza. Pan Tadeusz oniemiał i zamilkł na pewien czas. Zawsze się tak zachowywał w trudnych dla niego chwilach. W mieszkaniu zapanowała nieprzyjemna, uciążliwa dla wszystkich cisza. Widać było wyraźnie, że Gaworski ze stanowiska burmistrza bez walki nie zrezygnuje. Swoim zwyczajem zacznie kaperować radnych i będzie liczył na szczęśliwy zbieg okoliczności, który pozwoli mu utrzymać pełnię władzy w gminie. Taka sytuacja ani chybi była korzystna dla zwartej drużyny Solidarności.
Po chwili kłopotliwego milczenia ludowcy dopuścili również możliwość udzielenia poparcia panu Tadeuszowi a Chłapiński miałby zostać jego zastępcą. W Gaworskiego natychmiast wstąpił nowy duch. Zapewnił ludowców, że spełni ich programowe postulaty. Ustalono też, że Włodzimierz Dajcz otrzyma stanowisko dyrektora mającego powstać zakładu komunalnego a Andrzej Kułak etat w Urzędzie Miejskim.
Nazajutrz burmistrz zażądał od sojuszników kolejnych ustępstw. Ryszard Kurman uzależnił swoje poparcie od wyboru na stanowisko sekretarz Urzędu Miejskiego a Jan, Kuliberda wysoko mierzył w fotel zastępcy burmistrza. Odrzucił, więc propozycję kandydowania na przewodniczącego rady. Nie sposób było odrzucić żądań pana Jan, który grał na dwa fronty mając propozycję od Solidarności zatrudnienia w Urzędzie na wysokim stanowisku. W tej sytuacji zabrakło stołka dla pana Edwarda, ale on miał etat w szkole, więc z żalem, co prawda, lecz pogodził się z nowym układem personalnym władz gminnych, gdyby nie było na ten układ zgody pan Tadeusz przystąpiłby natychmiast do kaperowania radnych. Nowa koalicja zostałaby rozbita a władza pozostała w rekach Solidarności.
Do utworzenia większościowej dziesiątki radnych brakowało jednak jeszcze jednej osoby. Języczkiem u wagi mógł być Marek Ludwiczak, radny z Koźniewic. O jego pozyskanie walczyły obie strony. Ludowcy mogli liczyć w tej sprawie na wsparcie ze strony jego dawnych dwóch nauczycieli:, Chłapińskiego i Antoszczyka. Prośby „profesorów” podbełtały dumę Ludwiczaka i dziesiątka została skompletowana. Zbliżała się godzina zero a obie strony twierdziły, że mają po dziesięciu radnych, co było niemożliwe, bo cała rada liczyła tylko osiemnastu. Wyglądało na to, że ktoś komuś poczynił fałszywe obietnice.
Na pierwszej lipcowej sesji butna Solidarność poległa. Po rozstrzygającym wszystko pojedynku Grzegorza Turlejskiego z Andrzejem Pawelcem emocje zaczęły powoli opadać.Pawelec wygrał w drugim głosowaniu. W pierwszym mógł się ktoś pomyć, albo ktoś nie do końca zdecydowany badał siłę rywalizujących ugrupowań. Mógł to być Ludwiczak, mógł Kuliberda. Następnie pan Tadeusz wygrał pojedynek o fotel burmistrza z Jackiem Jędrzejczykiem. Dalej miało być gładko, ale nie było. Pan Tadeusz już w chwilę po zdobyciu władzy rozpoczął działania na rzecz osłabienia ludowców, którzy go do tej władzy wynieśli. Dziwnym trafem przegrana i zniechęcona już Solidarność wprowadziła do Zarządu Miasta Józefa Górnego a na Sejmik Wojewódzki Jacka Jędrzejczyka. Widoczne było jak na dłoni zafałszowane działanie Gaworskiego, który łamiąc przedwyborcze ustalenia spisane w koalicyjnej umowie nie zamierzał z nikim dzielić się zdobyta władzą. Radość z odniesionego zwycięstwa zmąciło ludowcom podejrzenie, że nowy burmistrz będzie dążył do wyeliminowania ich z orbity gminnej władzy. Z dnia na dzień podejrzenia zmieniały się w pewność opartą na faktach. Pan Tadeusz mając za nic własne słowa krok po kroku przejmował pełnię władzę w gminie. Triumfował prze jakiś czas, dopóki żądza władzy i pazerność nie zaprowadziły go na ławę oskarżonych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz