Łączna liczba wyświetleń

sobota, 30 lipca 2011

Towarzysz Tadeusz


W słoneczny, lecz chłodny poranek 17 kwietnia 1994 roku panowała w Kamieńsku senna atmosfera typowa dla małych, polskich miasteczek. Tyle, co przejechały autobusy dowożące pracowników do bełchatowskiej kopalni a kobiety wracały do domów po dokonaniu porannych zakupów. Liczne na placu Wolności sklepiki już opustoszały, jedynie przed sklepem Framera przestępowało z nogi na nogę kilku meneli w oczekiwaniu na przypadkowego fundatora. Pachniało piwem i tanim owocowym winkiem.
                                     Od strony Gorzędowa nadjeżdżał samochód. Za kierownicą siedział Tadeusz Gaworski, pracownik Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Pan Tadeusz jechał na sesję Rady Miejskiej w Kamieńsku, w której zasiadał od czterech lat. Fizycznie zasiadał w ławach Rady nader rzadko, gdyż stracił zainteresowanie dla spraw gminnych od czasu, kiedy przegrał rywalizację o fotel wójta gminy z miejscowym weterynarzem Michałem Piekarskim. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, więc pan Tadeusz ponownie włączył się w samorządowe rozgrywki. Co było powodem tej nagłej zmiany? Otóż kilka tygodni wcześniej w rządzącej ekipie Solidarności nastąpił poważny rozłam. Przewodniczący Rady Miejskiej Grzegorz Turlejski poróżnił się mocno z burmistrzem i postawił wniosek o odwołanie go ze stanowiska. Wiadomość o możliwym wakacie na najwyższym stanowisku w gminie uskrzydliła Gaworskiego. Widać było, że złapał wiatr w żagle. Po czterech latach od dnia, kiedy stracił stanowisko naczelnika gminy sprawowane z namaszczenia komuny zaświtała mu nadzieja na odzyskanie władzy, Chciał zostać burmistrzem. Marzył o tym w ciągu tych lat, kiedy tułał się po różnych spółkach, gdy usunięto go ze stanowiska dyrektora miejscowego banku spółdzielczego za udzielanie hochsztaplerom pokaźnych, nieściągalnych kredytów. Także wtedy, kiedy znalazł pracę w Urzędzie Skarbowym w Bełchatowie, dokąd musiał jeździć codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Jechał na sesję rady z nadzieją, że znów zasiądzie w gminnym fotelu a tym razem będzie to fotel burmistrza. Dręczyła go jednak obawa. Czy wszyscy radni, na których głosy liczył dotrzymają obietnic, jakie od nich otrzymał a ostatnich kilkunastu dniach? Wiedział jak to jest, przecież sam składał wiele obietnic, który dotrzymywać nie zamierzał. Liczył na 5 radnych PSL-u, co pozostawieni sami sobie przez prezesa, któremu działalność społeczna już się nie opłacała, początkowo sprzyjali wójtowi Piekarskiemu. Później, kiedy wójt poróżnił się z liderem własnego ugrupowania, oni niezorientowani w personalnych rozgrywkach stali się łatwym łupem pana Tadeusza, bo z PSL-em nic już ich nie łączyło. Licząc głos własny potrzebował jeszcze 4 czterech z grupy Solidarności. Po rozmowach, których nie skąpił obietnic swoim nie był jednak całkowicie pewny tych ludzi wiedząc, że kto zdradza raz uczyni to bez wstydu po raz następny. Tak rozmyślając minął grupkę meneli, którzy znalazłszy fundatora popijali winko przed sklepem. Takim to dobrze, niewiele im do szczęścia potrzeba – pomyślał zatrzymując samochód na gminnym parkingu.
                                       Sesja miała dwóch rozgrywających. Pierwszą część rozegrał znakomicie Grzegorz Turlejski. Zgodnie z jego życzeniem i na jego wniosek siedemnastu radnych odwołało jednogłośnie ze stanowiska burmistrza nieobecnego z powodu choroby Michała Piekarskiego. W ten sposób na swoje nieszczęście Turlejski otworzył szeroko drzwi towarzyszowi Tadeuszowi do gabinetu szefa gminy. Rozgrywającym drugiej rundy był już Gaworski. Dziesięć oddanych na niego głosów przyniosło mu na dwa miesiące przed wyborami samorządowymi upragnione stanowisko burmistrza. Pan Tadeusz promieniał. On układny beneficjent komuny wygrał z ekipą Solidarności zajmującą w Radzie Miejskiej dwie trzecie miejsc. Mocno uchwycił ster władzy a kto ma władzę ten ma siłę. Możliwości człowieka, który uchwyci władzę wzrastają w postępie geometrycznym. Teraz on, Tadeusz Gaworski, niedawny banita, zmieniający często pracę, wyrzucony z Banku Spółdzielczego i pomawiany o korupcję stał się pierwszym człowiekiem w gminie. Schlebiali mu pracownicy Urzędu Miejskiego tak niedawno jeszcze słuchający ślepo Michała Piekarskiego. Zabiegali o rozmowę z nim wykonawcy gminnych inwestycji. Mimo niskiego wzrostu i skromnej postury mógł z góry patrzeć na innych, z tym swoim mylącym, pozornie dobrotliwym wyrazem twarzy, który był tylko maską bezwzględnego gracza, zimnego kalkulatora. Niepozorny wygląd kolejowego kasjera z czasów wczesnego PRL-u i brak erudycji z powodzeniem nadrabiał pozując na tak zwanego swojego chłopa. Ta prosta taktyka, służalczość wobec zwierzchników i głęboko skrywana ambicja pozwoliły mu utrzymywać się przy władzy przez całe dziesięciolecia. Trudne dla siebie okresy potrafił spokojnie przeczekać na jakimś niższym, ale kierowniczym stanowisku. W odpowiedniej chwili wracał, stawał w szranki i wygrywał. Tak było w 1980 roku, kiedy na fali politycznej odwilży zmuszono do odejścia ostatniego z nominowanego przez władze partyjne w Piotrkowie naczelnika kamieńszczańskiej gminy.
                                     Pan Tadeusz był wtedy w małej odstawce i zarządzał grupą remontowo-budowlaną przy Urzędzie Gminy. O tej grupie mówiono, że przepija fundusz gminny. Nie znaczyło to wcale, że jako kierownik pił ze swoimi pracownikami, on to tylko tolerował. W tamtych, zmierzchłych już czasach wysokość wynagrodzenia za pracę na państwowych etatach była regulowana przez rząd w Warszawie na poziomie minimum socjalnego. Niestety w tym koszyku niezbędnych zakupów nie uwzględniano tak znaczącej pozycji jak wydatki na alkohol. Skoro, więc powstrzymywanie się od picia nie wchodziło w rachubę trzeba było kraść. Kradzież mienia państwowego nie była uważana za grzech a jeśli tak to nic dziwnego, że pracownicy gminnego zaplecza już od rana łamali sobie głowy, co by tu z zakładu pracy wynieść i komu sprzedać, aby było, za co jeszcze przed fajerantem opróżnić kilka butelek wódki. Wyniesione na wódkę materiały rozpisywano na jakieś fikcyjne roboty. Kierownik grupy budowlanej nie musiał się martwić o środki finansowe na wynagrodzenia pracowników, bo wszystkie koszty utrzymania firmy pokrywał budżet gminy. Pan Tadeusz był jednak, jako się rzekło człowiekiem ambitnym i chciał się wykazać przed zwierzchnikami zmysłem organizacyjnym, W tym cele rozwinął podaż usług budowlanych, tyle, że fikcyjnych. Tanie kredyty na budownictwo mieszkaniowe i spory dopływ gotówki płynący do kieszeni kamieńszczan z Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów wywołały w gminie eksplozję budowlaną, Brakowało jednak materiałów budowlanych podlegających ścisłemu rozdzielnictwu. Jak na ironię gminna grupa budowlana miała tych materiałów w nadmiarze a to, dlatego, że mogły być wykorzystywane wyłącznie do wykonywania usług. Dla pana Tadeusza była to woda na młyn. W jego biurze tłoczyli się klienci a drzwi się nie zamykały. Ludzie chętnie płacili za układanie murów i zbrojenie stropów, choć tych usług pracownicy gminy wcale nie wykonywali. Chodziło im oczywiście o pozyskanie deficytowej stali zbrojeniowej i nie mniej poszukiwanych pustaków i cegieł. Kierownik Gaworski ograniczał swoją inwencję do wystawienia fałszywych faktur i sporządzania fałszywych sprawozdań. Szkoła, jaką wtedy przeszedł ukształtowania jego mentalność, jako organizatora życia publicznego w gminie a doświadczenie, które wtedy zdobył okazało się dla niego bardzo przydatne w bliższej i dalszej przyszłości.
                                     Tymczasem z Gdańska powiał odświeżający wiatr. Zmurszałe struktury partyjne w Warszawie ze strachu przed utratą władzy poluzowały śrubę i zaczęły stwarzać pozory demokratyzacji życia publicznego. Gminnej Radzie Narodowej w Kamieńsku zezwolono na wybór naczelnika gminy spośród dwóch kandydatów zaakceptowanych przez komitet partii w Piotrkowie. Niespodzianki jednak nie było. Piotrkowska instancja nominowała towarzysza Tadeusza Gaworskiego. Po raz kolejny dała o sobie znać partyjna zasada: mierny, bierny, ale wierny. Kontrkandydatem był nauczyciel szkół średnich, związany ze Stronnictwem Demokratycznym Mirosław Krężlik. Wobec 70 % komunistów w radzie wynik głosowania mógł być tylko jeden. Zwyciężył towarzysz Tadeusz i zdobył fotel naczelnika gminy. Uzyskał jednak tylko dwa głosy więcej od kontrkandydata, co oznaczało, że część członków jedynie słusznej partii nie oddało swych głosów na partyjnego kolegę.
                                       Od tej chwili dla Tadeusza Gaworskiego nastały złote czasy. Ruszyły, bowiem w teren wojskowe grupy operacyjne. Generał Wojciech Jaruzelski w swej naiwnej wierze w radziecki model socjalizmu zamierzał uzdrowić administrację i gospodarkę kraju przy pomocy wojskowej dyscypliny. Jednak wojskowi wypuszczeni z koszar na szerokie wody społecznego żywiołu poczuli się jak na urlopie. Gminni wielkorządcy przyjmowali ich jak udzielnych książąt. Kapitan i dwaj jego podwładni, którym armia powierzyła władzę nad Kamieńskiem żyli tu na poziomie godnym rzymskich senatorów. Zabawom i ucztom nie było końca. Zabawom i ucztom nie było końca. Koszty biesiad ponosiły miejscowe zakłady pracy. Ich kierownicy posługiwali się w tym celu sfałszowanymi fakturami. Hotel „Wisienka” był u szczytu powodzenia i ważności. W nim właśnie mieścił się sztab decyzyjny gminy. Oczywiście nic tam nie działo się bez towarzysza Tadeusza, bez jego wiedzy i akceptacji. Narady prowadzone w pokojach hotelowych mają to do siebie, że odbywają się na zupełnym luzie. Uczestniczył w nich często towarzysz Edward Chłapiński, sekretarz gminny partii komunistycznej /PZPR/., Jeśli mu tylko nie przeszkadzały nauczycielskie obowiązki.
                                       Wkrótce nastał stan wojenny, Trzynastego grudnia 1981 roku decydenci gminni i wizytujący ich wojskowi. W nerwowym napięciu przeglądali napływające teleksem instrukcje. Słuchali uważnie radiowych komunikatów. Wyczekiwali. W Kamieńsku jednak nic szczególnego się nie zdarzyło. Mijały dni i tygodnie. Groza stanu wojennego powoli rozpraszała się w szarości codziennego życia. Bunt przeciw dyktaturze topniał w sercach ludzkich, jaki śnieg w lutowych deszczach 1981 roku. Normalniało, ale była to normalność pustych półek w sklepach, kartkowego rozdziału żywności i alkoholu. Ten ostatni był produktem najbardziej pożądanym, bo przydziałowa półlitrówka na miesiąc nie zaspakajała nawet podstawowych potrzeb. Braki zaopatrzenia w trunki uzupełniał „swój chłop”, towarzysz Tadeusz. Miał on szczególne prawo do dodatkowych przydziałów wódki na różnego rodzaju uroczystości. Korzystał z tego pełną garścią zjednując sobie rzeszę zwolenników, choć tak naprawdę był tyko jednym z pali wbitych w polską ziemię, które podtrzymywały totalitarny ustrój, choć niekiedy nielicznym pomagał znosić niedogodności życia w tym ustroju. Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Tej dewizy towarzysz Tadeusz nigdy nie porzucił.
                                       Pierwsze lata stanu wojennego smutne były i źle się zapisały w społecznej świadomości. Niełatwo było kupić nawet najbardziej niezbędne człowiekowi rzeczy. Odbywały się regularne bitwy o węgiel, materiały budowlane i pasze przemysłowe. Gminna Spółdzielnia sprzedawała towary, których często nie było wcale w magazynach. Zrozpaczeni ludzie szturmowali wagony kolejowe na stacji w Gomunicach, żeby zdobyć coś, za co dawno już zapłacili. Od kilku lat straszyły popękane mury budynku Szkoły Podstawowej w Kamieńsku. Stara szkoła została zamknięta zaraz po tym jak zauważono liczne pęknięcia murów spowodowane prawdopodobnie wstrząsem tektonicznym, który miał miejsce w rejonie wkopu bełchatowskiej kopalni odkrywkowej. Dzieci rozlokowano w dawnej łaźni, nad sklepami w budynku Gminnej Spółdzielni i gościnnie w gmachu szkół średnich. Tak dalej być nie mogło, więc naczelnik powołał przy Urzędzie Gminy grupę budowlana, która miała podjąć się zadania wzniesienia nowoczesnego budynku szkolnego, Pan Tadeusz miał w zanadrzu niebywały atut. Posiadał dokument, w którym zapisano, że Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów sfinansuje w całości koszty budowy obiektu dla zaspokojenia potrzeb Szkoły Podstawowej w Kamieńsku.
                                      Genezę tego dokumentu można poznać cofając się nieco w czasie, do gorących, pełnych napięć miesięcy drugiej połowy, brzemiennego w dramatyczne wydarzenia 1981 roku. Kamieński byłby w tym czasie oazą spokoju, gdybym nie powołał pod szyldem tego miasteczka Komitetu Protestacyjnego Rolników. Komitet działał na zasadzie samoobrony pokrzywdzonej przez bełchatowską kopalnię ludności, zamieszkującej teren objęty negatywnym oddziaływaniem leja depresyjnego tej kopalni. Szczytowym momentem akcji protestacyjnej, której przewodziłem było spotkanie z Komisją Rządową kierowaną przez wiceministra Górnictwa i Energetyki doktorem Karolem Buchowieckim. Burzliwe obrady z udziałem władz Krajowego Związku Rolników, władz województwa piotrkowskiego z wicewojewodą Franciszkiem Jaciubkiem i władz gminy Kamieńsk odbyło się w salce na piętrze budynku przyległego do siedziby Urzędu Gminy. Chodziło głownie o odszkodowania za zdegradowane grunty rolnicze i odstąpienie od planów likwidacji wsi Koźniewice, ale też o zmuszenie KWB Bełchatów do wzniesienia w Kamieńsku budynku szkolnego w zamian za dotychczas pełniący tę rolę, który mocno ucierpiał na skutek szkód górniczych. Wprawdzie już wcześniej Kopalnia złożyła taką obietnicę, ale nie dotrzymała z powodu rzekomego braku wykonawcy, któremu można by było powierzyć budowę potężnego bądź, co bądź gmachu. Przedsiębiorstwa budowlane działały wtedy na podstawie centralnie zatwierdzanych planów a portfel zamówień firm zajmujących się budową obiektów szkolnych był już wypełniony na całą dekadę. Kopalnia znając sytuację umieściła na odrębnym rachunku bankowych pewną kwotę, która miała być [przeznaczona na koszty budowy szkoły. Z powodu wysokiej inflacji pieniądze te topniały szybciej niż majowy śnieg a wizja budowy była coraz bardziej odległa.
                                       W dniu 29 października przy krzykliwych protestach przedstawiciela Kopalni inżyniera Gramatyki i mocnym wsparciu miejscowych nauczycieli: Aleksandra Kozika, Mirosława Kreżlika a przede wszystkim dyrektora podstawówki Wiśniewskiego udało się sprecyzować jeden z najważniejszych zapisów umowy społecznej, która wtedy została zawarta z komisją rządową. Mocą tego dokumentu zawartego ze mną przez rząd Mieczysława Rakowskiego bełchatowska kopalnia została zobowiązana do sfinansowania w całości kosztów wzniesienia pełnowymiarowego budynku szkolnego z salą gimnastyczną na potrzeby Kamieńska.
   Ten słynny zapis dał naczelnikowi gminy Kamieńsk Tadeuszowi Gaworskiemu klucz do przebogatej, kopalnianej kasy. Strumień pieniędzy z tej kasy płynął do gminy Kamieńsk aż do czasu ostatecznego zakończenia budowy.
  Grupa budowlana pana Tadeusza składała się z różnych pracowników, niezłych fachowców i tych od siedmiu boleści. Budowa ciągnęła się i ślimaczyła całymi latami a marnotrawstwo nie miało granic. Jeszcze przed zakończeniem prac budowlanych w baraku biurowym wykonawcy wybuchł pożar. Jak się należało spodziewać spaliły się dokumenty z księgowości. Niewiadomo, więc jak dokonano rozliczenia tej budowy. Pomimo wszystkich przeciwności losu i fatalnego zarządzania inwestycją, szkołę jednak wybudowano a towarzysz Tadeusz przypisał sobie wszystkie zasługi, Odbyła się dęta uroczystość, wręczono ordery a szef piotrkowskiego Kuratorium Oświaty i Wychowania Lucjan Reczek wygłosił płomienne przemówienie polityczne. Straszył nauczycieli, dzieci oraz nielicznych, przybyłych na rozpoczęcie roku szkolnego mieszkańców Kamieńska niemieckim rewizjonizmem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz