Łączna liczba wyświetleń

piątek, 8 lipca 2011

Nowy początek


Nastał upalny lipiec 1994 roku. Było coś niezwykłego w suchym powiewie wschodniego wyżu. Objawił się jednocześnie z nadmiarem rąk do pracy czy też z nadmiarem ludzi poszukujących gorączkowo jakiś wolnych etatów. A tych nie było wcale. Mało, kto rozumiał tę nagłą przemianę. Słowo bezrobocie nabrało nagle realnego kształtu i jak obuchem otworzyło drzwi ku najbliższej przyszłości. Jeszcze niedawno za komunistycznej władzy każdy miał prawo do choćby miernej egzystencji. Teraz już nie. Z dnia na dzień zniknęła ochronna rola państwa. Tamtego państwa o ograniczonej wolności obywatelskiej. Wolność, która nastała była ogromna, ale zniknęła bezpowrotnie pewność egzystencji ludzkiej jednostki. Początek tych zmian wyglądał nawet optymistycznie. Każdy, co stracił pracę otrzymywał zasiłek dla bezrobotnych. System zasiłków obejmował również absolwentów szkół i tych, którzy nigdy pracą się nie zhańbili. Wysokość zasiłków niewiele odbiegała od wielkości minimalnej płacy, więc pracować się nie opłacało. Fajnie było, ale tę sytuację można było porównać do poprawy samopoczucia chorego przed agonią. Zgodnie z przewidywaniami malkontentów zasiłki wkrótce się wyczerpały. Praca przestała być socjalistycznym obowiązkiem. Stała się trudno dostępnym dobrem.
            W dniu 15 lipca Zarząd Miasta powołał na wiosek burmistrza dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej Mieszkaniowej i Rolnej. Pan Tadeusz uczynił to niechętnie pozwalając sobie przy okazji o lekko uszczypliwe uwagi o kandydacie. Musiał jednak to zrobić, bo w obliczu silnej opozycji nie mógł sobie pozwolić na utratę głosów ludowców w radzie, przynajmniej do czasu aż swoją, znana metodą uda mu się pozyskać kilku radnych do swej niejawnej struktury. W trzy dni później dyrektor przystąpił do organizowania pierwszej w Kamieńsku firmy samorządowej. Nikt tu jeszcze nie wiedział jak ma wyglądać w praktyce gminny, budżetowy zakład komunalny.
            Z uchwała Rady Miejskiej w ręku podjętą w oparciu o sejmową ustawę i wzór statutu przysłany z Warszawy trzeba było wkroczyć w gminną rzeczywistość. Należało przejąć zadania wykonywane dotąd przez odrębne jednostki organizacyjne i połączyć to wszystko w jeden sprawny organizm, pokonując przy tym sprzeczności między sztywnym gorsetem prawa budżetowego a wymogami wolnej przedsiębiorczości. A przede wszystkim należało stworzyć zespół ludzki, który podoła temu wyzwaniu. Było to zadanie tym trudniejsze, że trzeba było zintegrować grupę gospodarczą działającą przy Urzędzie Miejskim z grupa przejętą z Wojewódzkiego Zakładu Usług Wodnych. W tym celu nieodzowne było zorganizowanie zespołu księgowo-finansowego nowej samodzielnej jednostki gospodarczej. Zakład budżetowy nie ma prawnych możliwości odnawiania i powiększania majątku. To gmina ma obowiązek wyposażać go w środki trwałe i obrotowe. Zakład w Kamieńsku otrzymał od gminy dość znaczne środki trwałe. Wśród nich kombajn zbożowy, ciągniki rolnicze ze sprzętem towarzyszącym, dwa małe samochody „star”, ładowarkę, koparkę i spychokoparkę. Były też autobusy: dwa stare „sany”, prawie nowy „jelcz” PK 100 i dwa cięgniki gąsienicowe o wartości złomu. Najogólniej rzecz biorąc ilość i stan tego sprzętu pozwalały na prowadzenie przewidzianej statutem działalności, ale rok później trzeba było już myśleć o stopniowej wymianie starego sprzętu na nowy i powiększaniu parku maszynowego. Niestety bez środków inwestycyjnych i pieniędzy w obrocie działalności gospodarczej prowadzić się nie da.
            Rada Miejska zgodnie z ustawą powinna wyposażyć zakład budżetowy w środki obrotowe niezbędne do prowadzenia bieżącej działalności. Burmistrz Gaworski uznał, że wyasygnowanie 100 milionów starych złotych załatwia sprawę, tymczasem każdy, kto choć trochę znał się na handlu wiedział, że kwota w tej wysokości mogła wystarczyć na prowadzenie małego sklepiku a nie firmy zatrudniającej 35 osób. W sąsiednich gminach nie popełniono tak kardynalnych błędów. Tam jednostkom komunalnym nieco mniejszym od kamieńszczańskiej przydzielono po 500 milionów na zagospodarowanie.
W ten sposób wyznawana przez pana Gaworskiego filozofia „chłopka-roztropka” ustawiła Zakład w roli permanentnego żebraka na kilka następnych lat.
            Brak własnych środków finansowych w działalności gospodarczej można zastąpić kredytami bankowymi. Niestety regulamin działania Zakładu nie przewidywał dla dyrektora prawa do zaciągania kredytów a burmistrz o kredytowanie do Rady Miejskiej nie zamierzał występować. Dyrektorowi pozostawało, więc żonglowanie między opóźnianiem zapłaty zobowiązań a błyskawicznym ściąganiem należności, żeby utrzymać płynność finansową firmy. Była to dla niego i służby finansowej Zakładu jedna wielka udręka. Przy niskich obrotach było to jeszcze wykonalne, ale Zakład szybko się rozwijał, żeby zaspokoić potrzeby gminy a gdy sprzedaż miesięczna usług wzrosła do 700 milionów starych złotych trzeba było każdą posiadana złotówką obrócić siedem razy w miesiącu a to była już prawdziwa ekwilibrystyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz