Łączna liczba wyświetleń

sobota, 16 kwietnia 2011

Siła złego


Był początek lipca 1998 roku. Na budowie oczyszczalni ścieków roboty dobiegały końca. Nowa oczyszczalnia miała zastąpić wysłużone już, wymagające kosztownych remontów urządzenia. Przy wszystkich zaletach owego obiektu gminę czekał jednak poważny wzrost kosztów utrzymania oczyszczalni ze względu konieczność opłacenia znacznie większego zatrudnienia. Zaraz po rozpoczęciu budowy dyrektor poprosił burmistrza o sprecyzowanie liczby pracowników niezbędnych do utrzymania nowej oczyszczalni w ruchu. Burmistrz niefrasobliwie oświadczył, że wystarczy jak dotąd jeden pracownik. Dyrektor poprosił o wgląd do dokumentacji i okazało się, że projekt zakłada minimalną osadę na 4 i pół etatu. Kto miał, zatem pokryć koszty zatrudnienia dodatkowych pracowników? Rysowała się tylko jedna alternatywa. Znaczne podwyższenie opłat za zrzut ścieków albo dotacja do oczyszczania ścieków z budżetu miasta. Zarząd Miasta umył ręce i nie zajął w tej sprawie żadnego stanowiska i tym samym skazał Zakład Komunalny na poważne straty. Dyrektor miał tylko rację. Natomiast burmistrz miał władzę i pragnął spreparować w podły sposób jakąś podkładkę, żeby pozbyć się dyrektora. Dążył do osiągnięcia swojego celu bez oglądania się na skutki, Nie zawahał się, więc przed doprowadzenien do zachwiania finansów Zakładu, żeby móc postawić dyrektorowi zarzut złego zarządzania. Tadeusz Gaworski od dawna z premedytacją przygotowywał finansową pułapkę. Już podczas uzgadniania z Zarządem Miasta planu finansowego na 1998 rok dyrektor precyzyjnie wyliczył, że przy stosowanej przez burmistrza polityce powierzania większości robót w gminie prywatnym wykonawcom Zakład nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowego poziomu zatrudnienia. A dyrektor ludzi zwalniać z pracy nie chciał. Burmistrz działając metodycznie na szkodę Zakładu zlecał mu takie roboty, za które nie zamierzał płacić. Na przestrzeni ostatnich lat z powodu rażących zaniedbań władz samorządowych Kamieńska uległ dewastacji ośrodek wypoczynkowy w lesie na Wrzoskach. Po dwóch pożarach i wyczynach miejscowych wandali nędzne pozostałości zdemontował na polecenie szefa gminy dział transportowy Zakładu Gospodarki Komunalnej. Po trzech tygodniach pracy burmistrz odmówił zapłaty za pracę oferując w zamian szmelc z oczyszczonego sporym nakładem kosztów lasu.
Inną, perfidna metodą nękania dyrektora były żądania wykonywania nikomu nie potrzebnych sprawozdań i analiz. Nikt ich chyba nie czytał a na pewno nikt nie wciągał z nich  żadnych wniosków.
Swoistym kuriozum była kontrola przeprowadzona na polecenie burmistrza przez Stanisława Lisiaka, gminnego inspektora Higieny i Bezpieczeństwa Pracy. W protokole pokontrolnym stało jak byk, że plac Zakładu przypomina dzikie wysypisko śmieci. Tak było w istocie z tym, że gospodarzem placu nie był dyrektor tylko burmistrz a zaprzyjaźniona z nim firma należąca do radnego Ireneusza Masiarka gromadziła na nim różnego rodzaju materiały, odpady a nawet śmieci. Dyrektor oburzony na bezczelną manipulację ostro za zaprotestował przeciw obarczaniu go grzechami burmistrza więc ów sławetny protokół po cichu zniszczono. Wtajemniczone osoby po cichu podśmiewały się z burmistrza, że zlecił spreparowanie trefnego protokołu-donosu do komisji rewizyjnej przeciw sobie.
Takimi i innymi wrednymi sposobami Tadeusz Gaworski z miesiąca na miesiąc zaciskał zręcznie pętlę na szyi Zakładu pozbawiając dyrektora możliwości pomyślnego zakończenia piątego, kolejnego roku budżetowego. Szkodził nie tylko człowiekowi, który stał na czele Zakładu, ale przede wszystkim wyrządził niepowetowane szkody Zakładowi Gospodarki Komunalnej o dobro, którego powinien dbać z racji zajmowania stanowiska burmistrza.
Siła złego na jednego. W Zakładzie, który z winy burmistrza nie posiadał prawie żadnych środków finansowych w obrocie szczególnie niewdzięczną była praca zespołu finansowo-księgowego. O roku kierowała tą grupą pracowników Janina Bezulska Wolna. W połowie 1997 roku dyrektor poszukiwał właściwej osoby na stanowisko głównej księgowej. Zgłosiła się wtedy do niego dziewczyna delikatna i niewysoka. powinna mieć tremę, bo przecież nikogo w tej firmie nie znała a ona zagadała dyrektora prawie na śmierć. Pod kamuflażem dziecinnej nieco paplaniny można było jednak wyczuć wiedzę, predyspozycje i odpowiedzialność kandydatki. Może nie spodziewała się tak szybkiej decyzji, ale decyzja natychmiast zapadła.
-Jak pani ma na imię- zapytał dyrektor.
- Dla znajomych jestem Żaneta – odpowiedziała księgowa.
- No to witaj w naszym Zakładzie Żaneta – zakończył rozmowę dyrektor.
I pozostała. Bywało jej pełno wszędzie lecz potrafiła też zamilknąć z małą buzią nad wielką księgą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz