Małą stranę można sobie swojsko przetłumaczyć, jako mniejszą ojczyznę słowiańską w stosunku do Polski. Złośliwi Polacy twierdzą, że język czeski to też polski tyle, że w Polsce używany wyłącznie na poziomie przedszkola a w Czechach przez całą populację. Tak jakby u naszych sąsiadów dorastające małolaty zachowywały dziecinne słownictwo i takiż sposób mówienia, który u dorosłych braci Czechów tak bardzo nas śmieszy. Nas przybyszów z większej słowiańskiej ojczyzny położonej po drugiej stronie czeskich kopców. Dziecinny według nas język Czechów, który tak bardzo nas śmieszy wcale nie świadczy o naszej nad nimi wyższości. Wręcz przeciwnie. Na przestrzeni wieków naszym zasudeckim braciom wiodło się na ogół lepiej niż nam. Zachowywali się racjonalnie wobec dziejowych wyzwań i na ogół nie robili takich głupstw jak nasi bohaterscy przodkowie. Mają, więc dziś piękną, pełną zabytkowych budowli Pragę podziwianą przez turystów z całej Europy.
Zwabieni ciekawością świata przyjechaliśmy z Kamieńska podziwiać ich piękną stolicę i napić się słynnego, czeskiego piwa, które w dodatku okazało się tańsze niż nasze. A już całkiem tanie były mocniejsze trunki. Pewnie, dlatego do Czech nie trafiły cysterny słynnego Royalu, który za sprawą sprytnych a skorumpowanych polityków zalał swego czasu całą Polskę nabijając kieszenie spekulantów i rujnując niemal doszczętnie polski przemysł spirytusowy. Czesi takiego bezeceństwa się nie dopuścili, dlatego wszechobecni turyści z Polski mogli nakupić sobie alkoholu ile chcieli i zabierając ze sobą przysparzali dochodów miejscowemu przemysłowi i fiskusowi. Słynne piwo czeskie nie jest wcale lepsze od polskiego no może z wyjątkiem Pilsnera, który naprawdę jest doskonały a czeskie wódki czyste podobne do naszych są w smaku. Umiejętność gospodarowania w sektorze używek musi budzić podziw dla słowiańskich braci, który przechodzi w respekt, kiedy się porówna osiągnięcia sportowe obu nacji. Czesi byli dwukrotnie wicemistrzami świata w piłce nożnej oraz mistrzami i wicemistrzami Europy, są też mistrzami olimpijskimi i mistrzami świata w hokeju. O narciarstwie lepiej nie wspominać. Wprawdzie po obu stronach granicy żyją tacy sami górale, ale widocznie czescy częściej trenują niż piją a nasi odwrotnie, bo we wszystkich dyscyplinach zimowych biją nas na głowę. Z Czechami nam lepiej o sporcie nie dyskutować, bo przypomną jak było w Atlancie, gdzie jeden ich wioślarz o nazwisku Doktor zdobył tyle olimpijskich medali, co połowa naszej 100 osobowej reprezentacji.
Po tych rozważaniach przy lichej kolacji w małym hoteliku na dalekich przedmieściach pojechaliśmy autobusem do centrum przepięknej czeskiej stolicy. Tuż po zmroku bardziej wrażliwi na światło i dźwięk turyści mogli podziwiać kunszt artysty, który z wodotrysków i kolorowych świateł stworzył ilustrację do uwertury Bedricha Smetany z czeskiej opery narodowej „Sprzedana narzeczona”. Wszechwiedzący przewodnik twierdził, że to fascynujące widowisko zaprogramował Polak. Jeśli to prawda byłby to jedyny, polski akcent kulturalny w czeskiej metropolii tego lata.
Zwiedzanie kontynuowaliśmy drugiego dnia. Jowialny i miły przewodnik z Jeleniej Góry prowadził nas utartym, turystycznym szlakiem skręcając, co jakiś czas z męską częścią wycieczki do urokliwych piwiarni w Polsce zwanych pubami, gdzie właściciele z wdzięczności za doprowadzenie klientów stawiali mu darmowe drinki po spełnieniu, których stawał się jeszcze milszy i bardziej wesoły. W ten sposób doprowadził grupę na Złotą Uliczkę, gdzie kiedyś rzekomo złotnicy wytwarzali swoje dzieła. Pan przewodnik jednak wątpił w prawdziwość tej opowieści. Uznawał jednak, że mimo lichej zabudowy tego miejsca jego nazwa jest jak najbardziej na czasie ze względu na złoty interes, jaki robią sprytni Czesi sprzedając tu tandetne bibeloty po horendalnie wysokich cenach całym rzeszom ciekawskich turystów. Na Hradzie nie było akurat prezydenta. Waclaw Hawel nie przyjął, więc kamieńszczańskich turystów a innego Wacława, premiera Klausa widzieliśmy tylko na plakacie, bo nasi południowi sąsiedzi mieli właśnie wybory parlamentarne. Zwiedziliśmy natomiast Plac Wacława, gdzie dotarliśmy pokonując Wełtawę mostem Karola. Przepiękny jest ten zabytkowy most i jakże pożyteczny, gdyby go nie było nie mieliby się gdzie zbierać miejscowi i zagraniczni narkomani. Szukaliśmy Szwejka, ale bezskutecznie. Podziwialiśmy jego wielu rodaków, którzy nigdzie się nie spiesząc popijali piwo w stylowych wnętrzach i na tarasach praskich piwiarni. Odnieśliśmy wrażenie, że życie płynie naszym sąsiadom jakby wolniej, łagodniej i milej.
W żydowskiej dzielnicy za szybami ekskluzywnej kawiarni siedzieli przy winie starozakonni z charakterystycznymi pejsami i w jarmułkach. Towarzyszyły im strojne żydowskie piękności. Zdarzyła nam się niepowtarzalna okazja do oglądania prawdziwych Żydów. Wprawdzie w naszym kraju podobno aż roi się od potomków Mojżesza, ale chyba tylko w antysemickich pisemkach i kazaniach pewnego księdza prałata z Gdańska.
Wycieczkę do Pragi prowadził właściciel małego piotrkowskiego biura podróży o szumnej nazwie Katania, ubrany w gustowną kamizelę pan Zdziś. Miało to tę dobrą stronę, że można było skutecznie interweniować w sprawie, jakości wyżywienia. Po tej, pierwszej, mizernej kolacyjce następne posiłki były już bez zarzutu. Gorzej było z pogodzeniem oczekiwań wycieczkowiczów z interesami małej grupki kupczyń towarzyszących panu Zdzisiowi. Te na pierwszy rzut oka miłe panie chciały wyłącznie biegać po sklepach za tanimi butami, które kupowały w ilości po kilkadziesiąt par. Do sprzeczności nie musiało dojść skoro dyrektor nie godził się na zabieranie dodatkowych osób spoza Zakładu. Jednak obrotny pan Zdziś zdołał uzyskał na to w jakimś sposobem zgodę osoby, która w imieniu szefa załatwiała formalności w biurze podróży. W drodze powrotnej towarzyszące właścicielowi Katanii kobiety zażądały, żeby z Bełchatowa zawieźć je bezpośrednio do Piotrkowa a potem właściwą wycieczkę okrężną drogą do Kamieńska. Tak się nie stało, ale było trochę niepotrzebnego szarpania nerwów na zakończenie udanej w sumie imprezy.. Potwierdziło się jednak stare porzekadło o łyżce dziegciu, którą można zepsuć całą beczkę miodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz