Łączna liczba wyświetleń

środa, 6 kwietnia 2011

Czas manipulacji


W mrokach powyborczej nocy jaśniały dwa okna w budynku przy ulicy Głowackiego. W lokalu, gdzie zazwyczaj odbywały się zebrania PSL-u obradował wyborczy sztab ludowców. Obecny był także sprzymierzony z nimi radny Kazimierz Pietras. Składano sobie gratulacje po wyborczym sukcesie. Ludowcy wprowadzili do Rady Miejskiej pięciu radnych i zastanawiali się nad utworzeniem większościowej koalicji w radzie. Padały różne propozycje wyłonienia nowego składu Zarządu Miasta. Wszyscy byli zgodni, że należy zrezygnować z sojuszu z grupą Gaworskiego. Dyrektor Zakładu stawiał na Chłapińskiego, jako nowego burmistrza, lecz decydować obsadzie stanowisk mogła tylko koalicja złożona z 10 radnych. Należało, więc pozyskać jeszcze czterech radnych i zawiązać z nimi koalicję. Padło na układ z AWS-em a oni mieli 3 miejsca w radzie. Nie dawało to jeszcze większości. Zapadła szybka decyzja, żeby natychmiast złożyć wizytę radnemu Krężlikowi. W środku nocy Chłapiński i Pietras zapukali do drzwi pana Mirosława a pół godziny później przynieśli niedobrą wiadomość o kategorycznej odmowie radnego. Bardzo aktywny tej nocy Chłapiński przyprowadził chwilę później radnego Mariana Kopcika z Akcji Wyborczej Solidarność. Za jego pośrednictwem przekazano Grzegorzowi Turlejskiemu propozycję zawiązania koalicji PSL – AWS. Była to zasadnicza zmiana w gminnym układzie politycznym, bo do tej pory obie partie nastawione były do siebie raczej wrogo, choć nie wynikało to ze zbyt wielkich rozbieżności programowych a raczej z wzajemnej niechęci liderów. Oba ugrupowania wzajemnie sobie szkodziły a korzyści z tego odnosił ten trzeci, czyli Tadeusz Gaworski, który przez nikogo nienękany budował spokojnie swoją grupę interesów.
              Ta sytuacja miała ulec zasadniczej zmianie. Rankiem następnego dnia złożył wizytę ludowcom Grzegorz Turlejski. Wyciągnął rękę do zgody. Obecni w salce przywitali go uściskami dłoni a dyrektor ZGK zaproponował utworzenie koalicji z burmistrzem, Chłapińskim i przewodniczącym Rady Miejskiej Turlejskim na czele. Pan Grzegorz zgodził się i mówił coś o zakopaniu wojennych toporów. Do pełnego szczęścia brakowało jeszcze jednego radnego. W tej sprawie odbyło się nazajutrz spotkanie w budynku Zespołu Szkół Ponadpodstawowych z udziałem jednego z dawnych liderów AWS-u a obecnie radnego niezależnego – Bogdana Pawłowskiego.
              Jeszcze tego samego dnia zdzwonił do dyrektora ZGK burmistrz Gaworski i poprosił o spotkanie. W godzinę później ścisłe kierownictwo PSL- u oczekiwało na burmistrza w pokoju dyrektora. Przyszedł wkrótce po telefonicznym powiadomieniu wyglądał na zdenerwowanego, kiedy przemówił głos mu się łamał, ręce drżały.
- Nie muszę być burmistrzem – mówił. – Jeśli uważacie, że powinienem odejść to odejdę. Już kilka razy odchodziłem.- Jeśli nie chcecie mnie na burmistrza mogę być zastępcą. Spróbujmy się dogadać. Mówił coś jeszcze a jak już skończył swój monolog skurczył się tak jakoś, że wydał się być jeszcze mniejszym niż był w rzeczywistości. Wtedy odezwał się dyrektor.
              - Panie burmistrzu niech Pan posłucha- powiedział. – Źle pan postępował. Od chwili, kiedy zapewniliśmy panu fotek szefa gminy, czynił pan wszystko i to dość skutecznie, żeby odsunąć nas od wpływu na jakiekolwiek decyzje w gminie. Starał się pan nam przeszkadzać a po pewnym czasie zaczął pan nas zwalczać. Zlecał pan gminne roboty radnemu Masiarkowi i robił wszystko, co możliwe, żeby pomniejszyć znaczenie ZGK. Najsmaczniejsze kąski z gminnej oferty inwestycyjnej były przeznaczane dla kolegi Irka. W tej gminie nie ma miejsca na dwa zakłady gospodarki komunalnej, samorządowy i prywatny. Musi być podjęta 0stateczna decyzja. Musimy coś wybrać, albo będzie się rozwijał gminny zakład komunalny albo jego miejsce zajmie prywatna firma należąca do radnego.
              Pan Tadeusz jakby trochę ochłonął i wtrącił się do rozmowy. – Co tam Irek, on jest tylko radnym. Nie on będzie decydował. To my wspólnie określimy gminną politykę w inwestycjach. Przerwał mu Chłapiński, który od początku spotkania kręcił się niecierpliwie w fotelu. Zaczął mówić szybko i dobitnie, tak jakby przygotował sobie sinolog tylko dla jednego słuchacza. Adresem jego monologu był Tadeusz Gaworski.
            - Panie burmistrzu – zaczął Edward. – Ja zrezygnowałem z posady zastępcy burmistrza na rzecz Kuliberdy tylko po to, żeby mogła powstać koalicja zdolna odsunąć od władzy Turlejskiego i dzięki temu pan został burmistrzem. Liczyłem na to, że pan mi się zrewanżuje. Chciałem tylko pół etatu w Urzędzie, jako koordynator sportu. A pan co? Pan zwlekał i zwodził mnie przez cztery lata. Miał pan wolne etaty, przyjmował pan ludzi, zatrudnił pan w Urzędzie swojego syna. Jak ja mam teraz się zachować? Czy ja mogę znów na pana stawiać? Ja już panu nie wierzę.
              Chłapiński przemawiał na pograniczu patosu tytułując cały czas Gaworskiego burmistrzem. Odpowiedź pana Tadeusza zabrzmiała ja dysonans.
              -Edziu – powiedział. – Chciałem ci dać te pół etatu, ale wiele osób było przeciwnych powoływaniu takiego stanowiska w gminie. Mimo tego to moja wina, bo decyzja należała do mnie a ja jej nie podjąłem.
            W tym momencie włączył się do rozmowy Andrzej Kułak.
              - chciałbym usłyszeć, dlaczego zwalczał pan moją kandydaturę w Gorzędowie. Wystawił pan na listę wyborczą Straży Pożarnej w Gorzędowie kandydata Kopcika i nakazał pan swoim zwolennikom, żeby na niego głosowali? – pytał.
                 - To nieprawda! – zripostował Gaworski. – Nie działałem przeciw tobie. Kopcika wystawiła straż a ja nie mogłem zabronić mu kandydowania.
              W taki sposób pan Tadeusz mały i pokorny sprytnie odpierał stawiane mu przez rozmówców zarzuty. Zastosował swoją starą jakże często skuteczną taktykę przyjmując na siebie winę tylko po to, żeby przeczekać najgorsze chwile i zachować szanse na przedłużenie rozmów potrzebował trochę czasu na wyłamanie choćby jednego tylko radnego z wyłaniającej się koalicji. Rozmowy odroczono do następnego dnia miał, więc Gaworski całą dobę na zakulisowe działania. Nazajutrz okazało się, że dobrze ten czas wykorzystał do umocnienia swojej pozycji w walce o wygodny fotel burmistrza Kamieńska.
              Wystarczyła jedna noc a wiele się zmieniło. Andrzej Kułak po konsultacjach z żoną całkowicie zmienił front i zapragnął kontynuacji sojuszu z Gaworskim. Doszło jednak do ponownego spotkania z grupą Turlejskiego w budynku szkół średnich. Obecny był również Bogdan Pawłowski. I tu wyszło szydło z worka. Okazało się, że ten radny, jeden liderów Solidarności, który podczas minionej kadencji zwalczał Tadeusza Gaworskiego został jego gorącym stronnikiem. Wprawdzie na spotkaniu mówił coś bez przekonania o udziale AWS-u w sprawowaniu władzy, ale była tylko gra pozorów. Niespodziewany akces Pawłowskiego do Silnej Grupy doprowadził do równowagi sił w nowej radzie. Nie było, więc szans na wybór nowego burmistrza a stary zachowywał nadal pełnię władzy.
              W godzinę po zakończonym bez żadnych uzgodnień spotkaniu w szkole w pokoju dyrektora Zakładu Komunalnego pojawił się pan Tadeusz. Odmieniony, pogodny i uśmiechnięty zaczął dyktować swoje warunki.
              - Chcą mnie na burmistrza – powiedział sugerując istnienie jakiejś mocno wpływowej grupy poparcia lub większościowej grupy radnych.
              - Jak pan widzi obsadę pozostałych stanowisk? – zapytał dyrektor.
              - Bez zmian – odpowiedział. Zastępcą burmistrza pozostanie Kuliberda a przewodniczącym rady będzie nadal Pawelec.
              Czyli dla was wszystko, dla nas nic – uciął krótko dyrektor.
Na tym spotkanie zakończyło się a uczestnicy wprawdzie poszli do domów, lecz nie wszyscy odpoczywali. Pan Gaworski jeszcze tego dnia podjął próbę rozbicia grupy ludowców i przeciągnięcie na swoją stronę dwóch radnych, dotąd mu przeciwnych
              Następnego dnia do domu Lisów w Podjeziorze wszedł radny Masiarek. Radnego Kazimierza Lisa nie było w domu a nieoczekiwanego gościa przyjęła jego żona Ewa.
              -, Z czym przychodzisz Irek – zapytała bez zbędnych ceregieli.
              - Szukam jedności – odpowiedział radny.
              - Jak to jedności? – zapytała zdziwiona pani Ewa. Przecież wstawiłeś
                przeciw Lisowi dwóch przeciwników w do mandatu radnego.
              - Tak było – przyznał Irek. ale jeszcze możemy się dogadać.
Wieczorem tego samego dnia w mieszkaniu dyrektora zadzwonił telefon.
              -Mówi Lis – odezwał się głos w słuchawce. Dzisiaj o dwudziestej będę miał gości.
              Zapowiedział się Gaworski ze swoją ekipą.
              - Będą cię dręczyć i obiecywać, żebyś się do nich przyłączył. – Natychmiast zawiadomię Chłapińskiego, żeby był u ciebie pół godziny wcześniej.
Tak właśnie się stało. Wchodzący do domu Lisów: Gaworski, Kuliberda i Masiarek zobaczyli ku swemu zaskoczeniu siedzącego za stołem radnego Edwarda. Manewr bezpośrednich rozmów z radnym Lisem został spalony. „Silna grupa” wróciła z niczym.
              Równolegle do podchodów pod Lisa czynił pan Tadeusz starania o pozyskanie Kazimierza Pietrasa a pomagali mu Pawelec z Kuliberdą. Zaczęło się od telefonicznych Romów a potem były wizyty w domu Pietrasów. Okazało się jednak, że radny Pietras w oczekując na rozwój sytuacji nie chciał zbyt wcześnie się określić, żeby za swój głos w radzie wytargować jak największe korzyści. Podejrzenie to potwierdziło się niebawem, kiedy przedstawiciel francuskiej firmy Sater złożył radnemu propozycję z tych nie do odrzucenia. Gaworski na razie nic nie ugrał i musiał rozmawiać znowu z całą grupą ludowców.
              Ostateczne ustalenia zapadły w przeddzień pierwszej sesji Rady Miejskiej w pokoju dyrektora Zakładu. Gaworski zaproponował Pietrasowi stanowisko przewodniczącego rady. Chciał w ten sposób pozbyć się Chłapińskiego a stanowisko zastępcy burmistrza uratować dla Kuliberdy. Pietras jednak odmówił uważając, że korzystniej dla niego będzie ulokować się w Zarządzie Miasta, choć później przeszkodził mu w tym inspirowany przez burmistrza sprzeciw gminnych prawników. Wtedy Chłapiński Gaworskiego o indywidualną rozmowę. Po, której były towarzysz Tadeusz zgadzał się powołać na swego zastępcę byłego towarzysza Edwarda. Wydaje się być pewnym, że właśnie wtedy Edward obiecał Tadeuszowi przy najbliższej okazji zdradzić swoich sojuszników w zamian za etat wiceburmistrza. Wtedy jeszcze Edwarda nikt o paskudną zdradę nie podejrzewał. Ostatecznie ustalono, że Kuliberda będzie przewodniczącym rady a Kułak jego zastępcą. W Zarządzie Miasta mieli zasiąść radni: Pawelec, Ludwiczak i Kowalski.
              Dyrektor wiedział już, że walka z Silną Grupą została przegrana, ale miał nadzieję, że Chłapiński wspomagany przez Kowalskiego będzie skutecznie pilnował poczynań burmistrza. Jakże się pomylił, bo kilka tygodni później przy aprobacie tych wypromowanych przez siebie ludzi został odwołany ze stanowiska. Następnego dnia na pierwszej sesji rady wybrano przewodniczącym Jana Kuliberdę. Problemy zaczęły się przy wyborze jego zastępcy, gdy nieoczekiwanie, łamiąc wcześniejsze ustalenia Silna Grupa wystawiła kandydaturę Andrzeja Pawelca przeciw Andrzejowi Kułakowi. Wtedy Kuliberda ogłosił przerwę w obradach i wznowiono poufne rozmowy u dyrektora Zakładu. Pawelec za nic nie chciał wycofać się z kandydowania mimo oświadczenia Gaworskiego, że odda swój głos na Kułaka. Musiał Pawelec wiedzieć coś więcej o prawdziwych zamiarach kolegi Tadeusza. W międzyczasie sytuacja bardziej się skomplikowała, bo zgłosił kandydaturę Mariana Kopcika. Ludowcy nie wierząc burmistrzowi postanowili poprzeć Kopcika. Głosował na niego także Kułak. W ten sposób obnażyli prawdziwe oblicze Tadeusza Gaworskiego, który dziesięć minut wcześniej przysięgał na Boga, że odda głos Kułakowi a po ogłoszeni wyników okazało się, że na Kułaka nikt nie głosował. Ponieważ ani Kopcik ani Pawelec nie otrzymali wymaganej liczby głosów wycofali się z dalszych wyborczych zmagań. Zastępcą przewodniczącego Rady Miejskiej został Kazimierz Pietras.
              Ten suchy opis bezwzględnej walki o stanowiska nie jest w stanie oddać atmosfery napięcia i stresu, jakie towarzyszyły bardziej wrażliwym osobom uwikłanym w manipulacje towarzyszące wyłanianiu wierchuszki samorządowych władz, Ileż tam było obietnic bez pokrycia, fałszywych deklaracji, niedotrzymanych uzgodnień, prób wymanewrowania sojuszników nie mówiąc już o absolutnym braku szacunku dla przeciwników, bo z tymi się nikt nie liczył. Po tym żenującym spektaklu na zawsze już pozostał niesmak do krętaczy, którzy następnego dnia zasiedli w fotelach, jako gminni dostojnicy. Słowo dostojnik jest tutaj jednak nie na miejscu, bo nie wolno w ten sposób hołubić ludzi, którzy łamiąc wszelkie zasady walczyli zaciekle o władzę i pieniądze na najbliższe cztery lata.
              W całej, tej burzliwej kampanii nie było ani słowa o programie dla gminy, o przyszłości Kamieńska, chyba, że założeniem programowym Silnej Grupy było usunięcie ze stanowisk ludzi wyznających jakiś system wartości i z uwagą patrzących na ręce sięgające do gminnej kasy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz