Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 5 kwietnia 2011

Kasa chorych

Władza jest jak czarna dziura, pochłania wszystkich, którzy znajdą się w jej orbicie. Wystarczy zostać wybranym do zasiadania w wehikule demokracji, by dotrzeć do czarnej dziury władzy. Stamtąd nikt dobrowolnie nie powraca, Będzie tam tkwił dopóty, dopóki jakiś wielki wybuch nie odrzuci go daleko w polityczny niebyt.
              Władza wyrasta na budżecie i budżetem się karmi. Budżet to kasa chorych. Chorych na władzę, na przerost ambicji, na próżność. Władza żerując na budżecie wytwarza truciznę. Ta trucizna niewoli umysły ludzi władzy. Zabija odruchy serca. Ludzie władzy cenią tylko jedną wartość, wartość władzy. Wszystkie inne wartości są dla ludzi władzy drugorzędne, przydatne tylko na tyle, na ile mogą być przydatne do utrzymania się w orbicie władzy.
              Trucizna władzy niszczy sumienia ludzi, zniekształca im psychikę. Z uczciwych czyni aferzystów, z prawdomównych kłamców, z wrażliwych twardzieli a z honorowych szmatławców. Trucizna władzy oślepia ludzi władzy. Ludzie oślepieni władzą widzą świat prze pryzmat swojej, wyimaginowanej nieomylności. Ludzie władzy wszystko wiedzą najlepiej i są przekonani, że mają na władzę wyłączność.
              Władza daje ludziom władzy dostęp do budżetu i prawo do jego podziału. Pierwsze przykazanie dla ludzi władzy brzmi: Dopóki jesteś przy władzy wyciągnij dla siebie z budżetu ile się tylko da. Drugie: Nie żałuj kasy tym, którzy podtrzymują cię przy władzy. Trzecie: Głoś wszem i wobec, ze to, co robisz, czynisz wyłącznie dla dobra ludzi, gminy, miasta, kraju. Czwarte: Staraj się jak możesz, żeby pozyskać ludzi mediów, bo media kreują celebrytów, wynoszą na piedestał, ale mogą też wtrącić w przepaść zapomnienia. Piąte: Wyniszcz bezwzględnie wszystkich, potencjalnych przeciwników, szczególnie tych, których nie możesz przekupić i pozyskać na swoje usługi.
              Tadeusz Gaworski dobrze znał te przykazania, stosował się przecież do nich od lat. Po dogadaniu się z Chłapińskim uznał, że nadszedł dogodny czas, żeby pozbyć się byłych sojuszników z Zakładu Komunalnego. W ten sposób mógł zlikwidować ostatni w gminie bastion wolny od krętactw i szemranych interesów. Gaworszczyzna była bliska pełnego triumfu. Chłapiński napluł już na swoich przyjaciół, którzy z takim trudem wynieśli go na burmistrzowskie stanowisko, ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Poważne podejrzenia o jego zdradę i zaprzaństwo przyszły na myśl dyrektorowi Zakładu dopiero po dwóch, kolejnych posiedzeniach Zarządu Miasta, na których stronnicy burmistrza bezpardonowo atakowali go za rzekomo złe zarządzanie firmą samorządową mimo niezbitych dowodów, że jej trudności finansowe były spowodowane destrukcyjnym działaniem burmistrza. Chłapiński milczał wtedy jak zaklęty, więc dyrektor zrozumiał, że jest już człowiek stracony, wciągnięty w orbitę „kasy chorych”, że sprzedał przyjaciół i honor w zamian za władze i pieniądze. Gaworski mógł już bez przeszkód pozbyć się niewygodnych dla siebie ludzi. I stało się.
              Dnia 16 grudnia 1998 roku nadeszła, do Danielowa prze telefon zła nowina. W słuchawce telefonu zabrzmiał znajomy głos.
              - Dyrektorze mam złą nowinę.
              - Tak? Wiem, że ty jesteś od złych nowin – próbował żartować dyrektor.
               - Odwołali cię dzisiaj ze stanowiska – głos był pełen smutku i rezygnacji.
              - Wiesz przecież, że spodziewałem się tego od pewnego czasu, ale teraz muszę się
                oswoić z dokonanym już faktem. Dziękuję ci za szybką informację – zakończył
                rozmowę dyrektor.
Właśnie w tym dniu wykorzystując nieobecność chorego dyrektora Zarząd Miasta podjął stosowną uchwałę. Dyrektor wiedział, ze ani burmistrz, ani żaden z członków Zarządu nie poprosi go na rozmowę, bo skala niegodziwości, jakiej się dopuścili nie pozwoli im spojrzeć mu prosto w oczy. W trzy miesiące później – 12 marca 1999 roku przewodniczący Rady Miejskiej Jan Kuliberda zwołał nadzwyczajną sesję. Obradowano nad sytuacja w Zakładzie Komunalnym z udziałem dyrektora, który został wprawdzie przywrócony na stanowisko, ale wyczerpany długotrwałą walka o utrzymanie Zakładu do pracy już nie powrócił. Powrót do pracy oznaczał dalszy ciąg konfliktu z kliką Gaworskiego z szarpiącym nerwy procesem sądowym włącznie.
              Podczas sesji dyrektor przedstawił burmistrzowi szereg poważnych zarzutów działania nie tylko na szkodę Zakładu, ale i całej gminy. „ Silna grupa” zbyła te oskarżenia milczeniem a burmistrz udzielając odpowiedzi nonszalancko pominął te najcięższe, które padły pod jego adresem. Uchwałą rady sprawę zepchnięto na boczny tor kierując do komisji rewizyjnej, gdzie utknęła na dłuższy czas a potem została rozmyta i wyciszona przez przewodniczącego Bogdana Pawłowskiego, ochraniającego łamiącego prawo burmistrza Tadeusza Gaworskiego.
              Kilka tygodni później Rada Miejska udzieliła burmistrzowi absolutorium, akceptując w ten sposób styl i metody działania tego człowieka. W tajnym głosowaniu zaaprobowano złą pracę Zarządu Miasta. Można było być pewnym, że burmistrz i jego zastępca udzieli sobie skwitowania a poparli ich radni: Bogdan pawłowski, Wiktor Kowalski, Jan Kuliberda, Marek Ludwiczak, Ireneusz Masiarek, Andrzej Pawelec, Stanisław Stasiak i Jerzy Fryś.  W ten sposób „kasa chorych zamiast zostać zlikwidowana zyskała fundament dla dalszego rozwoju a wkrótce nastał jej czas rozkwitu, po pozyskaniu przez burmistrza następnych radnych zarażonych gorączką satermanii. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz