Łączna liczba wyświetleń

piątek, 1 kwietnia 2011

Miałem sen


Miałem sen, nad samym ranem, kiedy moi dawni podwładni spieszyli na siódmą do pracy w Zakładzie, gdzie spędzają połowę swego czynnego życia. Tam rządził już tedy ktoś inny, podniecony i podbudowany nagłym życiowym awansem na wysokie stanowisko w gminie. Mogłem, więc sobie spokojnie śnić odrzucając precz troskę o dziesiątki poważnych spraw i setki drobnych problemów, które siłą rzeczy zaprzątają głowę komuś, kto ponad inne życiowe czynności i potrzeby stawia powierzone mu obowiązki i odpowiedzialność za ludzi w naturalny sposób oczekujących od zwierzchnika recepty na rozwiązanie zakładowy a czasem też ich osobistych problemów. Śniło mi się jak przebiegało w Zakładzie związkowe zebranie. Na sali zasiadło dziewiętnaście osób, lecz nie było wśród nich przewodniczącego związku Andrzeja Kułaka, bo zebranie zostało zwołane przeciw niemu.Zaraz na początku bez zwyczajowego zagajenia i zatwierdzenia porządku obrad prowadzący zebranie Wojciech Wszelaki postawił wniosek o odwołanie Andrzeja Kułaka z pełnionej związkowej funkcji a pani Danka prowadząca kadry skrzętnie zaprotokołowała.
 Andrzejowi, ku jego zaskoczeniu nie ułożyło się z nowym dyrektorem.  Nowy dyrektor Mieczysław Marcinkowski działając z polecenia burmistrza Gaworskiego pozbawił go stanowiska kierownika transportu. Czym się naraził radny Kułak panu burmistrzowi? Czy były jakieś względy merytoryczne, które przemawiały za tym, żeby go zdegradować? Pewnie tak, ale one nie wchodziły w rachubę. – Będziesz klamki czyścił – powiedział mu bezceremonialnie zastępca burmistrza Edward Chłapiński. I stało się. Zdegradowany, dawny sojusznik Tadeusza Gaworskiego poszedł w teren zbierać pieniądze za wodę. Dla Silnej Grupy było to za mało. Ich celem było pozbyć się całkowicie byłego partnera, któremu nie ufali znając jego zamiłowanie do kopania dołków pod zwierzchnictwem jeśliby tylko jego wygórowane oczekiwania nie zostały przez przełożonych zaspokojone, co było trudnym do spełnienia warunkiem, bo nadmiar ambicji nie szedł u Kułaka w parze z umiejętnościami.
Przewidując taki obrót rzeczy burmistrzowie obawiali się z jego powodu przecieku informacji o przekrętach, które zamierzali robić w okolicach gminnej kasy. Andrzeja Kułaka chroniło jednak prawo a był podwójnie zabezpieczony i żeby go wyrzucić z pracy dawni koledzy musieli spełnić dwa warunki. Uzyskać zgodę Rady Miejskiej i usunąć z funkcji przewodniczącego związku zawodowego. Z tym pierwszym nie mieliby kłopotów dysponując stosowną większością w Radzie Miejskiej, Drugi rygiel mógł być trudniejszy do usunięcia, lecz mógłby to zrobić nowy dyrektor wywierają presję na podległych mu pracowników, związkowców. Dyrektor z prawdziwego zdarzenia nie pozwoliłby sobą manipulować i nie zniżyłby się do mieszania w kadrach związku zawodowego. Wręcz przeciwnie, powinien być do pewnego stopnia opiekunem i wychowawcą zatrudnionych w firmie ludzi, tym bardziej, że wcześnie był nauczycielem zawodu a dodatku aktualnie studiował pedagogikę. Nie podobna, żeby na studiach uczyli go jak siać ferment wśród załogi. Szef zakładu lojalny aż do bólu w stosunku do kolegów, którzy wynieśli go na dyrektorskie stanowisko nie bawił się w pedagogiczne gry i postawił swoich podopiecznych przed jasną alternatywą: Wyrzucicie Andrzeja z funkcji szefa związku, albo ja was powyrzucam z pracy. Natychmiast poskutkowało.
              Przerażeni członkowie Komisji Zakładowej zwołali zebranie. Na zawiadomieniu nie ujawnili jednak swoich nazwisk. Pod związkową pieczątką widniał tylko jeden nieczytelny podpis. Działając skrycie być może czuli odrobinę jakiegoś zażenowania? Być może. Jeśli tak to byłby to jakiś ludzki odruch. Może wyrzut zgwałconego sumienia. No, bo cóż złego uczynił związkowcom Andrzej, że trzeba go było odwoływać przed końcem kadencji. Na pewno nie mogli powiedzieć, ze działał na ich szkodę. Jako kierownik trzymał sztamę z kierowcami przepuszczając im mniejsze a nawet większe wpadki i zakrywał przed byłym dyrektorem. Dyrektor czynił, mu wyrzuty, że w większym stopniu jest obrońcą swoich podwładnych niż zwierzchnikiem dbającym o interesy Zakładu. Jak czują się związkowcy, kiedy przed pozbawieniem kolegi związkowej godności, którą sami mu powierzyli, kiedy przyjdą im nam myśl obrazki z niedawnych idyllicznych dni, kiedy na imieninowym stole stała butelka słodkiego wina. Pachniało świeżo zmieloną kawą i wymyślnym ciastem a uśmiechnięte koleżanki składały życzenia i biurowi koledzy też. Jedno słowo wciąż się powtarzało: Zdrowia, zdrowia, zdrowia i dobrej współpracy. Biurowa idylla, co mała trwać bez końca. Potem las na Wrzoskach a tam przy ognisku Andrzej i jego drużyna. Siedzą wokół ci, co przyjaźń jego zabiegają. Czuć zapach igliwia i dymu z ogniska. Sto lat! Sto lat! Sto lat!
Miraż gaśnie. Zebranie związkowe przebiega pomyślnie. Wojtek, ten sam, któremu Andrzej pomógł załatwić pierwszą w życiu stałą prace składa wniosek o odwołanie go ze związkowego stanowiska. W tajnym głosowaniu tylko dwie osoby nie posłuchały nakazu nowego dyrektora. Pozostali gładko przekroczyli granicę wiodącą do mrocznej strony duszy ludzkiej.
            Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Te słowa należało się powiedzieć Andrzejowi Kułakowi w momencie, kiedy doszła do niego wieść jak paskudnie potraktowali go ludzie. Którzy wcześniej nie szczędzili mu pochlebstw i przypomnieć jak kilka miesięcy wcześniej przystąpił do spisku przeciwko swojemu zwierzchnikowi i koledze, który powierzył mu kierownicze stanowisko i pomagał wykonać te zadania, z który sobie nie radził. Działo się to wówczas, kiedy burmistrz postanowił wyczyścić sobie przedpole do prowadzenia działalności inwestycyjnej w sposób nie zawsze zgodny z ustawą o zamówieniach publicznych, Nie było to możliwe bez usunięcia dyrektora Zakładu, który stanowił  zagrożenie dla grupy przyjaciół realizujących gminne inwestycje we własnym gronie i własnym zakresie. Sprytni sojusznicy znając mentalność Andrzeja postanowili pozbyć się go w dalszej kolejności wykorzystując najpierw do przygotowania gruntu pod akcję pozbycia się dyrektora. Wierzyli, że za cenę ratowania własnego tyłka nie zawaha się zdradzić swego kolegi i bez skrupułów wystawi go na odstrzał, Mie pomylili się. Wkrótce widziano Andrzeja w towarzystwie poprzedniego szefa związku Krzysztofa Bujacza zbierających podpisy członków Komisji Zakładowej popierające wniosek o odwołanie dyrektora.
              Zaraz po odejściu dyrektora na chorobowe do Andrzeja Kułaka dotarło wreszcie, że sojusznicy lada dzień rozpoczną procedurę usuwania go z gminnej orbity. Zaczęło się w nim gotować ze złości a duszę ogarnęła wielka potrzeba słodkiej zemsty. Nagle przypomniał sobie, że Zakład po nowym kierownictwem jest źle zarządzany a inicjatywy gospodarcze nowego szefa przynoszą straty, pokrywane z konieczności przez Zarząd Miasta z pieniędzy podatników, bez wiedzy Rady Miejskiej. Trzeba było jednak to udowodnić. Rozżalony nielojalnością sojuszników radny podczas kontroli przez komisję rewizyjną dokumentów Urzędu Miejskiego przechwycił umowę na montaż wodomierzy zawartą z Zakładem przez Zarząd Miasta.
              -, Na jakiej podstawie wypłaciła pani pieniądze – zapytał panią skarbnik
                 Marię Szczepocką.
                - Na podstawie protokołu odbioru robót – odpowiedziała.
                - Czy może mi pani pokazać ten protokół – zapytał Andrzej.
Księgowa wyszła na chwilę i wróciła z żądanym dokumentem. Protokół był sfałszowany. On to wiedział na pewno, bo kierował działem zajmującym się między innymi instalowaniem wodomierzy a od dawna żaden wodomierz nie został zainstalowany. Lewy dokument podpisali zaufani pracownicy Zakładu i zastępca burmistrza Edward Chłapiński. Było to ewidentne poświadczenie nieprawdy przez samorządowego dygnitarza, więc radny nie zwlekając złożył w tej sprawie doniesienie do prokuratury.
              Burmistrzowie nie przejęli się szczególnie ujawnieniem popełnionego przez nich przestępstwa. Nie takie rzeczy uchodziły im na sucho dzięki odpowiednim wejściom i znajomościom. Podobnie było także tym razem. Wszystko ma jednak swój kres a dzban dopóty wodę nosi dopóki się ucho nie urwie. I ucho się urwało, ale wtedy nikt nie przypuszczał, że na ławie oskarżonych zasiądzie burmistrz, zastępca a nawet radny, który po nimi kopał dołki, w towarzystwie kilkunastoosobowej Silnej Grupy, która osłabła na widok sędziowskiej togi. Niestety na ten poniosły i budujący moment trzeba było czekać jeszcze wiele lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz