Szybki szwedzki dwukadłubowiec w niespełna dwie godziny pokonuje szarozielone, pomarszczone wiatrem wody cieśniny. Wchodzimy do portu stolicy Danii. Jeszcze kilka chwil i cała grupa maszeruję wzdłuż kanału ku centrum portowego miasta. Przy nieskończenie długiej ulicy ciągną się setki sklepów, knajp i piwiarni. Nad samym kanałem, na bruku stoją stoliki i krzesła pod parasolami opanowane przez niezliczonych turystów. Kanałem płyną wypełnione pasażerami wodne tramwaje. Grupki dziewcząt i chłopców poubieranych w jeansy siedzą wprost na kamiennej nawierzchni ulicy z puszkami piwa w rękach. Grają na gitarach i śpiewają po angielsku rockowe przeboje. Nasza grupa wycieczkowa nie ma czasu na obserwowanie tej, młodzieżowej subkultury. Po plenerze zdjęciowym u stóp słynnej syrenki czeka na długi marsz do muzeum figur woskowych i słynnego parku Tivoli. Po drodze wchodzimy do muzeum Torwaldtsena. Ten tworzący w Rzymie duński rzeźbiarz zadziwia ogromem swoich dzieł, Przypomina o historii Polski pomnikiem księcia Pepi. Taki właśnie jest typowy szlak jednodniowych wycieczek przybywających do miasta na pokładach polskich promów. Po kilku godzinach wędrówki ból w nogach narasta, ale miasto warte jest tej męczarni. Wchodzimy do Tivoli. Nieliczne, uczestniczące w wycieczce dzieci pracowników Zakładu zachwycają się latającym dywanem, który przeraźliwie piszczące małolaty wynosi ponad korony rosłych drzew. W ciemnych zakamarkach muzeum figur woskowych upiory skutecznie straszą zwiedzających turystów. Jedynie Lucynka odważnie otwiera pojemnik na śmieci, z którego wystaje ludzka dłoń. Dziewczynka szaleje po korytarzach łapiąc za ręce przerażające dorosłych upiory. Czy to dziecinna niefrasobliwość? A może nieprzeciętna odwaga.
Potem kolejny marsz na bolących nogach na plac przed królewskim pałacem i oczekiwanie na uroczystą zmianę warty. Żołnierze dźwigający na głowach ogromne, futrzane czapy cierpią wystawieni na działanie mocnego, czerwcowego słońca. Policjanci bezskutecznie usiłują przepędzić natrętnych turystów, którzy chcą sobie zrobić z wartownikami królestwa Danii wspólną, pamiątkową fotografię. Naszym dziewczyną też udaje się przechytrzyć czujnych stróżów prawa. Cieszą się, że będą miały, czym się pochwalić po powrocie do domu.
Zawrotne jest tempo zwiedzania duńskiej stolicy. Czas na powrotny marsz do porty. Na szczęście sympatyczna pilotka Małgosia Sroka wyczarowuje dla nas polski autokar. Grzeczni rodacy zgadzają się podwieźć na nabrzeże naszą pieszą grupę. Bolące nogi zostały uwolnione od dalszej męczarni i co najważniejsze zachowały sprawność do nocnych tańców na pokładzie Pomeranii wracającej do kraju.
Port zaskakuje widokiem wysłużonych polskich Bizonów wracających do kraju po latach pracy na duńskich polach. Wykupili je za jakieś symboliczne pieniądze obrotni rodacy, żeby w Polsce sprzedać zubożałym w rezultacie transformacji ustrojowej rolnikom.
Kopenhaga znaczy dosłownie tyle, co miasto kupców. Opuszczamy to przyjazne przybyszom miast i wychodzimy w morze. Podziwiamy stojące na oddalających się nabrzeżach zabytkowe spichrze poprzerabiane na ekskluzywne, drogie hotele. Kopenhaga żyje z turystów. Przyciąga sławą otwartej na świat metropolii tolerancyjnej wobec pornografii, młodzieżowych subkultur i wszelkich odmieńców. Nikogo tam nie dziwi inny kolor skóry, ekstrawagancki ubiór czy odmienne, niestandardowe obyczaje.
Katamaran pruje wody cieśniny. Skandynawska Zelandia zostaje w miejscu, tam gzie była zawsze u wyjścia z Bałtyku smagana przez chłodne wiatry.
W szwedzkim Malmo straż graniczna wyławia z tłumu turystów tych z polskimi paszportami. Zatrzymują Bożenkę. Młoda, ładna dziewczyna jest mocno zdenerwowana. Dyrektor cofa się i wraca po nią mijając szwedzkich pograniczników. Po krótkiej, nerwowej gestykulacji pokazuje im bilety na prom do Świnoujścia. To wystarcza, żeby kompletna grupa została przepuszczona przez punkt graniczny. Przy terminalu portowym cumuje Pomerania. Czeka na swoich pasażerów z wystawną kolacją. Najmłodszy uczestnik wycieczki sześcioletni Michał trzyma się dzielnie, Świetnie zniósł trudy wędrówki i dopisuje mu apetyt. Przypominająca żywe srebro Lucynka w zawrotnym tempie zwiedza ogromny statek dla tysiąca pasażerów. My też podziwiamy kolejno: basen pływacki, puby, kafejki i pełne towarów sklepy wolnocłowe. W dużej sali konferencyjnej gra orkiestra. Jedni tańczą, inni przyszli tylko posłuchać muzyki. Pomerania wchodzi w szary mrok Bałtyku. Przed nią ponad 200 mil morskich. Po nią czterystumetrowa głębia. Na hotelowym korytarzu ktoś podszedł do dyrektora i powiedział tylko jedno słowo, dziękuję. Wydawało mu się wtedy, że to zwykłe słowo zawiera przeogromną treść. Był wyraźnie wzruszony. Jednak dwa lata później myślał już o tym zdarzeniu inaczej. Po zawirowaniach kadrowych w gminie przekonał się, że to słowo jak wiele podobnych było płaskie i zdawkowe i tak naprawdę nic nie znaczyło, ale to miało się dopiero wydarzyć. Póki, co sunący między wodą a niebem statek pokonywał noc i przestrzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz