Łączna liczba wyświetleń

sobota, 2 kwietnia 2011

Satermania


Z początkiem 1999 wśród gminnych prominentów zaczęła się szerzyć dziwna choroba. Infekcja zaczęła się od burmistrza. Do zainfekowania doszło prawdopodobnie na spotkaniu Tadeusza Gaworskiego z urzędnikiem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa Mirosławem Gajdą, byłym dyrektorem Wydziału Rolnictwa Urzędu Wojewódzkiego w Piotrkowie Trybunalskim, który opowiedział mu o planach inwestycyjnych francuskiej firmy Sater poszukującej pilnie terenów pod składowisko śmieci. Dyrektor Gajda miał już ugruntowaną pozycję wśród wybrańców należących do nowej klasy politycznej, niestety porażonej egoizmem i chciwością. Od tej pory burmistrz Gaworski stał się nosicielem choroby, którą później nazwano w Kamińsku satermanią i zarażał nią po kolei posłusznych mu członków gminnych władz samorządowych. W Urzędzie Miejskim coraz częściej widać było przedstawicieli francuskiej spółki. Po kilku miesiącach ożywionych kontaktów przyszedł czas na rewizytę we Francji. Trzeciego grudnia 11998 roku Gaworski i jego zastępca Chłapiński pojechali gminnym mercedesem na lotnisko Okęcie skąd odlecieli na kilkudniową, luksusową wycieczkę do Paryża. Oczywiście koszty pobytu w jednej ze stolic świata opłacili gospodarze, bowiem Francuzi znani są z bezinteresownej gościnności, szczególnie wobec polskich samorządowców. Najprawdopodobniej wtedy „ojcowie miasta” zrozumieli, że w ich żywotnym interesie leży pomagać wszystkimi, dostępnymi im środkami Francuzom w realizacji projektu o wartości 300 milionów dolarów i postanowili przekazać im dogodnie położone tereny w gminie Kamieńsk pod budowę składowiska śmieci,
              W międzyczasie zwabione doskonałą lokalizacją złożyły swoje oferty niemieckie firmy śmieciowe Lobbe i Rethmann, oferty znacznie korzystniejsze dla gminy. Można się tylko domyślać, dlaczego oferta francuska uzyskała takie uznanie gminnych decydentów, że już w lutym 1999 roku wypowiedzieli się na łamach lokalnego wydania „Wiadomości”, ze wszystko jest na dobrej drodze, żeby spółka Sater wybudowała w gminie śmietnik, który jak na ironię nazwali Ekologicznym Centrum Utylizacji Odpadów Komunalnych. Słowo śmieci, kluczowe dla projektu, ze względów propagandowych nie znalazło miejsca w jego nazwie. Burmistrz był pełen optymizmu, choć do podpisania umowy z Francuzami było jeszcze daleko i trzeba było uzyskać dla niej większość w radzie. Niespodziewanie dla siebie pan Gaworski znalazł się w opałach, bo na sesji 12 marca postawiono mu szereg zarzutów o działanie na niekorzyść gminy w tym o wywiezienie śmieci z tymczasowego składowiska do lasu. Wprawdzie burmistrz wyszedł z tych opresji obronną ręką dzięki bezkrytycznemu poparciu swoich stronników w radzie, ale w głosowaniu nad absolutorium dla Zarządu Miasta zdołał uzyskać tylko 10 głosów na osiemnastu radnych, więc jego pozycja była słaba. W dodatku jeden z popierającej go dziesiątki był zwolennikiem firmy Lobbe. No tak, ale burmistrzowie mają swoje sposoby oddziaływania na radnych. Pan Gaworski pomyślał, że podróże może i kształcą, ale przede wszystkim integrują ludzkie zespoły, więc, gdy nastał maj i świat wypiękniał pan burmistrz wysłał grupę radnych do Austrii, sięgając również po tych z opozycji. Ani on ani jego zastępca nie wybrali się do Wiednia, bowiem wycieczkę opłacała firma, Lobbe a pan Gaworski nie zamierzał zaciągać wobec niej długu wdzięczności. Grupa radnych zwiedziła stolicę walca i podziwiała alpejskie widoki. Powrócili w dobrych nastrojach, bo sam dyrektor Dąbrowski troszczył się o ich potrzeby w naddunajskim kraju. Jednak urok Wiednia zbladł wobec uroku Paryża, gdzie miesiąc później byli gośćmi francuskiej firmy Sater. Po tej wizycie znacznie wzrosły szeregi kamieńszczańskich satermanów. Pan burmistrz promieniał, bo udało mu się przeciągnąć na swoją stronę trzech opozycyjnych radnych. I nic go to nie kosztowało, bo zapłacili za wszystko właściciele śmieciowych firm. Jest rzeczą oczywistą, że Francuzi goszcząc u siebie grupę radnych przekonywali ich do swej oferty i byli pewni swego, bo nie czekając na wynik przetargu powołali do życia spółkę Sater Kamieńsk. W umowie tej spółki zapisano, że będzie składać na terenie gminy Kamieńsk śmieci z aglomeracji łódzkiej. Trzynastego lipca dobrana przez burmistrza grupa radnych zebrała się w salce samorządowej Urzędu Miejskiego. Odbył się konkurs a raczej jego parodia na wybór firmy, która wybuduje w gminie składowisko śmieci. Za stołem zasiadło dwanaście osób w tym 8 zdobywców Paryżą z burmistrzem i jego zastępcą na czele. Ponadto w tej ceremonii uczestniczyli: przewodniczący rady Jan Kuliberda, przewodniczący komisji rewizyjnej Bogdan Pawłowski, sekretarz Urzędu Miejskiego Ryszard Kurman i radca prawny Wiktor Sobieraj. Po krótkiej, formalnej wymianie zdań jedenaście osób wybrało spółkę Sater Polska. Tylko Jan Kuliberda był zwolennikiem firmy Lobbe. Przy okazji złamano kilka przepisów ustawy o zamówieniach publicznych. Nie powołano wcześniej komisji konkursowej a otwarte wcześniej oferty przyniósł pod pachą burmistrz Gaworski. Decyzja jednak zapadła. Podjęli ją samorządowcy, którzy wcześniej przyjęli od uczestników konkursu korzyści materialnie w postaci luksusowych, zagranicznych wycieczek. Wycieczkowicze tłumaczyli się mętnie potrzebą poznania i oceny składowisk prowadzonych przez konkurujące firmy w celu wybrania najlepszej oferty. Mogli przecież w tym celu wybrać się do niedalekiego Otwocka, gdzie spółka Sater eksploatowała już składowisko śmieci o identycznej technologii jak to, które miało powstać w Kamieńsku. No cóż, gdzie tam Otwockowi do stolicy Francji. Ani boeingiem nie polatasz, ani nie zachwycisz oka widokiem francuskich elegantek.
              Tydzień później satermania sięgnęła zenitu. Najpierw Rada Miejska upoważniła Zarząd Miasta do spisania umowy z Francuzami a po obradach zaproszono mieszkańców Kamieńska na spotkanie z przedstawicielami firmy, Sater, którzy zachwalali walory swego śmietnika w towarzystwie swoich przyjaciół radnych przy piwie i zakąskach. Podobne imprezy propagandowe odbyły się też we wsiach: Kąsie, Ochocice, Kożmiewice, Barczkowice i Gorzędów.Na tych imprezach brylowali radni- turyści a rachunki płaciła francuska firma Sater. W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego Francuzi i zaprzyjaźnieni z nimi radni prowadzili kosztowną kampanię promującą składowisko śmieci? Dlaczego, skoro klamka już zapadła? Skoro podpisano już umowę dzierżawna a gmina przystąpiła do spółki Sater Kamieńsk zyskując 20 % udziałów za rezygnację z czynszu dzierżawnego? Skoro powstała w Radzie Miejskiej stabilna większość prosaterowska a przejętych z opozycji radnych Wojciecha Wszelakiego i Mariana Kopcika obdarowano fotelami w radzie nadzorczej spółki? Czy taka akcja była jeszcze potrzebna? Tak, była niezbędna, bo zbliżał się termin gminnego referendum, którym miała odpowiedzieć na pytanie, czy jest za budową ponad gminnego składowiska śmieci. Satermani obawiali się, że wynik referendum może obrócić wniwecz ich związki z francuską spółką. Do rozpisania referendum doszło mimo przeszkód, jakie czynili klienci francuskich biznesmenów. Opanowana przez nich Rada Miejska odrzuciła złożony przez Grzegorza Turlejskiego wniosek w tej sprawie. Ten jednak dopiął swego. Zebrał wymaganą liczbę podpisów wśród mieszkańców, więc rada chcąc nie chcąc wyznaczyła termin głosowania na dzień siódmego listopada. Satermani trafnie przewidzieli, że miejscowa społeczność nie poprze idei budowy wielkiego śmietnika. Liczyli tylko na niską frekwencję, taką poniżej, 30 % przy której wynik głosowania nie byłby dla rady wiążący. Burmistrz i jego zwolennicy mogli z łatwością policzyć głosy, jakie na nich oddano w niedawnych wyborach samorządowych. Z tego rachunku wynikało, że skuteczny bojkot referendum przez sprzyjający im elektorat może spowodować fiasko głosowania i o taki bojkot się postarali. Nie wystawia to dobrego świadectwa radnym, którzy podejmują działania mające uniemożliwić wykonanie woli wyrażonej przez społeczeństwo. Takie działanie miało tylko brzydki wymiar etyczny. Natomiast pod kodeks karny podlegałby szantaż ze strony gminnej władzy wobec pracowników Urzędu Miejskiego i Zakładu Gospodarki Komunalnej wyrażający się groźbami utraty pracy, jeśli oni lub członkowie ich rodzin pójdą do urn wyborczych. Takie wieści rozchodziły się wtedy po terenie gminy i coś w tym musiało być z prawdy, bo trudno by znaleźć na listach wyborczych podpisy przy nazwiskach tych osób. Nie głosowali gremialnie członkowie komisji referendalnych, choć siedzieli przez cały czas o jeden krok od urny. Nic w tym dziwnego skoro skład komisji był starannie dobrany. Zasiedli tam głównie radni, zwolennicy spółki Sater i członkowie ich rodzin. Trudno nie zauważyć, że był to przykład mafijnego działania. Udana próba skutecznego wpływania na wynik głosowania przy gróźb i szantażu. Trudno się dziwić dziesiątkom osób zatrudnionych na gminnych etatach, że zbojkotowały referendum. Tak czy inaczej taka postawa była po myśli ich szefom.
              W gminie, gdzie niezwykle trudno o pracę a Urząd Miejski jest największym pracodawcom, taką postawę można po części usprawiedliwić, bo była wynikiem samo zniewolenia dla przypodobania się pracodawcą. – Dla chleba panie, dla chleba – odpowiedziałby góral na pytanie o motywację. Co by nie powiedzieć była to ponura lekcja manipulowania demokracją i ciekawe czy w zniewolonych umysłach powstały jakieś etyczne wątpliwości, co do słuszności dokonanego wyboru.
             Taka mogła być przyczyna nieważności referendum. Zabrakło przy urnach 350 0sób. Satermani triumfowali. Droga dla śmieci została otwarta. Czy zastanowili się, że przyjdzie im realizować swój śmietnik przy sprzeciwie zdecydowanej większości aktywnego elektoratu? Przecież tyko dwieście trzydzieści osób opowiedziało się za śmietnikiem a siedemset trzydzieści było przeciwnych.
              Dlaczego idea budowy gigantycznego śmietnika wzbudziła w społeczeństwie tak zdecydowany sprzeciw? Każde śmietnisko, choćby nawet porządnie urządzone ma dla najbliższego sąsiedztwa negatywne strony. Zanim setki ton śmieci zostaną zasypane piaskiem minie pewien czas, którym będące w stanie rozkładu odpadki wydzielają odrażający fetor a wiejące wiatry zrywają z wysypiska lżejsze frakcje fruwające niczym szarańcza nad okolicą. Uciążliwy dla mieszkańców jest ruch potężnych śmieciarek zjeżdżających się do śmietniska ze wszystkich stron zapach ciągnący się za nimi wzdłuż gminnych dróg.
              Fatalnie wybrano lokalizację składowiska, tuż obok zbocza zalesionej góry Kamieńsk, która mogłaby zostać zagospodarowana, jako atrakcyjny teren rekreacyjny. Zaplanowany na trzydzieści lat eksploatacji gigantyczny śmietnik skutecznie tę szansę zniweczył.
              W okolicy śmietniska spadła wartość terenów budowlanych i wątpliwe czy ktokolwiek zechce tam budować. Kamieńsk kojarzony jest z wielkim składowiskiem śmieci, co miastu na pewno chluby nie przynosi i odstrasza inwestorów nie tylko z branży turystycznej i rekreacyjnej. Nie pomogą pieniądze wydane na promocję i na kolejne pomniki.
Czy te poważne dla mieszkańców dolegliwości zostaną kiedykolwiek zrównoważone przez dochody czerpane przez gminę z tytułu uczestniczenia w spółce śmieciowej? Czy ludzie sprawujący przez te wszystkie lata władzę w gminie są tak nieudaczni, że nie potrafili ściągnąć inwestorów z prawdziwego zdarzenia do lokowania tu bardziej atrakcyjnych i mniej uciążliwych dla środowiska inwestycji? Na te pytania muszą sobie odpowiedzieć sami mieszkańcy.
              Kilka miesięcy później zdarzyło się coś, co rzuciło pełniejsze światło na motywy entuzjazmu radnych dla projektu śmieciowego spółki Sater. A było to tak. Pan Henryk Fornalski właściciel siedemdziesięciu hektarów odłogującej ziemi we wsi Barczkowice zwrócił się do Urzędu Miejskiego z wnioskiem o wyłączenie tych gruntów spod produkcji rolnej i przekwalifikowanie na tereny, gdzie można prowadzić działalność gospodarczą. Śmieci ciągną do śmieci, więc trudno się dziwić wnioskodawcy, że chciał na tych gruntach urządzić składowisko śmieci z sortownią. Część gromadzonych tam odpadów kierowana byłaby do przetworzenia, część wywożona do spalenia w cementowni Działoszyn a reszta byłaby poddana kompostowaniu, Propozycja była dla gminy korzystniejsza od francuskiej, bo generowała więcej miejsc pracy i większe pieniądze do budżetu. I co na to radni. Otóż dwunastka radnych uczestników satermani odrzuciło wniosek. Dlaczego tak zgłosowali? Przecież kilka miesięcy wcześnie używali tych samych argumentów, aby zachęcić ludzi do zaakceptowania francuskiego śmietnika. Mówili o miejscach na wiejskich zebraniach, dużych pieniądzach dla gminy o rzekomo małej uciążliwości gromadzonych odpadów. Skoro tak to, dlaczego nie miałyby istnieć dwa konkurencyjne śmieciowiska. Pieniędzy i pracy byłoby więcej. No tak, ale interesy gminy nie były dla tych ludzi warte zachodu, Dla nich liczyły się tylko własne interesy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz