Na początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego stulecia, po zmianach ustrojowych Polska stała się terenem głębokiej penetracji zachodniego kapitału, który kierując się zasadą maksymalizacji zysków wyszukiwał te dziedziny gospodarki narodowej, gdzie mógł uzyskać najszybszy zwrot zainwestowanych pieniędzy. Przy wycenie i sprzedaży państwowego mienia powstawało pole, na którym bujnie wyrastały na ogół nieczyste interesy decydentów. Dosłownie mówiąc otwierała się potężna strefa korupcji. Dociekania w tych sprawach redaktorów śledczych największych mediów koncentrowały się na prywatyzacji gigantów przemysłowych lub całych branż ważnych strategicznie dla naszego państwa. Tymczasem w głębokim cieniu tych wydarzeń trwała bezpardonowa walka zachodnich koncernów o opanowanie intratnego rynku śmieci komunalnych. Potencjalna wielkość tego rynku w Polsce była oceniana na miliardy dolarów. Wyspecjalizowane, zachodnie firmy śmieciowe zakładały pospiesznie swoje filie w Polsce. Te z kolei tworzyły spółki- córki wykazujące ogromną operatywność w poszukiwaniu dostawców śmieci komunalnych. Było to o tyle łatwe o ile udawało im się zdobyć zgodę samorządów na zakładanie składowisk śmieci. To drugie zadanie było znacznie trudniejsze, bowiem społeczności lokalne stawiały duży opór przeciw składowiskom śmieciowym na miejscach ich zamieszkania. Nie było tajemnicą dla zagranicznych inwestorów, że podstawowym warunkiem osiągnięcia w Polsce dużych zysków jest zdobycie przychylności szefów gmin i większościowych grup radnych. Dlatego nie szczędzili pieniędzy na oswojenie i pozyskanie gminnych prominentów. „Śmieciowi szperacze” wyszukiwali biedne gminy, gdzie urzędnicy samorządowi nie potrafili przyciągnąć innych inwestorów zdolnych zasilić gminne kasy wpływami a podatków i opłat oraz przysporzyć miejsc pracy dla rosnącej rzeszy bezrobotnych. Takich gmin w kraju nie brakowało, ale zainteresowanie śmieciowych potentatów budziły przeważnie te z dobrym dojazdem położone w pobliżu dużych aglomeracji miejskich. Wiadomo, że nikt z Łodzi nie będzie woził śmieci nad ukraińską granicę, bo to się po prostu nie opłaca, ale do Kamieńska to już całkiem dobry biznes.
Wysłannicy śmieciowych potentatów starali się osobiście poznać radnych, zaprzyjaźnić się z nimi, poznać ich ambicje i słabostki a potem starali się wyjść naprzeciw ich potrzebom leżących dotąd sferze marzeń. Fundowali radnym zagraniczne wycieczki, zapraszali na ekskluzywne przyjęcia, kusili wysoko opłacanymi funkcjami w zarządach i radach śmieciowych spółek. Spieszyli się, żeby uruchomić nowe składowiska zanim sejm dostosował polskie prawo do unijnych wymogów. Widzieli, ze lada chwila nie będzie już można zakładać prymitywnych składowisk, gdzie nieposortowane i nieprzetworzone śmieci przesypuje się warstwami piasku. Na składowiskach nowego typu trzeba będzie odpady sortować i w znacznej części przeznaczać do przetworzenia. A wtedy zysk znacznie się pomniejszy. Przysłowie mówi, kto pierwszy ten lepszy. Kto pierwszy pokryje Polskę siecią składowisk, ten opanuje rynek i podyktuje wysokość opłat za składowanie odpadów komunalnych na terenie całego kraju, Toczyła się wielka gra o wielkie pieniądze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz